Młodym ludziom należy się prawo głosu
System polityczny nie zapewnia należytej reprezentacji tym, którzy będą ponosić konsekwencje dziś podejmowanych decyzji.
Są ludzie, którzy chcą coś zmienić i nie pytają o pozwolenie. Kibicujemy im, choć nie bezkrytycznie. Śledzimy protesty, strajki, inicjatywy społeczne.
System polityczny nie zapewnia należytej reprezentacji tym, którzy będą ponosić konsekwencje dziś podejmowanych decyzji.
Zniknięcie katastrofy w Odrze z eteru bez jej rzeczywistego rozliczenia jest elementem większej układanki, która pokazuje, jak stopniowy upadek moralności władzy przekłada się na erozję wrażliwości społecznej i obojętność.
Rozmowa z Natalią Kałużą, kierowniczką Świetlicy Krytyki Politycznej w Cieszynie, i Joanną Wowrzeczką, radną miejską Cieszyna i współzałożycielką Świetlicy.
Rok temu nie wiedziałam jeszcze, że klimatycznego przebudzenia nie wywoła u polityków nawet tak mocny wstrząs jak wojna w środku Europy.
Fascynujący czas, te ostatnie dwadzieścia lat. Taka rozgrzewka, dzięki której przypomnieliśmy sobie, że ludzie, ze swoimi potrzebami, pragnieniami, pomysłami i umiejętnością współpracy, potrafią, jak tylko nadarzy się okazja, przekształcać systemy i znajdować nowe rozwiązania.
Chociaż panowie w garniturach w różnych urzędach mogli nam nasze prawa przyznawać i cofać, to wykonałyśmy tytaniczną pracę, żeby być razem, znaleźć swój głos, nie wstydzić się, zawalczyć o to, co dla nas ważne.
Jest tylko jeden sposób, żeby zabrzmieć optymistycznie, pisząc o społeczności LGBTQ+ w Polsce.
Igor Stokfiszewski: Należeliśmy do generacji, która wchodziła w dorosłość, kiedy hossa kapitalistyczna naprawdę się kończyła. Zaczęliśmy zadawać sobie pytanie, w jaki sposób funkcjonuje ten świat, z jakich składa się komponentów, jakie mechanizmy nim rządzą. I czy może być inaczej skomponowany.
Na polsko-białoruskiej granicy od roku bez zmian: wciąż w lasach są ludzie, gubią się, topią, zamarzają. Cud, jaki miał miejsce na południowym odcinku wschodniej granicy Polski, tam się nie wydarzył.
Domu nie ma, zostały tylko klucze. Nie mogę się zmusić, żeby je wyrzucić – mówi Viktoria, która po wybuchu wojny przyjechała do Cieszyna, gdzie od kilku lat studiowała jej córka, Daria.