Kraj

Inwestycja w tortury

Przerost ambicji nierzadko prowadzi do nieszczęść. W Mszczonowie nieszczęście spotka delfiny.

Trzy pechowe zwierzęta mają zostać umieszczone w zbiorniku wielkości basenu olimpijskiego. Zgodnie z planem, nowy ośrodek łączyć będzie funkcję rozrywkową, edukacyjną i rehabilitacyjną. Choć niewykluczone, że ograniczy się do tej pierwszej, zwolennicy budowy delfinarium i tak podnoszą argument leczniczych talentów tych ssaków. Inwestorzy już to widzą: pielgrzymki zdesperowanych rodziców dzieci dotkniętych autyzmem, osoby w stanie głębokiej depresji i żądni wrażeń widzowie – wszyscy razem zmierzają do Mszczonowa. Ale nawet jeśli udałoby się zdobyć pozwolenie na prowadzenie delfinoterapii, jest to metoda całkowicie skompromitowana, a podobne ośrodki są regularnie zamykane na całym świecie. Polska, jak już nieraz w historii bywało, reaguje na trendy ze sporym opóźnieniem.

W Indiach istnieje całkowity zakaz przetrzymywania delfinów w zamknięciu, a z uwagi na ich niezwykłą inteligencję nadano tym morskim ssakom status „osób niebędących ludźmi”. Delfiny to stworzenia posiadające własny język i obdarzone niesamowitymi umiejętnościami, ale nie ma wśród nich umiejętności leczenia chorób.

Zdolność uwierzenia we wszystko jest już typowo ludzka: czasem są to uzdrowicielskie moce szamana czy dieta ograniczona do „spożywania” energii słonecznej, a czasem delfiny.

Polscy specjaliści, Jakub Banasiak i dr Robert Maślak, przypominają na stronie „Nie dla delfinarium”, że jeden z najsłynniejszych praktyków delfinoterapii, David Nathanson, dziś jest jej zagorzałym przeciwnikiem. W 2007 roku udowodnił, że identyczne efekty przynosi praca z mechanicznym delfinem (takie „roboty” produkowane były wcześniej wyłącznie dla przemysłu filmowego). Także Betsy Smith, pionierka metody leczenia autyzmu poprzez pracę z delfinami, ogłosiła, że delfinoterapia jest bezskuteczna. Choć przynosi zyski, a zdesperowani rodzice dzieci chorych na autyzm są skłonni zainwestować w wycieczki do delfinarium, to nie ma biologicznego czynnika, który wyjaśniałby skuteczność terapii poprzez kontakt ze ssakiem, a delfin nie ma żadnej magicznej aury. Przypadki poprawy stanu zdrowia dzięki takim praktykom są wyłącznie psychologiczne, możliwe do osiągnięcia poprzez obcowanie choćby z domowym kotem. Nie wiem, czy kogoś w Mszczonowie to zraża.

Projekt, w połączeniu z mszczonowskimi Termami, tworzyć miał Centrum Rehabilitacji. Miał, bo według pani Barbary Król, przedstawicielki inwestora, problem mogą stanowić pozwolenia i regulacje prawne, a wodny cyrk może ograniczyć się do pokazów. Mimo tego, wciąż podejmowane są starania by projekt dało się nazwać „szczytnym”. Daleko im do tego: sytuacja delfinów, więzionych w niewielkich zbiornikach, nie różni się od tej, którą znosić muszą zwierzęta cyrkowe. Nawet jeśli stworzenie pochodzi z hodowli i nigdy nie doświadczyło wolności, niewiele to zmienia. Błędna jest sama idea zakładania delfinarium w Polsce.

W Polsce nie brakuje gatunków, którymi warto się zainteresować – i nie potrzeba do tego brutalnej rozrywki importowanej z dalekich mórz. Mamy choćby „delfiny bałtyckie”, czyli zagrożone wyginięciem morświny, które trapią bardzo lokalne problemy, ale i lokalnie można się z nimi zapoznać i im pomóc. Nowoczesne fokaria czy morświnaria buduje się jako ośrodki półotwarte, a zwierzęta przebywają wyłącznie w naturalnej, morskiej wodzie. Rehabilitacja działa tu w drugą stronę. Leczone są zwierzęta niezdolne do życia na wolności. Osobnik, który odzyska zdolność funkcjonowania w naturalnym środowisku, natychmiast wraca do morza. Tak jest m.in. w przypadku helskiego fokarium, które łączy cele edukacyjne z ochroną gatunku, a opłata za wstęp pokrywa wyłącznie koszty utrzymania ośrodka. Ten ostatni punkt raczej nie przekona zwolenników delfiniego biznesu.

Jak zarabiać, to choćby na przedłużonych i seryjnych torturach. Ci sami inwestorzy zakładają jedno delfinarium, delfiny chorują i umierają, zakładają kolejne gdzie indziej. Cykl tej agonii trwa (na szczęście?) krótko. W niewoli delfiny dożywają maksymalnie dziesięciu lat, czyli nawet pięciokrotnie mniej, niż ich cieszący się morską wodą bracia.

Nie wiem, czy w tym czasie inwestycja się zwraca. Wiem, że cierpienie i okrucieństwo, cały absurd tego pomysłu, po prostu nie są tego warte.

**Dziennik Opinii nr 189/2015 (973)

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!