UE

Model nordycki w czasach zarazy

najlepszy-kraj-na-swiecie-kadr

Norweski rząd ogłosił, że ograniczenia przyniosły efekt i że każdy zarażony koronawirusem zaraża teraz średnio poniżej 0,7 osoby. Żłobki i przedszkola zostaną otwarte 20. kwietnia, a tydzień później szkolne klasy 1-4. Z Oslo dla Krytyki Politycznej pisze Ewa Sapieżyńska.


Siedzę w kwarantannie w domu w Oslo od jedenastego marca. Open space naszego NGO-sa zamieniliśmy na video-spotkania na Teams jeszcze dzień przed tym, jak zalecił to Norweski Instytut Zdrowia Publicznego. Zaraz potem zamknięto szkoły i przedszkola, granice, zalecono nie spotykać się w grupach większych niż pięć osób. Żeby nie przeciążać szpitali w małych miejscowościach, nie wolno też nocować w chatkach w górach, jeśli znajdują się poza gminą, w której jest się zameldowanym. I to boli Norwegów najbardziej, bo wyjazd do chatki w górach na biegówki to świecki zwyczaj wielkanocny (a religijnych tu raczej brak). Najbardziej rozczarowani zmienili nawet z tego powodu meldunek. Ale lasów nie zamknięto. Plaż ani placów zabaw też nie.

W zaledwie pięciomilionowej Norwegii potwierdzonych przypadków koronawirusa jest więcej niż w Polsce (ok. 6 tysięcy vs. 5 tysięcy), ale umieralność jest bardzo niska (ok. 1,3% vs. przekroczone 2% w Polsce). Średnia wieku wśród zmarłych to 84 lata (najstarsza ofiara miała 104), podczas gdy w Polsce to 71 lat. Pierwszy przypadek śmiertelny w obu krajach odnotowano między 12 a 13 marca, możemy więc domniemywać, że wirus dotarł do Polski i Norwegii mniej więcej w tym samym czasie.

W tym tygodniu norweski rząd ogłosił, że dotychczasowe ograniczenia przyniosły oczekiwany skutek i że każdy zarażony zaraża teraz średnio poniżej 0,7 osoby. Dlatego żłobki i przedszkola zostaną otwarte 20 kwietnia, a tydzień później szkolne klasy 1-4.

O tym, jak Finowie reformowali swoje szkolnictwo… i dlaczego im się to udało

Norweg, Szwed i Duńczyk

Tak zaczynają się często dowcipy opowiadane przez dzieci w Skandynawii, odpowiednik „Polaka, Ruska i Niemca”. Kraje skandynawskie mają podobny punkt wyjścia w obecnym kryzysie – geograficznie, demograficznie, społecznie, politycznie i gospodarczo są do siebie relatywnie podobne. Ich strategie walki z wirusem są już za to bardzo różne, więc na dłuższą metę kraje te mogą okazać się najlepszym dostępnym materiałem badawczym do porównywania skuteczności obranych strategii.

Norwegia i Dania zachowały się podobnie. Ostre obostrzenia ogłoszono w Danii tego samego dnia, co w Polsce, a w Norwegii jeden dzień później. Szwecja jest wśród swoich skandynawskich bratanków najbardziej liberalna: nie zamknęła szkół, przedszkoli ani klubów sportowych. Szwedzi stawiają na jak najniższy rachunek „ekonomiczno-społeczny”, nie zamykając też restauracji, salonów fryzjerskich i innych biznesów.

Niektóre (kwestionowane przez część badaczy) prognozy pokazują, że Szwecja będzie lepiej przygotowana na kolejna jesienną falę wirusa, jeśli odporność zyska większa części jej ludności. Czas pokaże. W tej chwili w Szwecji jest ponad sześciokrotnie więcej przypadków śmiertelnych niż w Norwegii, a Szwedów jest zaledwie dwa razy więcej.

Dane z 9 kwietnia, https://www.worldometers.info/coronavirus/

Norwegia była przez pewien czas drugim po Korei Południowej krajem z największa liczbą przeprowadzonych testów per capita. Teraz ustąpiła miejsca między innymi 360-tysiecznej Islandii. Szkoły i przedszkola na Islandii nie zostały zamknięte. Za to przetestowano tu już niemal 30 tysięcy osób. Test jest bezpłatny i dostępny dla wszystkich chętnych. Dzięki temu Islandia jest w światowej czołówce badań nad wirusem. Wyniki pokazują, że połowa osób zakażonych nie ma w momencie testu żadnych objawów. I że wirus mutuje bardzo szybko, na Islandii odkryto już 130 jego mutacji, które nie zostały opisane nigdzie indziej.

Tymczasem w Norwegii testuje się obecnie w priorytetowej kolejności: osoby przyjmowane do szpitala, pacjentów placówek medycznych i mieszkańców domów starców, personel medyczny, osoby powyżej 65. roku życia i osoby, które były w bezpośrednim kontakcie z osobą zarażoną koronawirusem. W sumie zrobiono dotąd ponad 113 tysięcy testów, więcej nie dano by rady przenalizować.

Oprócz tego można dobrowolnie zgłosić przypuszczenie, że ma się koronawirusa, dla celów statystycznych. Ilość tych zgłoszeń dziesięciokrotnie przewyższa liczbę potwierdzonych przypadków choroby. Sam Norweski Instytut Zdrowia Publicznego szacuje, że zarażonych jest około 40 tysięcy, ale hospitalizowanych ze względu na COVID-19 jest na razie poniżej 300. Wszyscy, którzy potrzebują natychmiastowej pomocy, przyjmowani są do szpitali normalnym trybem.

Bildt: Tej pandemii można było zapobiec

Odchudzanie państwa opiekuńczego

Służba zdrowia w Norwegii jest prężna, dobrze dofinansowana i publiczna; prywatnej jest niewiele, choć spotkać i takie placówki można coraz częściej. Ale nawet tutaj, w jednym z najbogatszych krajów świata i prototypie państwa opiekuńczego, podczas pandemii wychodzą na jaw efekty cięć sektora publicznego ostatnich 20 lat.

Od lat 30. poprzedniego wieku norweski model państwa opiekuńczego tworzony był pod kolejnymi rządami Partii Pracy (AP), pod ramię ze związkami zawodowymi. Ale w roku 2000 to nikt inny jak rząd Partii Pracy wprowadził kraj na ścieżkę odchudzania tego modelu. Inspiracją stały się reformy laburzysty Tony’ego Blaira w Wielkiej Brytanii, jego „trzecia droga” i New Public Management, czyli efektywizacja zarządzania państwem według wzorców biznesowych. Zwłaszcza w ochronie zdrowia efekty kolejnych reform w duchu New Public Management dają się dziś we znaki.

„Źle się dzieje w sektorze publicznym”, oświadczył jakże szekspirowsko w listopadzie lider Partii Pracy Jonas Gahr Støre i ogłosił odwrót partii od New Public Management. Zaraz potem koronawirus przyznał mu rację. Masek i rękawiczek brakowało od samego początku, bo trzymanie dużych zapasów jest „nieopłacalne”. Obłożenie łóżek szpitalnych wahało się między 100 a 110 procent jeszcze przed pandemią, podczas gdy OECD zaleca nie przekraczać 85% na wypadek sytuacji kryzysowych. Okazuje się, że liczba łóżek szpitalnych per capita w ramach „efektywizacji” spadła o połowę przez ostatnie 30 lat.

USA: Demontaż państwa to idealna pożywka dla wirusa

Lewico nie zmarnuj tego kryzysu!

„Nie można zmarnować tego kryzysu” – i nie można też pozwolić elitom biznesowym przejąć tego powiedzenia Churchilla. Lewica w Norwegii kryzysu nie marnuje. Walczy dziś o wyższe zarobki dla tych wszystkich, których rola została określona jako „społecznie krytyczna” podczas pandemii: pielęgniarek, elektryków, śmieciarzy, sprzedawców z supermarketów. Walczy też o wyższe dofinansowanie ochrony zdrowia, krytykuje brak łóżek szpitalnych, respiratorów i masek. Dramatycznie przekształciła w parlamencie wszystkie pakiety kryzysowe proponowane przez prawicowy rząd, wprowadzając dodatkowe zabezpieczenia socjalne dla pracowników, a nie tylko dla pracodawców.

„Rząd chciał chronić firmy i wysłać rachunek pracownikom. Chciał ograniczyć obowiązek płatnych świadczeń ze strony pracodawców, nie kompensując ich pracownikom”, mówi Eirik Vold, doradca parlamentarny małej radykalnej partii Czerwień (Rødt).

Już 13% ludzi pobiera jakąś formę zasiłku, to najwyższy poziom odnotowany w Norwegii od krachu lat 30. Niektórzy z nich zostali zwolnieni z pracy, a wielu wysłano na przymusowe urlopy. W takim przypadku przez pierwsze 20 dni roboczych dostaje się pełne wynagrodzenie (15 dni przed pakietem kryzysowym), za dwa pierwsze dni płaci pracodawca, a kolejnych 18 finansuje państwo. Później, podobnie jak w przypadku zwolnienia, otrzymuje się zasiłek dla bezrobotnych. Rząd chciał utrzymać dotychczasową zasadę, że zasiłek wynosi 62,4% dotychczasowych zarobków, ale lewicy udało się podnieść zasiłki w pakiecie kryzysowym do poziomu 80% poprzedniego wynagrodzenia dla grupy najmniej zarabiających.

Został też ustanowiony dochód podstawowy dla osób samozatrudnionych i freelancerów, którzy stracili dochody ze względu na pandemię, na poziome 80% doczasowych zarobków. To efekt presji wielu partii lewicowych i związków zawodowych. Partii Rødt udało się poza tym wywalczyć zasiłki dla najuboższych poprzez obniżenie o połowę poziomu dochodów sprzed utraty pracy, który kwalifikuje do zasiłku. A także poprzez utrzymanie pełnego wynagrodzenia dla stażystów, których praktyka zastała przerwana podczas pandemii.

Rødt była też pierwszą partią, która w połowie marca podniosła głośne larum przeciw specjalnej ustawie, jaka miała, według prawicowego rządu, pomóc walczyć z koronawirusem. Jednak dawała też ona rządowi szereg nowych, daleko idących uprawnień oraz miała być przyjęta w błyskawicznym tempie. Brzmi znajomo?

„Dowiedzieliśmy się, że rząd pracuje nad projektem takiej ustawy w niedzielę. Wgląd dostaliśmy w środę, następnego dnia parlament miał zacząć pierwsze czytanie. Rząd ponaglał, by uchwalić ustawę już w sobotę”, opowiada Eirik Vold z Rødt.

– Nagle wszystkie partie miały na ustach „kryzys” i „decyzje”, a jakoś nie słyszało się pojęć „demokracja” i „państwo prawa”. Było jasne, że projekt rządowej ustawy odstawiał parlament na boczny tor. Takiego zagrania jeszcze nie było w norweskiej polityce w całym okresie powojennym. Nasza partia i kilku niezależnych prawników odważyło się nazwać ustawę autorytarną. 24 godziny później inne partie opozycyjne wreszcie się obudziły – mówi polityk.

Leder: Rzeczpospolita Europejska. Teraz albo nigdy

Lewicowej opozycji, której największym ugrupowaniem jest Partia Pracy, udało się razem wprowadzić szereg ograniczeń do ustawy specjalnej i zmienić jej charakter. Ustawa ta weszła w życie tylko na 30 dni, choć parlament może wyrazić zgodę na jej przedłużenie. Wszystkie proponowane zmiany prawa pracy rząd musi konsultować ze związkami zawodowymi, a poza tym wystarczy 1/3 głosów parlamentu, by zatrzymać rządzący dekretami rząd.

Zdarza się nawet w Skandynawii. Jeśli obrona demokracji się nigdy nie kończy, to obrona państwa opiekuńczego też nie.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Ewa Sapieżyńska

| Iberystka i socjolożka
W latach 2006-2008 doradczyni kancelarii prezydenta i MSZ Wenezueli. Tytuł doktora nauk społecznych zdobyła na Universidad de Chile. Wykładała w Chile i w Polsce. Autorka szeregu publikacji naukowych o wolności słowa, a także z zakresu gender studies. W latach 2015-2018 doradczyni OBWE ds. praw człowieka i gender. Obecnie mieszka w Oslo i zajmuje prawami kobiet w Gwatemali.