Film

Mokry sen o edukacji seksualnej

sex-education-recenzja-dawida-krawczyka

O czym fantazjują twórcy serialu „Sex Education”? O empatycznych nastolatkach, które wszystkie seksualne problemy rozwiązują szczerą rozmową.

Otis ma szesnaście lat, inwazyjną matkę seksuolożkę i problem z dojściem podczas masturbacji. Jakby tego było mało, pod wpływem koleżanki ze szkoły postanawia udzielać swoim rówieśnikom płatnych porad dotyczących seksu i związków. W szkole, do której chodzi Otis, jest czym się zajmować. „Wszyscy myślą o bzykaniu, zaraz będą się bzykać albo właśnie się bzykają” – mówi Erik, przyjaciel głównego bohatera, przechadzając się po szkolnym dziedzińcu.

Netflix nie po raz pierwszy zabiera się za edukację seksualną. Przed premierą Sex Education wyprodukował dwa sezony animowanego serialu Big Mouth. W skrócie kreskówka wygląda tak: dzieci z podstawówki odkrywają swoje prącia i waginy, pierwsze włosy łonowe i pierwsze miłości. Nieletnich bohaterów nawiedzają hormonalne potwory, męczą ich zjawy wzbudzające poczucie winy, a każdy najmniejszy problem urasta do rangi obsesji. Simpsonowie to przy nich wzorowa rodzina, a bohaterzy South Parku to dobrze wychowane dzieci.

W Sex Education też nie brakuje humoru orbitującego wokół genitaliów, płynów ustrojowych i orgazmicznych uniesień. Nowa produkcja, tym razem z udziałem aktorów (w końcu mówimy tu o 16-latkach, więc nie trzeba uciekać się do animacji), jest jednak dużo poważniejsza od Big Mouth. Chociaż, podobnie jak tamten serial, także ośmioodcinkowy komediodramat przypomina rollercoaster – czasem na przestrzeni kilku scen potrafiłem roześmiać się aż do bólu brzucha i szczerze zapłakać ze wzruszenia.


Skąd my ich znamy?

Szesnastoletni Otis, w którego wcielił się Asa Butterfield, żyje bezpiecznie na uboczu, poza szkolną elitą wysportowanych chłopaków i popularnych dziewczyn. Dla kolegów i koleżanek pozostaje raczej przezroczysty. Znajomość z nim nie pozwala wspiąć się po szczeblach szkolnej hierarchii, więc mało komu opłaca się bujać z Otisem. A wiadomo, że trudniej o bardziej darwinistyczną przestrzeń niż szkolne korytarze.

Otis przyjaźni się z Erikiem (Ncuti Gatwa), czarnym chłopakiem pochodzącym z dużej, migranckiej rodziny, a przy okazji wyoutowanym gejem rozkochanym w queerowej estetyce. Nieoczekiwanie do duetu szkolnych odludków dołącza Maeve Wiley (Emma Mackey), tajemnicza dziewczyna, która czyta Virginię Woolf, ma przeczytanych francuskich egzystencjalistów, a w esejach sprawnie cytuje poezje Langstona Hughesa. Zupełnie nie stara się o atencję, a jakoś zawsze ląduje w centrum uwagi towarzyskich kręgów szkoły Moordale.

Ścieżki trojga bohaterów przecinają się, żeby zawiązać główny fabularny wątek – wspólnymi siłami otwierają poradnię seksualną dla rówieśników. Mimo deklarowanej niechęci do matki seksuolożki (w tej roli fenomenalna Gillian Anderson) Otis odziedziczył po niej ponadprzeciętne pokłady empatii i zupełny brak potrzeby oceniania innych. W każdym z odcinków pomaga rozwiązać komuś ze szkoły problem seksualny, który zgodnie z psychoterapeutycznym banałem, nigdy nie jest stricte seksualny. Tyle o fabule, żeby niepotrzebnie nie zdradzić za dużo.

Kogo spotkamy w serialowej szkole z Sex Education? Jest Jackson, urodzony przewodniczący wszystkiego, czemu można przewodniczyć – sprawny, charyzmatyczny i zabawny. W jednej ze scen dziewczyny opisują go słowami: „W zasadzie Barack Obama”. Poznajemy Aimee, dziewczynę, która za wszelką cenę stara się o względy wrednych księżniczek szkolnych korytarzy, Ruby i Olivii. Na liście obecności są również obowiązkowo: dyrektor o skłonnościach do kontrolowania wszystkiego i wszystkich oraz jego zwichnięty emocjonalnie syn; zaangażowana nauczycielka angielskiego i pan od muzyki, który żyje (niezrealizowanymi) marzeniami o karierze jazzmana.

Anja Rubik wyręcza ministerstwo edukacji

czytaj także

Ten zestaw postaci widzieliśmy już praktycznie we wszystkich filmach o problemach nastolatków. Laurie Nunn, główna scenarzystka Sex Education, nie kryje swojej fascynacji Klubem winowajców Johna Hughesa. To właśnie tam, w latach 80., powinniśmy szukać źródeł szkolnych archetypów mielonych później w dziesiątkach filmów spod znaku High School Drama, od American Pie, przez High School Musical, po Plotkarę. Sex Education, pierwsza duża serialowa produkcja, która wyszła spod klawiatury Nunn, jest naładowana odniesieniami do klasycznych pozycji z gatunku licealnego dramatu. W szkole Moordale wszystko jest jednak dużo bardziej skomplikowane.

Nunn ma dużo sympatii do stereotypowych, grubo ciosanych postaci. Na tyle dużo, że dopisuje im pełnowartościowe osobowości, dodaje głębi, przez co zmusza do tego, żeby spojrzeć z większą życzliwością nie tylko na bohaterów i bohaterki Sex Education, ale również na tych wszystkich futbolistów, mole książkowe i cheerleaderki z innych filmów młodzieżowych poprzedniego wieku. Oni zawsze byli czymś więcej niż swoimi wizerunkami.

Przyjaciele, czyli jak pokochać neoliberalizm i picie kawy cały dzień

W Sex Education urodzony przewodniczący cierpi z powodu ataków paniki. Szkolny zbój jest emocjonalnie pokiereszowany przez swojego ojca. A wredne dziewczyny w momencie kryzysu zdolne są do aktów solidarności. Prawiczek nie jest opętany obsesją utraty dziewictwa. A intelektualistka równie dobrze odnajduje się w bibliotece, co w łóżku.

Jasne, że to dydaktyczny banał: każdy ma swoją historię i najczęściej jest ona dużo bardziej skomplikowana niż to, co można byłoby wywnioskować z kilku ostatnich zdjęć na Instagramie. Jednak Nunn potrafi przedstawić ten banał w urzekająco przekonujący sposób. Przypomina to trochę zaangażowane kawałki z lat 80. – niby wiemy, że od wspólnych śpiewów Steviego Wondera, Tiny Turner i Michaela Jacksona nie nastanie globalny pokój, ale przez chwilę, kiedy śpiewają „We are the world”, mamy wrażenie, że może jednak.

Scenarzyści są niezwykle konsekwentni w obdarzaniu empatią wszystkich postaci, bez żadnych wyjątków. Wciąż nie wiem jednak, czy lekkie, humorystyczne podanie homofobicznych ataków Adama jest w porządku, nawet biorąc pod uwagę, jak potoczyły się dalej losy tego bohatera. Wielokrotne i poważne naruszanie prywatności Otisa przez jego matkę też nie spotyka się z żadnymi poważnymi konsekwencjami. Ot, taka nadopiekuńcza mama.

Rozmawiajmy z dziećmi o seksie od najmłodszych lat

Z jednej strony korytarzami szkoły Moordale chodzą żywe stereotypy z bajek dla nastolatków, z drugiej – twórcom udaje się przełamać duszną hetoronormę wiszącą nad kinem młodzieżowym tego typu. Poza wspomnianym Adamem nikt ze szkolnej społeczności nie ma żadnego problemu z queerowością Erica. Fakt, że Jackson ma dwie matki, też jest ostentacyjnie przezroczysty i nie wywołuje żadnych wielkich dramatycznych napięć. Kobiece postaci mają dużo więcej autonomii, niż moglibyśmy się tego spodziewać po gatunku – poza kujonką i cheerleaderką dziewczyny mogą być tutaj młodymi intelektualistkami, rysowniczkami komiksów czy muzyczkami. Mężczyzna nie jest tutaj też warunkiem ich szczęścia i przyjemności – o czym przypomina para lesbijek i sceny, w których jedna z bohaterek zdobywa podmiotowość przez masturbację.

Dzięki różnorodności bohaterów i bohaterek udało się zbudować szkolny świat, który daje oddech. Nie ma tu jednego przepisu na sukces na szkolnej scenie, a wyraźna hierarchia z początku serialowej opowieści zostaje z czasem skutecznie podważona. Odwagą i postępowością Sex Education przypomina trochę pierwszy sezon Orange is the New Black.

Orange Is the New Black: Prywatne jest bardziej polityczne

Fantazje późnych milenialsów

Gdzie leży szkoła, do której chodzą seksualnie pobudzone nastolatki? Teoretycznie gdzieś w Wielkiej Brytanii, ale nie jest to takie oczywiste. Z jednej strony słychać wyraźnie brytyjski akcent i wyspiarski zestaw seksualnych kolokwializmów, z drugiej – cała szkolna estetyka jest prawie tak amerykańska jak litrowe kubki na colę i inwazje na Bliski Wschód. Począwszy od szafek na korytarzu, przez sportowe kurtki, kończąc na szkolnym balu. Najkrótsza odpowiedź na pytanie, gdzie leży szkoła Moordale, brzmi: nigdzie.

Trochę bardziej rozbudowana odpowiedź: akcja toczy się w Wielkiej Brytanii, ale twórcy zdecydowali się maksymalnie zamerykanizować scenografię, żeby produkt sprzedał się lepiej w Stanach i na świecie. Sami zresztą opowiadają o tym zabiegu w wywiadach. Mundurki i wiernie odwzorowanie angielskiej szkoły automatycznie skazałyby ten serial na etykietę „brytyjskiej produkcji”. Amerykańskie szkoły widzieliśmy już tyle razy, że nawet poza Stanami wydają się naturalną scenerią dla nastoletnich dramatów. Tak działa kulturowa hegemonia.

Marketingowe wymogi globalnego serwisu streamingowego to jednak nie wszystko. Co prawda świat Moordale nie został wygenerowany komputerowo i hipnotyzujące krajobrazy naprawdę istnieją w Walii, gdzie serial został nakręcony, ale nie znaczy to wcale, że jest to świat rzeczywisty. Nikt w Sex Education nie ma supermocy, nie latają tutaj smoki, ale jednocześnie świat nastolatków jest tak samo daleki od naszej rzeczywistości jak uniwersum Gry o Tron czy superbohaterskich potyczek z filmów Marvela. Dlaczego?

Wszystko kończy się tu happy endem. No, prawie wszystko. Niezależnie od tego, czy mówimy o głównym wątku fabularnym, czy kilkunastu pobocznych. I nawet jeśli postaci nie lądują w finale sezonu w krainie wiecznej szczęśliwości, to nikomu nie dzieje się ostatecznie jakaś nieodwracalna krzywda. Wydaje się, że nawet stalker, który wyjeżdża ze szkolnego balu na noszach, czegoś się nauczył. Meave nie rozwiązuje swoich miłosnych rozterek, brat sprowadza na nią poważne problemy w szkole, ale po ośmiu odcinkach jest na pewno mądrzejszą i jeszcze bardziej niezależną jednostką. Erik zostaje pobity, bo ośmielił się włożyć kozaki na wysokim obcasie, ale już kilka odcinków później dzięki rodzinie (i nieoczywistej relacji z ojcem sparaliżowanym emocjonalnie lękiem o syna), Kościołowi i tajemniczemu facetowi z wymalowanymi paznokciami wraca do swojej nieskrępowanej queerowej dumy. Jak to możliwe, że każdy – zgodnie z coachingowym banałem – jest na koniec lepszą wersją samego siebie?

Jak to możliwe, że każdy – zgodnie z coachingowym banałem – jest na koniec lepszą wersją samego siebie?

Wystarczy rozmowa, otwartość na dialog, zrzucenie zbyt uwierającej maski, skontaktowanie się z własnym emocjami czy inne równie mało skomplikowane rozwiązanie. W serialu pojawiają się tematy trudne: homofobiczna przemoc, stalking, aborcja, bieda – ale zawsze ktoś podaje pomocną dłoń i pozwala wyciągnąć postać z opresji.

Wielu moich znajomych około trzydziestki po obejrzeniu serialu bardzo podobnie komentowało te osiem odcinków: gdybyśmy tylko wiedzieli to wszystko dziesięć, piętnaście lat temu, oszczędzilibyśmy sobie masy frustracji i kompleksów. Chociażby to, że seks to nie wyścig pływacki ani konkurs na najlepszy esej – doświadczenia kolegów i koleżanek podbite w ich mitycznych opowieściach serio nie mają tutaj znaczenia. Dużo ważniejsze niż ściganie się z rówieśnikami jest poznanie swoich sposobów na osiąganie przyjemności. I nie ma się co spinać, bo wszyscy są z początku tak samo zagubieni i nieporadni. Później czekają nowe kompleksy i frustracje i pewnie już nie da się ich załatwić poradami „nastoletniego Kinseya”, jak prześmiewczo mówi na Otisa jedna z jego „klientek”, ale wciąż Sex Education wydaje się bardziej sensowne od nieporadnych lekcji Wychowania do życia w rodzinie.

Zdarza się, że prowadzący wychowanie do życia w rodzinie wstydzą się słowa „seks”

Z kolei nastolatkowie, których poprosiłem na Instagramie, żeby podzielili się ze mną swoimi opiniami, byli już mniej entuzjastyczni. Irytuje ich przesada w dydaktycznym tonie i ciągłe podkreślanie: seks jest czymś normalnym i zdrowym. „My to naprawdę wiemy” – pisali.

To kolejny powód, który pozwala interpretować Sex Education jako prezent przygotowany przez pokolenie trzydziestolatków dla ich rówieśników. Serial Netfliksa to fantazja o tym, jakie higschoolowe dramaty chcielibyśmy obejrzeć kilkanaście lat temu: napisane przez autorów naprawdę zainteresowanych nastoletnią psychologią, a nie naładowane kliszami z komedii romantycznych. Na marginesie: te ostatnie jeszcze bardziej bezlitośnie prześwietla i demontuje serial Ty, dostępna na Netfliksie zeszłoroczna produkcja telewizji Lifetime.

Laurie Nunn bazuje na tropach dobrze kojarzonych sprzed kilkunastu lat, przerabia, aktualizuje i przykrawa je do współczesnych wyobrażeń i wartości. Na poziomie estetyki dokładnie z tym samym mieliśmy do czynienia w Stranger Things. Z kolei potrzeba zbudowana fikcji, w której nie ma niepotrzebnych tabu ani dyskryminacji, a komunikacja międzyludzka zachodzi w oparciu o wzajemne zaufanie, nie jest tylko fantazją Nunn. Dokładnie z tym samym mieliśmy do czynienia w oscarowym Tamte dni, tamte noce, co najpełniej obrazował monolog ojca pod koniec filmu.

Żylibyśmy pewnie w lepszym świecie, gdyby przyjaźń ze Stranger Things nie była tylko sentymentalnym majakiem, problemy w związkach dałoby się rozwiązywać po kilkuminutowej sesji z bystrym nastolatkiem, a rodzice byliby tak mądrzy i wyrozumiali jak ojciec z Tamtych dni, tamtych nocy.

Prawda Procesu

Koniec flirtu, początek seksu

Trudno oglądać serial o seksie na początku 2019 roku i abstrahować od kontekstu wielkich debat o polityce i seksualności, które spowodował ruch #MeToo. Nie jestem pewien, czy w pełni zdajemy sobie z tego sprawę, ale ostatni raz seks zajmował tak istotne miejsce w politycznych sporach dobre pół wieku w temu, w okolicach roku 1968.

Legendarny hasztag nie pojawia się co prawda wprost w żadnej ze scen serialu, ale w scenariuszu bez trudu znajdziemy już mniej lub bardziej bezpośrednie odniesienia do kwestii zgody na seks czy tzw. slut-shamingu. Finał szkolnej afery z udziałem zdjęcia kobiecych genitaliów rozsyłanego na Snapchacie jest jednym z najbardziej wzruszających momentów w całym serialu.

Nie jestem pewien, czy w pełni zdajemy sobie z tego sprawę, ale ostatni raz seks zajmował tak istotne miejsce w politycznych sporach dobre pół wieku w temu, w okolicach roku 1968.

Stalkujący chłopak, który ma problem ze zrozumieniem, co znaczy „nie”, spotyka się tu z bardzo bolesną reakcją rzeczywistości. Chociaż generalnie scenarzyści wzbijają się na wyżyny wyrozumiałości wobec męskich bohaterów. Trochę jakby chcieli wierzyć, że jest dla nich szansa i przy odrobinie dobrej woli nie uzbroją politycznie swoich seksualnych frustracji, zasilając szeregi alt-rightowych inceli. W zasadzie nie ma w uniwersum Sex Education postaci złych, wszyscy są tu jakoś przetrąceni przez los, nawet jeśli potrafią ukryć swoje traumy przez dobrych kilka odcinków.

Nunn zastanawiała się, czy główną postacią nie uczynić młodej dziewczyny, ale ostatecznie zdecydowała się na chłopaka. Pozwoliło jej to odbić się od komediowych narracji o licealnych prawiczkach, którzy na drodze to rozprawiczenia nie cofną się przed niczym. I podobnie jak w przypadku każdej innej postaci główny bohater Otis jest jednocześnie chodzącym stereotypem (złośliwi mogliby powiedzieć, że jego największy problem to fakt, że nie może się zmasturbować), a z drugiej jego totalnym zaprzeczeniem. Ma poważny problem w osiągnięciu seksualnej satysfakcji, ale nie ma wiele wspólnego z figurą incelowatego chłopaka, który redukuje kobiety do obiektów seksualnych.

W sprawie legalizacji gwałtów

Dyskusje wywołane przez #MeToo ujawniły nie tylko przestępców seksualnych, ale także pełen wachlarz lęków i niepewności, które trapią współczesnych mężczyzn. Zresztą nie potrzeba było #MeToo, żeby przeczytać, że feministkom zależy w pierwszej kolejności na zabiciu flirtu i odebraniu mężczyznom przyjemności z uwodzenia.

Sex Education pokazuje, jak wygląda świat, w którym praktycznie nie ma tabu. Seksu uprawia się dużo, a jeszcze więcej o nim rozmawia. Nikt tu nie musi się niczego domyślać ani stawać na głowie, żeby zdekodować szczątki niewerbalnych komunikatów. Dopóki bohaterowie komunikują się otwarcie i szczerze, scenariusz przewiduje dla nich happy end. I tylko ci, którzy starają się zamilczeć swoje problemy, kończą nieszczęśliwi.

Nie wiem, jak wyobrażają sobie taki świat mężczyźni, którzy kwilą nad końcem flirtu, ale bohaterowie Sex Education jakoś nie przestali się uwodzić, flirtować i uprawiać ze sobą seks.

Poradnik mówienia „nie”

Bio

Dawid Krawczyk

| Reporter Krytyki Politycznej
Autor reportaży, wywiadów, analiz i recenzji. Absolwent Filozofii i Filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. W Krytyce Politycznej od 2011 roku. Redaktor działu Narkopolityka poświęconego krajowej i międzynarodowej polityce narkotykowej. Publikował między innymi w Magazynie Świątecznym "Gazety Wyborczej" oraz polskiej edycji "Le Monde Diplomatique". Tłumaczenia jego tekstów ukazywały się w językach: angielskim, czeskim, rumuńskim, węgierskim i włoskim.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.