„Europejczycy, którzy brutalnie zaczynają sobie uświadamiać swoją zależność od Stanów Zjednoczonych, muszą użyć wszelkich dostępnych im środków, by zrównoważyć swoje relacje z Donaldem Trumpem” – napisał francuski dziennik „Le Monde” w komentarzu redakcyjnym analizującym skutki irracjonalnej szarży Trumpa w sprawie Grenlandii.
Podobne tony wybrzmiewają w prasie z prawie całego kontynentu. Gideon Rachman na łamach „Financial Timesa” podsumowuje wystąpienie Trumpa w Davos słowami: „po obejrzeniu występu Trumpa żaden amerykański sojusznik nie jest go w stanie dłużej traktować jako wiarygodnego przywódcę »wolnego świata«” i przewiduje, że Europa będzie teraz prowadziła politykę zmniejszania swoich gospodarczych, politycznych i militarnych zależności od Stanów. Komentator niemieckiego „Die Zeit” twierdzi, że w Davos Europa po raz pierwszy przestała się bać Trumpa i choć ciągle nie w pełni porzuciła „politykę appeasementu” wobec amerykańskiego prezydenta, to dodała do niej nową opcję: zjednoczonego oporu.
Można żartobliwie powiedzieć, że Trump mimowolnie wskrzesił ducha „europejskiego gaullizmu”, uświadamiając europejskim przywódcom niebezpieczeństwa związane z ich asymetrycznymi relacjami ze Stanami i konieczność budowy własnej autonomii także wobec sojusznika zza oceanu.
Ten duch „nowego gaullizmu” jak na razie nie wydaje się jednak zdolny przekroczyć Odry. Czytane w Polsce opinie takie jak przytoczone powyżej brzmią, jakby zachodni komentatorzy znów przegapili perspektywę Polski i naszego regionu. Bo ten z różnych powodów najdłużej będzie się opierać wspólnej, asertywnej polityce wobec Stanów, a jeśli się do niej przyłączy, to dopiero wtedy, gdy nie będzie miał wyjścia. Zwłaszcza w Polsce z przyczyn wewnętrznych i obiektywnych taki zwrot w polityce zagranicznej będzie szczególnie trudny, a jeśli w ogóle doszłoby do niego w obecnej kadencji parlamentu, to skończyłoby się to wielką awanturą.
Nie tylko kult Trumpa
Wynika to przede wszystkim z tego, że PiS, największa partia w polskim parlamencie, jest dziś partią trumpowską, i to bardziej niż jakakolwiek prawica w Unii Europejskiej, może poza Fideszem. Orbán stawia dziś bardzo mocno na Trumpa, być może licząc, że dzięki ochronie Waszyngtonu będzie w stanie przetrwać u władzy, nawet jeśli przegra wybory. Jednocześnie węgierski premier zawsze starał się lawirować między Waszyngtonem, Berlinem, Moskwą i Pekinem; jego oddanie ruchowi MAGA nie jest tak totalne jak w wypadku PiS.
W PiS mamy całą grupę posłów, którzy całkowicie zinternalizowali przekaz najbardziej radykalnych elementów trumpowskiej koalicji i bardziej funkcjonują na amerykańskim politycznym X niż w jakimkolwiek polskim kontekście. Jednocześnie błędem byłoby uznawać, że stawiająca wszystko na Stany linia PiS wynika wyłącznie z tego, że partia w dużej mierze zmieniła się w trumpistowską sektę. To myślenie ma znacznie głębsze korzenie i obecne było w doktrynie partii na długo przed Trumpem.
PiS uważa, że zaraz po Rosji głównym zagrożeniem dla Polski jest „niemiecka Europa”. Sojusz ze Stanami i amerykańska obecność w Europie kontrująca wpływy Niemiec mają w optyce PiS uchronić Polskę przed scenariuszem, gdy trzeba wybierać między „ruskim mirem” a roztopieniem się w „unijnym superpaństwie rządzonym z Brukseli, czyli tak naprawdę z Berlina”. Tym ostatnim prezes Kaczyński od lat regularnie straszy swoich zwolenników na wiecach, konwentach i jarmarkach w całej Polsce, od Tatr do Bałtyku.
Jeśli nawet PiS widzi związane z Trumpem problemy, to uznaje, że zasadniczo nie zmieniają one tej podstawowej strategicznej kalkulacji. Dlatego już po tym, co stało się w Davos, Kaczyński wzywa, by Polska przystąpiła do Rady Pokoju Trumpa i jeszcze wysupłała na to miliard dolarów.
Trump musiałby chyba zacząć naciskać na Polskę, by oddała Przesmyk Suwalski Rosji – albo Polska wprowadziła małżeństwa jednopłciowe – by PiS zmienił to podstawowe założenie swojej polityki. Wychodząc od takich przesłanek, PiS nigdy nie zaakceptuje polityki, w ramach której Polska wspólnie z Europą zwiększa swoją odporność na amerykańskie naciski – choćby dlatego, że to najpewniej oznaczałoby konieczność pogłębienia europejskiej integracji i wzmocnienia instytucji wspólnotowych Unii, jeśli nie przez zmianę traktatów, to w praktyce.
Tusk był za Europą, więc Kaczyński musiał być przeciw
Gdy tylko Trump wygrał wybory w 2024 roku, zanim jeszcze Tusk, Sikorski czy ktokolwiek inny kształtujący politykę zagraniczną obecnego układu rządowego podjął jakąkolwiek decyzję, którą można by odczytywać jako „antyamerykańską”, niektórzy politycy i liderzy opinii związani z PiS już zaczęli przekonywać, że w świetle znaczenia sojuszu ze Stanami dla naszego bezpieczeństwa nie można pozwolić, by Polską rządził człowiek, który mówi o Trumpie takie rzeczy jak Donald Tusk.
Można więc sobie wyobrazić, że gdyby rząd faktycznie wybrał europejską opcję i razem z Europą zaczął prowadzić politykę realnie wzmacniającą autonomię kontynentu wobec Stanów, PiS rozpętałby prawdziwe piekło. Pojawiłyby się oskarżenia, że Tusk na zlecenie Berlina stara się skłócić Polskę ze Stanami, tak by nasz kraj stał się bezbronny wobec Rosji i Niemiec i by Niemcy mogli wchłonąć naszą państwowość w ramach zjednoczonego pod swoim przywództwem europejskiego superpaństwa.
Pęknięcie w stosunku do Unii Europejskiej było widoczne od samego początku istnienia podział PO-PiS. PiS zawsze był partią ostrożną wobec Unii, nieufną wobec wspólnotowych instytucji, przekonaną, że europejski polityczny mainstream – w którym osadziła się mocno PO – jest mu wrogi i dąży do jego zniszczenia, instrumentalizując w tym celu unijne traktaty i instytucje takie jak Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Gdyby jednak Polska przyłączyła się do krajów Unii otwarcie szukających przeciwwagi dla naszej zależności od Stanów, zwłaszcza w takich obszarach jak bezpieczeństwo, to zobaczylibyśmy konflikt wokół polityki zagranicznej, jakiego nigdy jeszcze w III RP nie widzieliśmy.
A że za sprawą źle napisanej konstytucji mamy dziś dwa ośrodki polityki zagranicznej – prezydencki i rządowy – taki konflikt może łatwo eskalować w serię kompetencyjnych sporów, na przykład o ambasadorów, i przenosić się na międzynarodowe forum, gdzie jednym głosem mówiłby rząd, a drugim prezydent.
Przeczekać Trumpa?
Przy tym, o ile nie ma żadnej wątpliwości, jak zareaguje PiS, jeśli rząd wybierze „europejski gaullizm”, o tyle przed polaryzacją wokół kwestii „Polska z Europą czy Stanami” może nas ochronić to, że także obóz rządowy najpewniej wcale nie będzie palił się do europejskiej opcji. Warto zwrócić uwagę, że gdy pisowskie media przekonywały, że o co chodzi, jak Trump chce, to niech sobie kupi Grenlandię, Polski to nie dotyczy – i tym samym tonem wypowiadał się szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Sławomir Cenckiewicz – rząd Tuska również zachował w sprawie Grenlandii pewną powściągliwość. Nie zdecydował się na symboliczny gest wysłania polskich żołnierzy na Grenlandię, choć cała nasza klasa polityczna tyle miała zawsze do powiedzenia o konieczności budowy regionalnej współpracy bezpieczeństwa z państwami nordyckimi.
Polska ze względu na sąsiedztwo imperialistycznej, rewanżystowskiej Rosji Putina – a i po Putinie trudno wyobrazić sobie jakąś inną – oraz wojnę toczącą się dosłownie tuż za naszą granicą jest krajem szczególnie uzależnionym od Stanów jako dostawcy bezpieczeństwa. Nagłe zwinięcie amerykańskiego parasola nad Europą i gwałtowny transatlantycki konflikt byłyby najmocniej odczuwane w naszej części Europy. W Londynie, Paryżu, a nawet w Berlinie pytanie „czy naprawdę nie poradzimy sobie dziś z wojną w Ukrainie i Rosją bez Stanów” ma zupełnie inną wagę niż w Warszawie, gdzie to pytanie ma wymiar egzystencjalny. Z tego względu ktokolwiek by w Polsce nie rządził, będzie bardzo ostrożny wobec jakichkolwiek projektów uniezależniania Europy od Stanów, zwłaszcza dokonywanych w konfrontacyjnym kluczu.
Szef sejmowej komisji spraw zagranicznych Paweł Kowal, pytany niedawno w TOK FM o pęknięcia między Europą a Stanami, przekonywał, że „mamy ścisły sojusz wojskowy ze Stanami […] to są fakty, które nie zostały unieważnione ostatnimi wypowiedziami czy pomysłami”. Wzywał do cierpliwości w relacjach z Trumpem, argumentując, że „podstawową kwestią, jaką trzeba brać pod uwagę, są wybory w Stanach i słabe notowania Republikanów. […] Republikanie mogą przegrać wybory połówkowe i prezydentura będzie bardzo słaba”.
Co brzmi jak plan, by Trumpa po prostu przeczekać, tak, by relacje między Unią i Stanami wróciły do normy. I w gruncie rzeczy to wydawałoby się najprostszym, najbardziej oczywistym odruchem elity KO, polityką zwalniającą ją z podejmowania trudnych decyzji i chroniącą przed totalnym konfliktem wewnętrznym w Polsce z trumpowskim PiS. Pytanie tylko, czy Trump da Europie – w tym Polsce – przestrzeń do czekania, czy jego polityka nie zmusi nas w pewnym momencie do ostatecznego wyboru: Stany czy Europa.
Minę z absurdalną Radą Pokoju udało się rozbroić dzięki wpisanej w polską konstytucję dwuwładzy – Nawrocki zjawił się na inauguracji tej instytucji jako obserwator, ale ze względu na konstytucyjne ograniczenia nie mógł do niej oficjalnie przystąpić. Można było odnieść wrażenie, także Pałac Prezydencki potraktował te ograniczenia z ulgą jako wybieg chroniący przed podjęciem potencjalnie bardzo niepopularnej decyzji.
Specyfika naszej konstytucji może jednak nie pomóc, gdy dojdzie do kolejnych kryzysów w relacjach Trumpa z Europą – a możemy być pewni, że dojdzie. Będzie jeszcze gorzej, gdyby Trumpa w trakcie kadencji zastąpił J. D. Vance. Ze swoją polaryzacją, siłą krajowej partii MAGA i zagrożeniem ze strony Rosji Polska znajduje się w wyjątkowo trudnym położeniu, gdy przyjdzie dostosować się do nowej amerykańskiej polityki.






























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.