Świat

Sierakowski z Mińska: Jak pomóc Białorusi

Możemy się lubić albo nie, ale w sprawie Białorusi powinniśmy działać razem z powodów pragmatycznych, etycznych i honorowych.


We wtorek, podczas Święta Niepodległości Białorusi władza powstrzymała się od interwencji, choć wokół placu stała duża liczba ciężarówek z milicją i/albo OMON-em. Atak na demonstrantów akurat w taki dzień byłby władzy nie na rękę. Ale zrobiono to już dzień później. OMON nie był tak brutalny jak w pierwszych dniach po wyborach, gdy za cel dostał sterroryzowanie społeczeństwa przez skatowanie tysięcy ludzi, często zwykłych przechodniów albo przypadkowych kierowców.

Wróciło jednak aresztowanie ludzi i rozpędzanie demonstracji. W reakcji na to demonstranci postanowili się zebrać w czwartek o 18.30 (czyli 17.30 polskiego czasu) na placu Niepodległości. Czego należy się spodziewać? Łukaszenka kazał resortom siłowym „skończyć z demonstracjami” i najwyraźniej rozkaz właśnie zaczął być realizowany. Z tego powodu podejrzewać można, że OMON dziś znowu zaatakuje. Co jednak, jeśli przyjdzie kilkadziesiąt tysięcy ludzi? Władza dotąd radziła jakoś sobie z demonstracjami na kilka tysięcy, ale nie znalazła sposobu na tak duże jak te niedzielne, na których gromadziło się kilkaset tysięcy osób.

Sierakowski z Mińska: Białorusini znowu się nie przestraszyli

 

Wiele zależy więc od liczby demonstrantów. Łukaszenka jest dyktatorem i nawet tak o sobie mówi: „Jako wasz dyktator, powiem, że…”, ale nie może całkowicie ignorować opinii publicznej. Wie, że na brutalności służb stracił dużo z tego niewielkiego poparcia, które mu zostało. Wywołał też reakcję solidarnościową robotników, lekarzy i innych grup zawodowych oraz świata. Nie może pozwolić sobie więc na skatowanie tysięcy ludzi albo wywołanie paniki i tratowania się ludzi, bo zamiast osłabić, wzmocni protest. Łukaszenka stanie się jeszcze bardziej izolowany, co uzależni go całkowicie od Rosji, a tego wcale nigdy nie chciał.

Przy tej okazji należy podkreślić mądrość opozycji, która nie wysuwa haseł ani antyrosyjskich, ani prorosyjskich, antyeuropejskich czy proeuropejskich. Czasem pojawiające się zastrzeżenie, że brakuje flag Unii Europejskiej na placu Niepodległości, nie ma sensu. Gdyby do tego doszło, usztywniłoby to zarówno Rosję, jak i Unię Europejską. Putina sprowokowałoby do podjęcia działań przeciwko opozycji, a Unię Europejską do odcięcia się od Białorusi, „której nie da się pomóc”. Ponieważ Białorusini liczą przede wszystkim na siebie oraz dają niesamowite dowody odwagi i determinacji, z jednej strony utrudniają sytuację Rosji, a z drugiej nakładają moralne zobowiązanie na kraje Unii Europejskiej. Mnożące się akcje solidarnościowe obywateli państw członkowskich z Białorusią wywołują presję na polityków, żeby zaczęli działać.

Tym bardziej że Białoruś przesuwa się niezauważalnie, ale szybko, na Zachód. Gratulacje Putina dla Łukaszenki po sfałszowanych wyborach, przysyłanie z Rosji „dziennikarzy”, żeby zastąpili strajkujących w białoruskich mediach państwowych, albo kłamstwa mediów rosyjskich na temat protestów zniechęcają Białorusinów do Rosji. Nie pomogło też Moskwie otrucie najpopularniejszego rosyjskiego opozycjonisty Aleksieja Nawalnego. Zaszkodziło to, że Łukaszenka grozi protestującym Rosją i jej czołgami. Preferencja kulturowa młodego i średniego pokolenia jest jednoznacznie zachodnia. Jeśli setki tysięcy demonstrantów walczą o wolne wybory i wypuszczenie więźniów politycznych, to przecież nie dlatego, że podoba im się system polityczny Rosji, a nie liberalna demokracja na Zachodzie. To wszystko sprawia, że Rosja przegrywa Białoruś. Wolniej niż Ukrainę, ale przegrywa. Co nie znaczy, że nowa władza, gdyby Łukaszenka został obalony, zaraz będzie chciała przeskoczyć do UE. Każda władza po Łukaszence będzie się układać z Rosją, ale też dla każdej władzy punktem odniesienia będzie Europa.

Unia Europejska oczywiście nic nie może, jeśli chodzi o „hard power”, ale ma pieniądze, a Białoruś nie jest duża (9,5 mln mieszkańców) i nie potrzeba wielkich środków, żeby pomóc społeczeństwu obywatelskiemu tutaj. Tak się złożyło, że media niezależne stały się pierwszym źródłem informacji dla Białorusinów po tym, jak władza przegięła z kłamstwami (także w sprawie koronawirusa). Media niezależne zyskały masowe czytelnictwo, ale pozostały niskokosztowe. Dziś to jest pewnie najtańszy mainstream medialny na świecie.

Każde euro zainwestowane w któryś w białoruskich portali takich jak Tut.by czy Nasza Niwa przekłada się bardzo konkretnie na siłę opozycji. Nie przypadkiem aresztowany główny kandydat opozycji Siarhiej Cichanouski jest blogerem, a nie tradycyjnym politykiem. A protesty organizuje telegramer Nexta i jego grupa dziennikarzy aktywistów. System Łukaszenki stanął dopiero wtedy nad przepaścią, gdy media niezależne pokazały działania władzy: od fałszerstw wyborczych, przez katowanie ludzi przez OMON, aż po dziwactwa przywódcy.

Los Białorusi zależy od urzędników i milicji [rozmowa z Nextą]

 

Polska, tak jak inne państwa, powinna być przygotowana na przyjęcie tysięcy Białorusinów albo już pobitych, albo tych, którym może stać się krzywda podczas zbliżających się konfrontacji. Na dłuższą metę trzeba jednak na poważnie zacząć pomagać finansowo młodzieży, organizacjom pozarządowym i instytucjom kultury działającym na miejscu, zanim znajdą się na emigracji (nawet jeśli finansować działania trzeba „na około”, przez zagraniczne instytucje ze względu na panujące tu zakazy). Ferment ideowy, polityczny i intelektualny, który tu się zaczął, przy odpowiednim wsparciu połączy dawno zapomnianą Białoruś z europejskim obiegiem kulturalnym i politycznym. Zyskają obie strony. Gdy niemal wszędzie na Zachodzie chwieje się demokracja, Białoruś właśnie przypomniała światu, jak należy się angażować i walczyć o swoje prawa.

Łukaszenka nie umie poradzić sobie z czterema zagrożeniami: 1) z kobietami, które tu wiodą prym, a system na ich masowy protest nie jest przygotowany, 2) z gigantycznymi protestami, 3) mediami niezależnymi, które kompromitują reżim codziennie, informują o zatrzymanych, demaskują bijących, i 4) strajkami robotniczymi w wielkich zakładach, na których opiera się gospodarka białoruska. Ich skala zależy od tego, ilu robotników uda się zastraszyć konsekwencjami finansowymi.

Co białoruska rewolucja oznacza dla białoruskiej mniejszości w Polsce?

Zaradzić sprawie mogą fundusze solidarnościowe, które gwarantują strajkującym i ich rodzinom, że nie stracą środków do życia z powodu przeciwstawienia się Łukaszence. W tej sprawie pomóc może każdy z nas, a także każda z instytucji publicznych i prywatnych. Świetnie zachowała się „Solidarność”, która przekazała milion złotych i tony żywności dla strajkujących, a Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu zaoferował białoruskim studentom darmowe studia.

Możemy się lubić albo nie, ale w sprawie Białorusi powinniśmy działać razem z powodów pragmatycznych, etycznych i honorowych. Organizowane są zbiórki na każdy z celów, które wymieniłem (dla robotników, dziennikarzy i NGOsów). Możemy więc nie tylko kibicować Białorusinom, ale sami przyłożyć się do obalenia reżimu.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Sławomir Sierakowski

| Socjolog, publicysta, współzałożyciel Krytyki Politycznej
Współzałożyciel Krytyki Politycznej. Prezes Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego. Socjolog, publicysta. Ukończył MISH na UW. Pracował pod kierunkiem Ulricha Becka na Uniwersytecie w Monachium. Był stypendystą German Marshall Fund, wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku, uniwersytetów Yale, Princeton i Harvarda. Obecnie Richard von Waizsäcker Fellow w Robet Bosch Academy w Berlinie. Jest członkiem zespołu „Polityki", stałym felietonistą „Project Syndicate” i autorem w „New York Times”, „Foreign Policy” i „Die Zeit”.