Film

Kac Wawa w PISF

W cieniu operetkowej rekonstrukcji rządu dokonała się zmiana, która może mieć fundamentalne znaczenie dla przyszłości polskiej kultury. Premier ds. kultury, Piotr Gliński, powołał na stanowisko szefa PISF Radosława Śmigulskiego. Trudno przyjąć tę nominację z zaufaniem – z szeregu powodów.

Kim jest Radosław Śmigulski? Ostatnio pracował w zarządzie Totalizatora Sportowego, wcześniej związany był z Agencją Produkcji Filmowej i firmą dystrybucyjno-produkcyjną Syrena Film. Tą ostatnią kierował nie w okresie, gdy współpracowała przy produkcji tak ważnych obrazów jak Rewers, czy Essential Killing, ale wtedy, gdy na rynek wypuściła Kac Wawę – film zgodnie uznawany za jeden z najgorszych obrazów stulecia.

 

Choć nie można powiedzieć, by Śmigulski nie miał żadnego doświadczenia jako menadżer kultury pracujący w sektorze filmowym, to można postawić sobie pytanie, czy jest ono wystarczające do tego, by kierować instytucją tak kluczową dla polskiego ekosystemu produkcji filmowej, jak PISF.

Nikt też nie łudzi się chyba, że to menadżerskie zdolności Śmigulskiego okazały się tu decydujące. Zdobył on podobną liczbę głosów w komisji konkursowej, co znająca od dawna doskonale PISF Izabela Kiszka-Hoflik, gwarantująca zachowanie podstawowej ciągłości instytucji. Gliński postawił właśnie na Śmigulskiego przede wszystkim ze względu na polityczne zaplecze kandydata.

Ten związany był politycznie ze stowarzyszeniem Republikanie, kierowanym przez Przemysława Wiplera – polityka krążącego między PiS, a kolejnymi partyjkami Janusza Korwin-Mikkego. W środowisku Republikanów Śmigulski działał wspólnie z byłym ministrem skarbu Dawidem Jackiewiczem i odpowiedzialnym za film wiceministrem kultury Pawłem Lewandowskim. Cieszyć się ma także poparciem nowego premiera, Mateusza Morawieckiego.

PISF i katakumby konserwatywnej wrażliwości

Republikanie jako środowisko łączyli bardzo twardy konserwatyzm z równie twardą wiarą w rynek. Środowisko to znane było z niechęci do finansowania kultury z publicznych środków. Zwłaszcza takiej, która stawia społeczeństwu niełatwe pytania, idzie pod prąd utartych wyobrażeń, eksperymentuje z nowymi środkami wyrazu. Już sam polityczny rodowód nowego szefa Instytutu jest więc powodem do niepokoju.

Liczy się kontekst

Ten niepokój zwiększa kontekst, w jakim Śmigulski obejmuje kierownictwo PISF. Poprzednia szefowa została odwołana pod dość słabym pretekstem, najpewniej z naruszeniem prawa. Konkurs na stanowisko nowego dyrektora nie przyciągnął zbyt wielu mocnych kandydatur – częściowo za sprawą solidarności z odwołaną dyrektor Sroką, częściowo dlatego, że nikt nie chciał wchodzić na pole minowe, jakim dziś jest szefowanie Instytutowi.

Kierowanie PISF w erze „dobrej zmiany” oznacza bowiem ciągłą walkę z żądaniami ministerstwa i obsługującego rządzącą większość „kompleksu medialnego”. I jedni, i drudzy będą co i rusz domagać się „korekty w PISF”.

Rządzący obóz wierzy bowiem, że PISF opanowany jest przez układ, blokujący konserwatywną wrażliwość i produkowane przez nią treści. Jest to mit taki sam, jak kolejne fantastyczne teorie smoleńskie. Premier Gliński przez ostatnie dwa lata robił, co mógł, by otworzyć PISF na taką „korektę”. Wprowadził do Instytutu bliskich sobie ekspertów, dał im do kierowania komisje konkursowe. Efekt był jednak taki, że w niektórych sesjach najbardziej związani z prawicą eksperci – jak Rafał Wieczyński – nie mieli, co robić, bo do kierowanych przez nich komisji zgłoszono zbyt mało projektów. Mit o szufladach pełnych dzieł reprezentujących „konserwatywną wrażliwość” okazał się bujdą.

Tym nie mniej każdy nowy szef PISF będzie naciskany, by wspomagać jak największą liczbę produkcji, podejmujących wcześniej rzekomo sekowaną patriotyczną tematykę. Sam Śmigulski wpisuje się w te życzenia. W udzielonym przed nominacją wywiadzie dla Polskiego Radia uznał za jeden z problemów polskiego kina istnienie grupy filmowców, którzy mają poczucie, że „nie mogą korzystać z publicznych środków”.

Jest to postawienie sprawy na głowie, publiczne środki na produkcję filmową nie powinny bowiem być przyznawane wedle klucza grupowej przynależności. Puli PISF nie można dzielić, jak miejsc w parlamencie, wedle rozkładu poglądów w społeczeństwie. Nie chodzi o to, by wyrównywać wsparcie dla „konserwatywnej” i „lewicowej wrażliwości”, ale o to, by wspierać projekty artystycznie rokujące, poruszające kluczowe dla społeczeństwa tematy.

Tymczasem bliskie prawicy media domagają się nie tylko „konserwatywnej korekty” w PISF, ale także tego, by finansowane przez Instytut filmy wspierały „wizerunek Polski za granicą”, czy „polską rację stanu”. Jest to – ponownie – postawienie sprawy na głowie. Kino nie ma realizować „racji stanu” w formie, jaką wymyślono sobie w mediach Karnowskich czy „tygodniku Lisickiego”, raczej istnienie dobrego, wolnego od cenzuralnych ograniczeń, ekonomicznie niezależnego od presji rynku kina jest polską racją stanu. Każda dojrzała demokratyczna wspólnota potrzebuje bowiem kultury do tego, by rozmawiać sama ze sobą na kluczowe tematy oraz komunikować swój punkt widzenia światu. I świat interesują często właśnie kameralne, osobiste głosy, a nie zamówione przez rząd bieda-superprodukcje o Sobieskich albo wyklętych.

Pytania do dyrektora

Jak wobec tych żądań prawicy ustosunkuje się dyrektor Śmigulski? Czy zmieni PISF w kolejny pas transmisyjny bliskiej prawicy ideologii i polityki historycznej? Czy będzie stosował cenzurę ekonomiczną wobec niewygodnych dla swojego środowiska tematów?

Pokażą to najbliższe miesiące. Kluczowy będzie wybór nowych liderów komisji eksperckich. Czy dyrektor Śmigulski odda wszystko swojemu obozowi politycznemu? Czy zachowa pluralizm? Czy uszanuje autonomię środowiska filmowego i jego wpływ na dzielenie środków?

Już dziś trzeba też postawić nowemu dyrektorowi PISF kilka pytań, co do jego wizji Instytutu:

– Czy uważa, że środki Instytutu powinny być kierowane w oparciu o artystyczne kryteria, czy o polityczne zamówienie na „tematy ważne” (jak niedawno zdawał się sugerować minister Gliński)? Oczywiście, taka Instytucja jak PISF musi szukać równowagi między tymi dwoma stanowiskami, ciekawi mnie jednak, jak ją widzi dyrektor Śmigulski.

– Czy pod jego kierownictwem PISF będzie finansował pozytywnie ocenione przez ekspertów filmy o tych elementach polskiej historii, których przedstawianie na ekranie do tej pory wywoływało krytykę ze strony środowisk bliskich obecnej władzy ? Czy będzie mógł powstać film na temat polskich zbrodni popełnianych na Żydach w okresie II wojny światowej i okupacji? Innymi słowy: czy dyrektor Śmigulski nie wstrzyma finansowania nowej Idy albo Pokłosia?

– Czy pod nowym kierownictwem tematem tabu nie staną się takie kwestie, jak sytuacja osób nieheteroseksualnych w Polsce, pedofilia w Kościele katolickim, krytyka chrześcijaństwa? Czy pod kierownictwem dyrektora Śmigulskiego ze wsparciem PISF będzie mógł powstać film otwarcie polemiczny wobec ideologii konserwatywnej?

– Jakie miejsce w polityce PISF nowy dyrektor widzi dla artystycznego eksperymentu, krótkiego metrażu, animacji? Tych wszystkich obszarów sztuki filmowej, które szczególnie potrzebują wsparcia publicznych środków?

Od praktycznej odpowiedzi na te pytania zależy to, czy PISF przetrwa jako instytucja, czy stanie się podobną wydmuszką, jak kierowany przez Julię Przyłębską Trybunał Konstytucyjny.

Instytut filmowców, nie polityków

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. PISF za czasów tej tam Sroki (a wcześniej chyba Odorowiczowej) finansował i promował tak ewidentne śmieci filmowe, jak Ida czy Pokłosie, udające niemal filmy historyczne i tak przez poniektórych debili odbierane. Finansował też tak prymitywne w przekazie gnioty jak Pokot. Nie dopuszczał nikogo spoza zaklętego (przeklętego) kręgu swojaków. A teraz płacz i babci sranie, że pewnie nie sfinansują kolejnego „idopodobnego” antypolskiego śmiecia czy drugiego Pokłosia, jakby pierwszego nie było aż nadto. Teraz może coś o zbrodniach żydowskich komunistów na Polakach, tak dla utrzymania równowagi. A filmy o homoseksualistach niech sobie homoseksualiści realizują za swoje, to lobby jest akurat bardzo zamożne. Dla tej równowagi teraz pora przywrócić konserwatywne widzenie świata, bo tego obcego, lewackiego było zbyt dużo. Mam nadzieję, że naprawa PISF-u zostanie przeprowadzona dogłębnie, szkoda że dwa lata zmarnowali. A ta jak jej tam Sroka to akurat sporo ma za uszami…

  2. Bardzo potrzebny artykuł, ale jedna rzecz zastanawiająca. Czy naprawde miarą jakości działań PISF bedzie liczba filmów o pedofilii w kościele…naprawde nie ma innych tematów i przykładów ktore mogl pan podać. To chyba generalny problem polskiej lewicy pod sztandarami KP- skupiacie sie na sprawach marginalnych.

  3. Skończmy z iluzjami i dajmy sobie spokój z apolitycznością PISF – a uznajmy odpowiedzialność i to nie nowego prezesa, a bezpośrednio wicepremiera Glińskiego za to jakie powstaną w Polsce filmy w najbliższym czasie i go z tego rozliczajmy. Dwa każda opcja ma jakieś ciągotki ideologiczne i lewica w UE, także robi ideologiczne filmy, z których część to gnioty.
    Jak na razie najlepsze polskie filmy powstały w latach 70-tych za PRL-u, a nie w żadnej liberalnej demokracji III RP.

  4. Przeczytałem ten tekst. Są dwie możliwości: a) autor ma lat 13 i nie rozumie oczywistej chyba nawet dla tej grupy wiekowej zasady: kto ma władzę ten decyduje o publicznych pieniądzach wedle własnego uznani, b) autor robi sobie jaja, zadając takie a nie inne pytania w swoim felietonie.

    1. niestety trzeba miec mozg zeby moc zrozumiec cokolwiek, wroc do kolorowania ksztaltow kredkami. Jonku idac tropem twoich niewiem co to jest, wzdelo cie chyba, wiec gdy jak lewica wygra wybory to niech zarzadzi bo bedzie miala prawo Jonku przymusowa twoja sterylizacje zebys takich malych durnawych jonkow na swiat przypadkiem nie wydal 🙂 szczesc boze. Pamietaj ze papiez tez puszcza baki

  5. ..że wotum nieufności Schetyny przepadło i jednak Morawiecki jest premierem. Byłby koniec dobrej zmiany i Śmigulskiego .

  6. Trzeba było pisać o wymaganiach, gdy rządziliście PISFem i stawiać je sobie. Teraz przynajmniej racja moralna byłaby po stronie lewicy. Piotr Zaremba zwrócił uwagę, że Rada PISFU powołana przez Glińskiego podzieliła głosy prawie po równo między dwóch kandydatów, a „wasza” Rada powołana przez Omilianowską była jednomyślna w wyborze M.Sroki mimo wielu dobrych kontrkandydatów. To wiele mówi, kto mocniej trzymał za mordę, nawet jeśli robił to w białych rękawiczkach. Tu odsyłam do mądrości żydowskiej – uchwała Sanhedrynu byłą nieważna, jeśli zapadała jednomyślnie, bo sugerowało to zakulisowe naciski, brak wolności. Prawdopodobne, że będzie tak teraz, ale na gorzej się nie zmieni, chyba że tym, co mają pretensje do monopolu w kulturze. Alergię lewicy na pluralizm widać w komentarzach z przed roku na powołanie kilku osób kojarzonych z prawicą/konserwatyzmem na kilkudziesięciu ekspertów PISFu,wśród których nadal są i to chyba w większości osoby kojarzone z liberałami i lewicą.

    1. PISF jest lewicowy? Kto? Gdzie? To byś się zdziwił jacy tam ludzie pracują. A do powiedzenia najwięcej z polskich twórców miał tam Bromski i wciąż ma, więc nie widzę tu zmiany. I tak nie będzie radykalnych zmian, bo PISF ma mały budżet, na wielkie historyczne widowiska nie wystarczy, nawet na jedno. Wciąż będą powstawać głównie małe filmy. Zresztą system przyznawania dotacji jest skomplikowany, a jej przyznanie nie równa się powstania filmu. Nawet jeśli będą dostawać granty filmy bardzo konserwatywnych twórców, bardzo prawicowych, to ci twórcy tak jak wcześniejsi będą dostawać tylko część budżetu na film, resztę będą musieli znaleźć gdzie indzie, a nie jest to wcale takie proste.

      1. Ta, rozumiem, że mówisz mi, żeście od Platformy w ostatnich latach jej rządów wprawdzie wzięli, ale nie pokwitowali, więc można z miedzianym czołem oświadczać, że nie ma dowodu na transakcje nowej lewicy z „pragmatykami”, w tym w PISFie.

        1. A ja za bardzo nie wiem, za to o czym piszesz. Przeczytałem kilka razy, wciąż nie za bardzo. To zdanie nie tworzy nic sensownego. Nie rozumiem go. I nie pisze tego złośliwie.

  7. No tak, dla Krytyki Politycznej najważniejsze są nowe „Idy” i „Pokłosia”. Można było się tego spodziewać. Czy Żydzi nie mają swojej własnej kinematografii?

    1. Nowe? „Ida” z 2013, a „Pokłosie” z 2012, czyli film 5-cią i 4-letni. Do tego tylko dwa, na kilka set produkcji z tego okresu. Mają swoją kinematografie, ale takiego filmu jak „Pokłosie” by nie zrobili, bo jest to film z bardzo polskiej perspektywy, zresztą takim reżyserem jest Pasikowski, nigdy nie zrobi kariery za granicą, ale w Polsce jest lubiany.

    2. W pełni obiektywnie oceniając, tylko warsztat, aktorstwo, bez ideologii to „Pokłosie”> „Ida”> „Klan”> reklamy Apapu >poranne wypróżnienie > „Historia Roja”.