Kraj

Dziewuchy Dziewuchom – baśń o pewnej prywatyzacji z nieprostym morałem

Kiedy logika działań w biznesie i relacji w sferze prywatnej przesącza się do sfery działań obywatelskich, mamy „obywatelski prywatyzm”.

O tym, jak historia ruchu Dziewuchy Dziewuchom zapisze się w naszej zbiorowej pamięci, przekonamy się za kilka lat, a może i dekad. Już dziś jednak możemy wyciągnąć wnioski z tego, co się stało. Problemem nie jest zła wola jednej czy dwóch osób, ale cały szereg czynników, które sprawiły, że zabrakło społecznej kontroli nad organizacją tworzoną przez tysiące zaangażowanych osób, poświęcających swój czas i energię dla wspólnego dobra. Teraz jednak okazało się, że pracowały nie w tym właśnie celu, czyli praw kobiet w Polsce, ale na rzecz „autorskiego projektu” konkretnej osoby, która chce nad owym „projektem” zachować pełną kontrolę. I żeby ją utrzymać używa wszystkich dostępnych środków prawnych.

Polska jest Dziewuchą! [list]

czytaj także

Polska jest Dziewuchą! [list]

Marcin M. Bogusławski

A co się właściwie wydarzyło? W skrócie: dwa dni temu większość administratorek lokalnych grup Dziewuch z Warszawy, Łodzi, Trójmiasta, Radomia i innych miast otrzymało zawiadomienie o konieczności zmiany nazwy grup na Facebooku, ponieważ nazwa Dziewuchy Dziewuchom została zarejestrowana w Urzędzie Patentowym i stanowić ma wyłączną własność administratorek grupy głównej, a w praktyce konkretnej osoby, czyli Agaty Maciejewskiej (Majewskiej). Co najmniej trzy grupy zostały zlikwidowane przez sam Facebook (w tym ich archiwa, kontakty itd.), najprawdopodobniej na skutek zgłoszenia ich jako naruszających prawa autorskie przez nową właścicielkę nazwy.

Osoba, która zarejestrowała znak, czyli Agata Maciejewska w wydanym 21 kwietnia oświadczeniu podkreśla, że Dziewuchy Dziewuchom nie są ruchem społecznym, ale jej autorskim projektem. Rzecz w tym, że jeszcze rok temu twierdziła coś zupełnie przeciwnego. 29 marca 2017 roku w opublikowanym na stronie www.dziewuchydziewuchom.pl komunikacie o pierwszych urodzinach DD, napisała: „Gdy rok temu postanowiłyśmy wymienić się na Facebooku informacjami na temat planowanej zmiany prawa aborcyjnego, nie przypuszczałyśmy, że rozpoczniemy tym ogólnopolski ruch społeczny złożony z blisko 50 grup regionalnych”. Obecnie zaś, zaledwie rok po urodzinach, pisze: „1 kwietnia 2016r. założyłam fejsbukową grupę Dziewuchy Dziewuchom. Jest to inicjatywa autorska, która realizuje konkretną wizję i promuje ściśle określone wartości, takie jak prawa kobiet, wolność wyboru, równość płci. …. Moją motywacją do podjęcia procedury rejestracyjnej było samorzutne i nie podlegające żadnej weryfikacji powstawanie i działalność kolejnych grup na FB, zawierających w nazwie zwrot «Dziewuchy Dziewuchom». Grupy te rządzą się swoimi zasadami, posiadają własną, niezależną komunikację i własne programy działania. … Chcąc te inicjatywy rozdzielić, zgłosiłam się z wnioskiem o ochronę znaku….”.

Nam się zaczęło pod dupą palić… Kim są organizatorki czarnego protestu?

Najwyraźniej zatem w ciągu roku duma z powstania ogólnopolskiego ruchu zmieniła się w obawę, że lokalne grupy mają swoją podmiotowość, a aktywistki czują się nie tylko częścią grupy dyskusyjnej, ale też częścią politycznej wspólnoty, a zatem czują się też współautorkami i współwłaścicielkami ruchu.

Nie chcę spekulować, czy Maciejewska chciała faktycznie wykorzystać nazwę DD w celach komercyjnych, co wiele osób jej zarzucało. Jeśli tak, to byłby to ruch z biznesowego punktu widzenia samobójczy, świadczący o kompletnej nieznajomości dynamiki ruchów rodzących się w przestrzeni Internetu, dla których zasada współwłasności wytwarzanych dzieł ma zasadnicze znaczenie. Jedna z internautek podsumowała to w komentarzu: „ruch przetrwa, marka nie”. Ważniejsze jest jednak to, że działanie administratorek grupy DD, które uznały się za wyłączne właścicielki budowanej przez wiele osób społeczności, pokazuje logikę, jaką często kierują się osoby inicjujące różne społeczne działania w Polsce. Szwedzka badaczka Kerstin Jacobsson opisała to jako „obywatelski prywatyzm” (civic privatism), a polega to z grubsza na tym, że logika działań w biznesie i relacji w sferze prywatnej przesącza się do sfery działań obywatelskich. W efekcie, osoby zakładające organizacje czy grupy, które z zasady mają działać na rzecz dobra wspólnego, są traktowane jako „moja firma” albo „mój prywatny, autorski projekt”.

W pierwszym przypadku dominuje myślenie biznesowe: korporacyjny język (np. dzielenie się pomysłami staje się „dostarczaniem kontentu”), chęć ochrony swojej „własności” (np. poprzez opatentowanie nazwy), wprowadzanie nieprzejrzystych, korporacyjnych reguł działania opartych na hierarchii, braku dostępu do informacji i nieograniczonej władzy jednostek. Neoliberalne zasady rynku stają się wiodącą regułą funkcjonowania organizacji czy grupy.

Dziewuchy Dziewuchom krytykują #MediaBezKobiet i apelują o zmianę

Podobnie niszcząca może być jednak logika przejęta ze sfery prywatnej, zgodnie z którą organizacja staje się „moim dzieckiem” czy „autorskim projektem”. Efektem jest często ogromne zaangażowanie: wykonuje się ogromną pracę i ponosi niewspółmierną odpowiedzialność za funkcjonowanie całości, co skutkuje poczucie rozżalenia i osamotnienia. Dzieje się to bez świadomości, że brak pomocy wynika z niechęci do dzielenia się obowiązkami i władzą. To także widać w przypadku tzw. Matecznika Dziewuch. Zgodnie z publicznymi wypowiedziami byłych adminek, np. Joanny Filipczak-Zaród, w ostatnim okresie grupą główną DD administrowały już tylko dwie osoby: Agata Maciejewska i Katarzyna von Alexandrowitsch. Tymczasem administrowanie grupą złożoną z ponad 100 tysięcy osób to ogromna, niewidzialna praca. W miarę upływu czasu wykonywało ją coraz mniej osób, a obciążenie było coraz większe. Tyle że osób do pracy było coraz mniej, bo kolejne adminki były wykluczane z tego ekskluzywnego grona, albo rezygnowały same, a jednocześnie nie było ani naboru nowych osób, ani też mechanizmu włączania innych tak, by dzielić się pracą.

Co dalej? Sprawą patentu zajmują się prawnicy, na grupach fb wrze, zapewne sporo osób wypisze się z grupy głównej DD. Część pozostanie z nadzieją, że uda się ją odzyskać dla ruchu, bądź dlatego, że od dawna są „martwymi duszami” i nie biorą aktywnego udziału w działaniach i dyskusjach. Na odzyskanie społecznego zaufania Agata Maciejewska i Katarzyna von Alexandrowitsch raczej nie mogą liczyć, zostały już wykluczone z udziału w Wielkiej Koalicji na Rzecz Równości i Wyboru, a gniew setek kobiet będzie je ścigał długo. Jest to też ruch samobójczy z punktu widzenia logiki biznesu – sporo osób zostawia negatywne komentarze na stronie firmy odzieżowej prowadzonej przez Maciejewską czyli Nenukko, są też zapowiedzi bojkotu. Miejmy nadzieję, że powstrzyma to w przyszłości osoby, które chciałyby skapitalizować energię ruchów społecznych zgodnie z regułami neoliberalnego rynku.

A czego mogą nauczyć się inne ruchy? Odpowiedzią na problemy, w tym m. in. groźbę wrogiego przejęcia, nie jest mniej zaufania i więcej kontroli, tylko to, czego tak bardzo nie lubimy: jasne procedury, reguły i struktury. W strukturach nieformalnych władza zwykle skupia się w rękach niewielu, a jej kontrola bywa niemożliwa. Potrzebujemy transparentnych struktur, w których władza będzie podlegała społecznej kontroli, jasne będą zasady podejmowania decyzji i to, kto ponosi odpowiedzialność za decyzje.

Czarny Piątek jako pożegnanie z Kościołem

W ruchu kobiecym dużo się mówi w ostatnim czasie o intersekcjonalizmie – krzyżowaniu się różnych kategorii tożsamości, a za nimi także wykluczeń – ale rzadko myśli się o nim jako o praktyce ruchu społecznego. Tymczasem amerykańskie badaczki Chun, Lipsitz i Shin pokazują na przykładzie działań podejmowanych przez amerykańską organizację AIWA (Asian Immigrant Women Advocates), że można myśleć o intersekcjonalizmie jako zespole konkretnych praktyk. Chodzi min. o konsekwentne dążenie do transparentnych zasad działania i tworzenia hierarchii – ale opartych na zaangażowaniu, o budowanie ścisłych sojuszy w ramach długofalowych kampanii i o włączanie kobiet wykluczonych nie tylko w roli uczestniczek ruchu, ale też jego liderek. Walkę o demokrację trzeba praktykować na co dzień. Innego wyjścia nie ma.

Bio

Elżbieta Korolczuk

| Socjolożka
Socjolożka, kulturoznawczyni, działaczka na rzecz praw kobiet. Pracuje na Uniwersytecie w Göteborgu oraz Uniwersytecie Södertörn w Szwecji, a także wykłada na Gender Studies na Uniwersytecie Warszawskim. Razem z Renatą E. Hryciuk zredagowała książki „Pożegnanie z Matką Polką? Dyskursy, praktyki i reprezentacje macierzyństwa we współczesnej Polsce” (2012) oraz „Niebezpieczne związki. Macierzyństwo, ojcostwo polityka” (2015). W swoich badaniach analizuje, min. ruchy społeczne, nowe formy obywatelstwa oraz debaty dotyczące nowych technologii reprodukcyjnych (in vitro).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.