Kraj

25 lat polskiej demokracji: czas na poprawki

Co może zmienić jakość naszej demokracji? Panel obywatelski! – przekonuje Marcin Gerwin.

Wybory z 4 czerwca 1989 r. były bez wątpienia przełomowe i choć były one jedynie częściowo wolne, to otworzyły drogę do dalszych zmian i do w pełni wolnych wyborów. 25 lat później wiele osób w Polsce jest jednak rozczarowanych tym, jak funkcjonuje nasza demokracja. Frekwencja w wyborach do Parlamentu Europejskiego wyniosła zaledwie 23,8 procent, co oznacza, że zdecydowana większość Polaków w ogóle nie poszła głosować. Z kolei wyniki diagnozy społecznej z ubiegłego roku pokazują, że tylko 25,5 procent ankietowanych uważa, że demokracja ma przewagę nad innymi formami rządów.

Co się stało? Przecież demokracja była marzeniem tak wielu osób przed 1989 r. Dlaczego więc ludzie mają do niej dziś tak negatywny stosunek? Demokracja w opinii znacznej części Polaków to niekończące się kłótnie polityków w telewizji, to absurdalny i nieco żenujący spektakl, od którego wolą trzymać się z daleka. Wielu z nich nie chce angażować się w politykę, nawet głosując w wyborach, gdyż postrzega ją jako „brudną grę”.

Ale demokracja może być czymś zupełnie innym. To, co mamy obecnie, to dopiero zalążek demokracji, jej bardzo uboga formuła. Wcale się nie dziwię, że wielu osobom się ona nie podoba.

Spraw do naprawienia w polskiej demokracji jest długa lista – od ordynacji wyborczej aż po sposób wyłaniania rządu i metodę głosowania w Sejmie. Od czego jednak warto zacząć? Przede wszystkim potrzebujemy, moim zdaniem, mechanizmu, dzięki któremu będzie można podejmować decyzje w trosce o dobro wspólne, bez obciążenia wizją nadchodzących wyborów, bez układanek personalnych i zakulisowych negocjacji. Czy taka demokracja jest w ogóle możliwa? Oczywiście, i jej różne formy są od dawien dawna w użyciu – panele obywatelskie, sondaże deliberacyjne czy sądy obywatelskie. Jest to demokracja deliberacyjna.

Jej istota polega na tym, że daną sprawę – na przykład decyzję o tym, czy wydłużyć wiek emerytalny – poddaje się nie pod referendum lub ocenę polityków, lecz przedstawia się losowo wybranej grupie osób, której skład odzwierciedla strukturę demograficzną danego państwa czy miasta. I ta losowo wybrana grupa, niczym ława przysięgłych w amerykańskim sądzie, rozstrzyga, czy dana propozycja jest korzystna dla mieszkańców. Paneliści mają możliwość skonsultowania się z ekspertami, dogłębnego omówienia sprawy. Podejmują decyzję, która jest świadoma i przemyślana. A do tego cały proces jest w pełni transparentny.

Partyjne gry

Dlaczego jednak nie pozostawić podejmowania decyzji politykom, jak obecnie? Przede wszystkim dlatego, że parlamentarzyści zbyt często kierują się w swoich decyzjach nie tyle dobrem wspólnym, ile interesem swojej partii, tym, jak wypadną w następnych wyborach. Priorytetem dla wielu z nich są wyniki sondaży. Decyzja polityków, zarówno na poziomie ogólnokrajowym, jak i lokalnym, może być więc podjęta nie w najlepiej pojętym interesie mieszkańców, lecz z myślą o doraźnym interesie politycznym. Trudno jest na przykład inaczej wytłumaczyć decyzję PO w Sejmie (za czasów rządów PiS), aby „becikowe” otrzymywali wszyscy rodzice, także bogaci, a nie jedynie ci, którzy potrzebują wsparcia finansowego. Logicznego uzasadnienia, z perspektywy obywateli, nie miało to żadnego. Była to jedynie gra polityczna.

Trudno także, aby politycy sami ustalali na przykład reguły kampanii wyborczej czy metodę głosowania w wyborach, gdyż dotyczy to bezpośrednio ich partii; pokusa postawienia na pierwszym planie własnego interesu jest zbyt silna. Można zakładać, że będą szukali takich rozwiązań, które dadzą dobry wynik ich partiom, zamiast najlepiej odzwierciedlać wolę wyborców. I tak się zresztą dzieje.

Nie jest przypadkiem, że PO promuje jednomandatowe okręgi wyborcze, gdyż z symulacji wynika, że mogą one dać im większą liczbę miejsc w Sejmie. Natomiast jeden z polityków PSL na wieść o tym, że PO chciałoby je wprowadzić, od razu oświadczył, że oznaczałoby to koniec koalicji.

Dla PSL bowiem skutkiem wprowadzenia okręgów jednomandatowych mogłoby być nawet wypadnięcie z Sejmu, choć liczba oddanych na nich głosów mogłaby być dokładanie ta sama. Gdzie jednak w tym wszystkim jest troska o dobro obywateli, o sprawiedliwy system wyborczy? Zwolennicy okręgów jednomandatowych mogą przekonywać, że są one korzystne dla obywateli. Niemniej jednak doświadczenia z innych państw tego nie potwierdzają.

Dodatkowym problemem jest to, że głosując w wyborach, popieramy cały program danej partii politycznej, danego kandydata czy kandydatki i nie możemy odrzucić punktów, z którymi się nie zgadzamy. Wybrana więc naszymi głosami osoba może potem realizować coś, na co w rzeczywistości nie ma naszej zgody. Może także w ogóle nie realizować swojego programu (gdyż ma wolny mandat i nie wiążą jej instrukcje wyborców), a nawet przejść do innej partii.

Głosowanie powszechne nie zawsze się sprawdza

Skoro nie politycy, to może referenda? Choć w Szwajcarii stosuje się je od dawna, to referenda mają jednak pewne wady. Jeżeli nie ma ściśle ustalonych reguł prowadzenia kampanii referendalnej i docierania do mieszkańców z informacją o plusach i minusach danego rozwiązania, wówczas można dość łatwo wpływać na wynik referendum, prowadząc kampanię dezinformacyjną w mediach.

Przykładami są tu referenda w USA, gdzie kampanie referendalne są finansowane przez korporacje. Choćby w sprawie oznaczania produktów zawierających żywność modyfikowaną genetycznie – miliony dolarów wydaje się na promowanie interesu tych firm.

Nawet jednak, gdy mieszkańcy dostaną na kartce rzetelną informację o tym, jakie skutki może przynieść dany wybór, to i tak brakuje tu elementu debaty, wspólnego namysłu nad konsekwencjami. Wcale nie jestem pewien, czy gdyby mieszkańcy Krakowa spotkali się w ramach panelu obywatelskiego, to podjęliby decyzję o budowie metra, choć zrobili tak w referendum. Być może w trakcie dyskusji z ekspertami okazałoby się, że naziemny transport publiczny znacznie lepiej rozwiązałby problemy komunikacyjne w tym mieście. Sukces systemu transportowego w szwajcarskim Zurychu wziął się właśnie stąd, że postanowiono nie budować metra.

Podstawowa różnica pomiędzy referendum a panelem obywatelskim polega na tym, że w referendum może zagłosować każdy, natomiast w panelu głosują tylko paneliści. Każdy może jednak zostać wylosowany jako jego uczestnik i każdy może przedstawić panelowi swoje stanowisko, w sposób pośredni lub bezpośredni, jako świadek, przedstawiciel strony w sporze, ekspert lub jako zwykły obywatel.

Ten właśnie aspekt panelu obywatelskiego był dla mnie długo nie do zaakceptowania – nie podobało mi się, że nie miałbym pewności, czy będę mógł sam zagłosować (mógłbym to zrobić jedynie wówczas, gdybym został wylosowany). Przekonały mnie dopiero doświadczenia z budżetem obywatelskim – w jego ramach zastosowano głosowanie powszechne, czyli takie jak w referendum. Okazało się, że mieszkańcy głosują często przypadkowo, bez szczegółowego zapoznania się ze zgłoszonymi projektami. Jeżeli projektów jest kilkadziesiąt, to często nie przeglądają ich wszystkich, a popierają ten, który na przykład został im polecony przez znajomych.

Jeżeli zależy nam, aby wynik głosowania jak najlepiej trafiał w potrzeby mieszkańców, wówczas taki sposób podejmowania decyzji nie ma większego sensu. Będzie znacznie lepiej, jeżeli, przynajmniej w przypadku projektów o charakterze ogólnomiejskim, decyzję podejmą sami mieszkańcy, jednak właśnie poprzez panel obywatelski. Będzie to bowiem decyzja podjęta po zapoznaniu się ze wszystkimi projektami, po przepytaniu ich pomysłodawców i omówieniu zgłoszonych propozycji. Jakość decyzji podjętej w ten sposób będzie zupełnie inna. Dopiero wówczas możemy zakładać, że będzie ona świadoma.

Istotne jest również to, że gdy decyzję podejmuje panel, to szanse na promocję różnych projektów są takie same. Natomiast przy głosowaniu powszechnym większe szanse na wygraną ma ten, kto ma więcej znajomych lub kto jest w stanie wydrukować większą liczbę plakatów i lepiej wypromować swój projekt.

Rozumiem, że wielu osobom może zależeć na aktywizacji mieszkańców i dlatego optują za głosowaniem powszechnym. Wydaje mi się jednak, że panel, który zapewnia przemyślany i sprawiedliwy wynik, bynajmniej nie będzie w tym przeszkadzał, za  to zwiększał wiarygodność całego procesu.

 

Nowa jakość demokracji

Zastosowanie panelu w budżecie obywatelskim to tylko przykład. Panel obywatelski może przydać się do podjęcia decyzji na poziomie lokalnym, by rozstrzygnąć na przykład kwestię budowy farmy wiatrowej czy aquaparku. Założenie powinno być takie, że decyzja podjęta przez panel jest wiążąca tak samo jak w referendum lokalnym.

Nade wszystko natomiast panel byłby przydatny na poziomie ogólnopolskim, gdzie mógłby być inicjowany na przykład po zebraniu 100 tysięcy podpisów. Losowana byłaby wówczas grupa na przykład 500 osób z całej Polski, z uwzględnieniem kryteriów takich jak płeć, wiek, poziom wykształcenia, województwo oraz to, czy ktoś mieszka w mieście czy na wsi. Czyli te 500 osób dobieranych byłoby w taki sposób, aby stanowiły „Polskę w pigułce”. Dany temat – na przykład likwidacja Otwartych Funduszy Emerytalnych – przedstawiany byłby panelowi przez wszystkie zainteresowane strony i ekspertów, aby paneliści mieli pełną wiedzę w tej sprawie. Na koniec panel podejmowałby decyzję poprzez głosowanie, czy OFE pozostawić, likwidować czy może raczej ograniczyć ich działalność.

Panel obywatelski w takiej formie byłby uzupełnieniem demokracji, jaką mamy obecnie. Na co dzień decyzje podejmowaliby nasi przedstawiciele, posłowie czy też radni. Gdyby jednak zaszła taka potrzeba, bo na przykład pojawił się temat kontrowersyjny temat, którym politycy nie chcą się zająć, lub została podjęta decyzja, do której mieszkańcy mają zastrzeżenia, wówczas można by zwołać panel, aby sprawę rozstrzygnąć.

Bio

Marcin Gerwin

| Specjalista ds. zrównoważonego rozwoju i partycypacji
Specjalista ds. zrównoważonego rozwoju i partycypacji. Współzałożyciel Sopockiej Inicjatywy Rozwojowej, publicysta Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.