UE

Od zera do bohatera: jak Jeremy Corbyn tchnął nowe życie w Partię Pracy

Ilustracja: Cun Shi, New Yorker.

Wybory, które miały być jedynie taktycznym wzmocnieniem konserwatystów, okazały się realną polityczną walką.

Kiedy kilka tygodni temu Theresa May nieoczekiwanie ogłosiła wcześniejsze wybory, choć dotychczas wielokrotnie zarzekała się, że absolutnie wyklucza takie rozwiązanie. Miała prawo czuć się pewnie. Brytyjska lewica była całkowicie rozbita. Partia Pracy miała w sondażach 24% poparcia, a jej przywódca, Jeremy Corbyn, był jednym z najmniej popularnych liderów partyjnych ostatnich dekad. Dzisiaj, tuż po otwarciu urn wyborczych, rzeczywistość wygląda zgoła inaczej.

Będą przyśpieszone wybory w UK. Wiemy, kto je wygra

Poparcie dla premier May spada z dnia na dzień, a Corbyn, przez lata upokarzany i wyśmiewany przez oponentów, wyrósł na autentycznego męża stanu. Sondaże różnią się od siebie diametralnie, a po takich politycznych wstrząsach z zeszłego roku, jak zwycięstwo Trumpa czy Brexit, jeszcze trudniej na nich polegać. Jednak nie sposób nie zauważyć też faktu, że znakomita większość sondażowni odnotowała ostatnio bardzo poważny – i zupełnie nieoczekiwany – wzrost poparcia dla Partii Pracy. Wybory, które miały być jedynie taktycznym wzmocnieniem konserwatystów, okazały się realną polityczną walką.

Zdrowy duch

Jak w niecały miesiąc Partia Pracy zdołała osiągnąć taki wynik? I jakie daje to perspektywy na przyszłość?

Przede wszystkim trzeba pochwalić fundamenty: świetny manifest, kampanię i mocne przywództwo Corbyna. Pogram zaprezentowany przez Partię Pracy jest jasny i klarowny, co jest olbrzymią zmianą na tle niepewnego, mętnego manifestu laburzystów sprzed dwóch lat. Dziś widać wyraźnie, że Labour stanowczo chcą przeciwstawić się brutalnej polityce cięć, którą konserwatyści stosują nieprzerwanie od 2010 roku.

Służba zdrowia (NHS) otrzyma znacznie większe środki, a zaplanowane przez konserwatystów cięcia budżetowe wysokości 22 miliardów funtów i rozpoczęty przez nich proces prywatyzacji zostaną cofnięte. Wyprzedaż mieszkań komunalnych zostanie zatrzymana, a dodatkowo planowana jest budowa ponad 100 tysięcy nowych lokali. Wodociągi i kolej zostaną znacjonalizowane, a opłaty za studia – zniesione. Manifest przewiduje także zwiększenie wydatków na kulturę. Co najważniejsze, każdy element programu został dokładnie wyceniony, a koszty mają być pokryte z niewielkiego wzrostu podatku korporacyjnego i podwyżki podatku dochodowego dla najbogatszych.

Kampania toczyła się w internecie, na ulicach i w domach. Jeremy Corbyn wypadł w telewizyjnych wystąpieniach zacznie lepiej, niż się spodziewano – porzucił dawny doktrynerski styl i w obliczu dość agresywnych zachowań oponentów zaprezentował się jako nadzwyczaj spokojny, opanowany polityk. To zupełnie niezwykłe uczucie widzieć w tej kampanii polityka głównego nurtu, który używa hasła „live, work, play” („żyj, pracuj, baw się”), a także zwykłych ludzi, którzy mówią o swoich codziennych problemach.

Chociaż za wcześnie jeszcze, by mówić o trwałym wzroście poparcia dla Labour, zaczęło się tu i ówdzie używać porównania do słynnej remontady Podemos, które w ostatniej chwili gwałtownie odrobiło straty i zdobyło szerokie społeczne poparcie.

Kolejny, zupełnie odmienny powód wzrostu to załamanie pozycji Theresy May. Zwołała wybory, po czym de facto odmówiła wzięcia udziału w kampanii: nie tylko nie uczestniczyła w debatach z innymi politykami, ale wręcz nie zgadzała się na wywiady dla BBC. Zamiast tego zniżyła się do personalnych żarcików, np. mówiąc, że Corbyn będzie „nagi i samotny” w negocjacjach brexitowych, „a przecież nikt z nas nie chciałby tego widzieć”. Decorum to ważny element brytyjskiej polityki, a uprzejmość i szacunek to wartości, którymi torysi przez lata się szczycili. May całkowicie poległa na tej linii, podczas gdy Corbyn odnosi się do oponentów z cierpliwością i szacunkiem.

Dodatkowo manifest wyborczy konserwatystów nie dopina się finansowo. Wśród postulatów jest z jednej strony dalsza rozbudowa aparatu nadzoru, a z drugiej cięcia zasiłków dla niepełnosprawnych i podniesienie składki ubezpieczeniowej dla samozatrudnionych. Niektóre pomysły na politykę społeczną nie są aż tak złe, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Niewątpliwie jednak sposób ich przedstawienia w mediach – jak choćby „dementia tax” czyli „podatek od demencji” – to wielkie zwycięstwo labourzystów. Tymczasem konserwatyści nie mają do zaoferowania nic ponad tanie frazesy: „Brexit znaczy Brexit” czy „dość już tego” [w odniesieniu do terroryzmu – przyp. red.] powtarzane do znudzenia.

Do diabła z Westminsterem

Sondaże mogą być jednak bardzo słabym narzędziem wyrokowania, co wydarzy się jutro. Istnieją bowiem głębsze przyczyny obecnych przemian, które każą nam spojrzeć szerzej na brytyjskie społeczeństwo.

Po pierwsze Brexit. Mimo konfrontacyjnej pozy, May nie zbudowała sobie mocnej pozycji w tym szerokim ruchu na rzecz wyjścia z UE. Brytyjska opinia publiczna zdaje sobie sprawę, że ich premierka nie ma żadnego planu; wiedzą o tym także politycy jej własnej partii i europejscy liderzy. Na tym etapie już nawet Nigel Farage jest przeciwko niej. Czym było w gruncie rzeczy referendum brexitowe? Przecież nie była to racjonalna decyzja dotycząca plusów i minusów pozostania w Unii. Był to – być może niewyszukany – sposób na pokazanie środkowego palca rządzącym, a zwłaszcza Cameronowi, ówczesnemu premierowi. To antyrządowe „spierdalać!”, które pobrzmiewało w kampanii brexitowej, teraz wypłynęło na nowo w kampanii wyborczej. Jest więc nadzieja, że pod przywództwem Partii Pracy ta frustracja przerodzi się w poparcie dla progresywnej polityki.

Jeśli wierzyć co bardziej optymistycznym sondażom, wygląda na to, że liberalni lewicowcy, którzy – jak ja – krytykowali Corbyna za stanowisko wobec Brexitu, obecnie też zaczynają się łamać. Zapewne dzieje się tak głównie z powodu bardzo mocnego manifestu laburzystów. Czy to oznacza, że Brexit nie jest jednak aż tak ważny? A może ludzie zdali sobie sprawę ze skali problemów w kraju i uznali, że Corbyn jest najlepszym wyborem? Tak czy inaczej, Partia Pracy ma istotną przewagę dzięki temu, że może prowadzić kampanię zarówno wśród zwolenników, jak i przeciwników wyjścia z Unii, co daje jej większą elastyczność.

Zdecydowanie najważniejszy czynnik to mobilizacja młodych wyborców. W kraju, gdzie dynamika międzypokoleniowa jest tak istotnym elementem polityki, wysoka frekwencja grupy wyborców poniżej 25. roku życia może przesądzić o wyniku. Ci, którzy śledzą politykę brytyjską, wiedzą doskonale, że Corbyn dwukrotnie zdobył przywództwo Partii Pracy po części dzięki masowemu zaangażowaniu młodych w politykę partyjną. To właśnie odnowienie relacji z najmłodszym pokoleniem wyborców zaowocowało takimi akcjami jak #grime4corbyn (choć zasięg akcji ogranicza się do południa i Midlands), Corbyn trafił też na okładkę NME, popularnego magazynu indie, czy Kerrang!, magazynu dla fanów rocka i metalu.

Jeśli to wszystko przełoży się na frekwencję wyborczą, skutki będą namacalne. Labour ma słuszną strategię i bardzo mocno namawia wyborców do pójścia na wybory.

Wreszcie ostatni czynnik: nagła zmiana nastawienia mediów maistreamowych do Corbyna. Po miesiącach zasadzek, rzucania go wilkom na pożarcie, teraz nareszcie stworzono mu jakąś realną platformę, gdzie może się bezpośrednio wypowiadać. Wygląda na to, że im częściej ludzie słyszą prawdziwe poglądy lidera labourzystów, tym częściej się z nim zgadzają, mimo że ogólny klimat w mediach jest mu wciąż nieprzychylny. Po atakach w Londynie redaktor polityczny „Sunday Times” wypuścił tweeta, w którym określił Corbyna jako „zwolennika komunistycznego terroryzmu” (choć te komentarze zostały szybko usunięte), a BBC odmówiło transmisji dwóch rzeczowych, godnych męża stanu przemówień, w których odniósł się do zamachów. Jednak gęba starego, oszalałego komunisty, którą tabloidy tak długo starały się mu doprawić, nie trafia już nawet do przekonanych.

Rzeczywistość kontratakuje

Nie jest jednak różowo. Kampania Labour nie trafiła do osób starszych. Wyborcy z grupy 60+ nadal w przeważającej większości głosują na konserwatystów. W tej sytuacji można liczyć jedynie na to, że słabnące poparcie May jako premier sprawi, że więcej wyborców zwyczajnie nie pójdzie na wybory, chociaż w tej grupie wiekowej byłoby to spore zaskoczenie. Jednocześnie sondaże zazwyczaj przeszacowują wyniki Labour i niestety jest bardzo możliwe, że ostatni wzrost jest w rzeczywistości znacznie mniejszy niż nam się wydaje. Sobotnie ataki w Londynie również mogą przynieść korzyści ekipie May (choć premier May przez sześć lat pełniła funkcję sekretarza stanu, taki atak powinien być dla niej zdecydowanie złą wiadomością, niemniej historycznie rzecz biorąc, kwestie bezpieczeństwa zawsze są rozgrywane na korzyść Torysów). Podobnie rzecz ma się z gospodarką: mimo dramatycznie złych wyników partia konserwatywna jest nadal postrzegana jako ta bardziej kompetentna w sprawach ekonomicznych – a to właśnie bezpieczeństwo i gospodarka są kluczowymi kwestiami w tych wyborach.

Gęba starego, oszalałego komunisty, którą tabloidy starały się Corbynowi doprawić, nie trafia już nawet do przekonanych.

Na tym etapie dosłownie każdy głos się liczy – zarówno ze względu na wynik głosowania powszechnego, jak i szanse na zdobycie konkretnych miejsc w okręgach wyborczych. Niska frekwencja będzie z pewnością złą wiadomością dla lewicy. Z drugiej strony istnieje szansa na zawieszony parlament, jeśli powyższe czynniki faktycznie przełożą się na wysoką frekwencję wśród najmłodszych wyborców i niską wśród najstarszych. Jeśli to się nie stanie, a strategia Corbyna „nie odniesie sukcesu”, wciąż może dojść do dalszego zmniejszenia obecnej przewagi Torysów w parlamencie, co pozwoli ograniczyć zapędy May w kwestii „twardego Brexitu” i pozwoli Partii Pracy na zbudowanie większości w następnych wyborach. Tegoroczny manifest jest w każdym razie doskonałym wzorcem na przyszłość.

O ten wynik trzeba zawalczyć – rozbieżności w sondażach tylko to potwierdzają. Corbyn jest teraz bardziej popularny niż Ed Milliband, a do tego ma pewność siebie, kierunek polityczny i cholernie dobry program. Wszystko to zrobione niemal od zera w niecały miesiąc. Cokolwiek stanie się dalej, sam fakt że ten lider, z tym programem mógł zajść tak daleko, powinien raz na zawsze zamknąć usta neoliberalnej lewicy i zwolennikom Blaira. Na naszych oczach przesunęły się granice tego, co jest możliwe na brytyjskiej lewicy. Ostateczny finalny wynik wyborczy Labour będzie miał znaczenie i wpływ na życie milionów ludzi, to jasne, ale prawdziwa stawka tych wyborów wykracza poza ilość krzyżyków złożonych na kartach wyborczych.

10 rzeczy, które możesz zrobić, żeby utrudnić jej Brexit

**
Tekst ukazał się na portalu PoliticalCritique.org. Z angielskiego tłumaczyła Kinga Stańczuk.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Jak można znieść opłaty za studia na prywatnej uczelni? Szczerze mówiąc nie wiem czy w WB są liczne uczelnie “państwowe”? Jeśli nie to można co najwyżej zapłacić “prywaciażowi” z państwowych pieniędzy.

    1. Największe i najsłynniejsze uczelnie brytyjskie – w tym Oxford, Cambridge, Imperial College i takie tam – SĄ państwowe.

  2. Jakoś wątpię, że to Corbyn faktycznie tchnął nowe życie w Labour Party, choć w istocie nieco się utemperował. Raczej wychodzą na jaw skutki błędów Torysów pod przywództwem May: zapowiedzi bardzo twardego Brexitu, a przede wszystkim skutki “oszczędzania” na policji i innych służbach publicznych (wielkie cięcia etatów w policji!). Zwłaszcza to drugie stało się głośne na skutek ostatnich zamachów.

    A poza tym termin “zawieszony parlament” w Polsce nie funkcjonuje i niewiele osób go zrozumie. “Hung parliament” to sytuacja, w której żadna partia nie ma bezwzględnej większości i trzeba stworzyć koalicję. W Polsce taka sytuacja jest do tego stopnia normalna (przed 2015 zawsze tak było), że nie stworzono dla niej osobnej nazwy.