UE

Węgierski rząd ogłosił zwycięstwo w walce z ubóstwem dzieci

Gdyby biedne węgierskie rodziny zajrzały w statystyki, dowiedziałyby się, że właściwie nie mają problemów.

Rząd Wiktora Orbána nie przepada za biednymi. Nie jest też zachwycony, gdy ktoś mu przypomni, że na Węgrzech coraz więcej ludzi znajduje się w nędzy, głoduje i traci wszelką nadzieję. Wiemy, że od lat próbuje się od tych faktów uciec – i właśnie stał się cud! Rząd ogłosił, że zmalała liczba dzieci zagrożonych skrajnym ubóstwem, i to o połowę w ciągu sześciu lat rządów Fideszu. Wspaniała wiadomość, tylko że nieprawdziwa.

Nie mówimy bowiem o sytuacji, w której rząd mógłby pochwalić się pomocą najuboższym przy wykorzystaniu sensownych mechanizmów z dziedziny polityki społecznej, ale o „rozwiązaniu” dużo prostszym. Jeśli nie zgadzają się liczby, trzeba je podmienić na lepsze – to właśnie w sprawie biedy zrobiono w Budapeszcie.

Ministerstwo Zasobów Ludzkich – superresort obejmującego zdrowie, edukację i politykę społeczną – ustami sekretarza stanu Bence Rétváriego poinformowało o tym, że liczba przedszkolaków, uczniów i licealistów zagrożonych biedą zmniejszyła się o połowę w porównaniu do roku szkolnego 2010/2011, z 28.5% do 14%.

Brzmi wspaniale, prawda? Przyjrzyjmy się jednak, w jaki sposób udało się takie rezultaty odnotować. Przez dziesięciolecia poziom biedy wśród dzieci obliczano na podstawie dochodów gospodarstwa domowego rodziców. Prawo o ochronie dzieci z 2013 roku wprowadziło jednak szereg dodatkowych kryteriów. Od tego czasu, by ustalić zagrożenie biedą, rząd bierze pod uwagę także poziom wykształcenia rodziców, fakt, czy byli przez dłuższy czas bezrobotni oraz czy mają niestabilną sytuacją mieszkaniową. Jeśli w jednej z tych kategorii gospodarstwo wypada niekorzystnie, uznaje się je za zagrożone biedą; jeśli w dwóch kategoriach – za zagrożone (wykluczone) z rozlicznych powodów.

Dzięki temu zatem, że ocena sytuacji mieszkaniowej zależy od subiektywnych kryteriów stosowanych przez urzędniczki i urzędników, a przymusowe programy pracy wprowadzone przez Fidesz zmniejszają na papierze liczbę bezrobotnych – voilà, osiągnęliśmy upragniony efekt!

Nie trzeba chyba dodawać, że od samych zmian w statystykach tym, których nie uznaje się już dłużej za biednych, wcale się nie polepsza. Zmiana kryteriów oceny nijak nie wpłynęła na faktyczne poziomy skrajnej nędzy. Prawda, że „tylko” 212 tysięcy dzieci znajduje się w tej sytuacji – ale to wciąż zatrważająco wysokie liczby (populacja Węgier jest czterokrotnie mniejsza od Polski – przyp.red.).

„Załatwianie” problemu biedy za pomocą takich sztuczek to zbrodnia. Rząd nie kiwnie palcem, żeby polepszyć sytuację ubogich, ale chwali się wynikami.

To nie jest pierwsza taka sytuacja. Węgierski Centralny Urząd Statystyczny już raz zmienił algorytm pozwalający oszacować liczbę osób żyjących poniżej minimum socjalnego – dzięki temu od 2011 roku nie wiemy, jak wiele obywatelek i obywateli Węgier mierzy się z biedą. Co więcej, rząd przechwalający się swoją „prorodzinną” orientacją, wszystkie swoje pomysły kieruje do tych rodzin, które mają się lepiej, jednocześnie pogarszając sytuację najbiedniejszych.

Wszystko to służy jednemu – aby można było stawiać billboardy z hasłem „węgierskie reformy działają”, tworzące złudę Nowego Wspaniałego Świata, jaki zafundował nam rząd. Głodujące rodziny, jeśli zaglądają do statystyk, mogą stwierdzić, że to tylko im się nie wiedzie – bo wygląda na to, że w kraju jest świetnie. Mogą nawet łudzić się, że kolejna reforma pomoże także im. Ale dla nich nie będzie żadnej reformy.

Obawa przed głodem i nędzą jest jednym z podstawowych lęków człowieka – nic dziwnego, że rządowi zależy na przekonaniu ludzi, że takiego problemu na Węgrzech po prostu nie ma; że to straszak wymyślony przez opozycję. W informacyjnej próżni, gdzie wybrzmieć może tylko rządowa propaganda, taki komunikat trafia do ludzi. Kilka eleganckich liczb i problem z głowy. Bieda staje się niewidoczna, a protest niemożliwy.

Dlatego właśnie musimy powtarzać to wciąż i wciąż: rząd zajmuje się retorycznymi sztuczkami. Jeśli staniemy twarzą w twarz z panem sekretarzem stanu Rétvárim, powiemy mu, że gdy mówi o sukcesie w walce z biedą, kłamie. Bo kłamie.

***

Nóra Diószegi-Horváth – redaktorka związana z węgierską organizacją Kettős Mérce.

Tekst ukazał się na anglojęzycznej stronie Krytyki Politycznej, PoliticalCritique.org. Tłumaczenie Jakub Dymek.

Czytaj także, jak to robi polski rząd.

ZLI-SAMARYTANIE-Ha-Joon-Chang

 

**Dziennik Opinii nr 321/2016 (1521)

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!