Kijowskiego anarchistę spotkaliśmy podczas protestu przeciw odwołaniu ministra obrony Mychajła Fedorowa. Na rozmowę przyszedł prosto ze służby. Poznaliśmy się kilka tygodni wcześniej w klubie Otel, na czwartych urodzinach Kolektywów Solidarności – antyautorytarnej inicjatywy wspierającej aktywistów lewicowych, anarchistycznych, feministycznych i LGBT+ służących w wojsku, prowadzącej warsztat dronów FPV i organizującej pomoc humanitarną.
Pod neonem HATE WAR, ARM UKRAINE pięcioro żołnierzy-anarchistów dyskutowało off the record o miejscu praktyk antyautorytarnych w armii. „Nie wystarczą abstrakcyjne hasła, że wojsko jest złe. Od środka widzimy, że armia broni kraju przed agresją, ale nie jest wolna od hierarchii, autorytaryzmu, kultu męskości i nacjonalizmu, które same w sobie są problemem, a czasem utrudniają jej funkcjonowanie” – mówili uczestnicy.
Rozmówca jest czynnym oficerem ukraińskiej armii. Zdecydował zachować anonimowość, żeby móc swobodnie wygłaszać swoje poglądy.
Aleksander Palikot, Jerzy Sobotta: Jak anarchista czuje się w wojsku?
Tak sobie. Całe życie pracowałem w horyzontalnych, zmotywowanych zespołach, a tu trafiłem do pionowej, hierarchicznej i bardzo zdemotywowanej struktury. Najtrudniejsze jest wydawanie rozkazów. Chcę budować relacje oparte na równości, lecz jako oficer muszę tworzyć podporządkowanie – inaczej wojsko w obecnej postaci nie działa.
Trudno też stykać się z oficerami-despotami, którzy traktują żołnierzy z wyższością, czasem właściwie nie jak ludzi. Staram się wnosić własne wartości: nie zlikwiduję hierarchii, ale mogę budować bardziej ludzkie relacje, oparte na rozmowie i kontakcie zamiast karania. To mój wkład jako oficera-anarchisty.
Czy służba wojskowa stoi w sprzeczności z twoimi przekonaniami?
Ta sprzeczność istnieje. Mnie i moim towarzyszom nie podoba się wojsko jako struktura, ale jeszcze mniej – autorytaryzm i faszyzm rosyjskiego reżimu. Wybierając między tymi dwoma złami, wybieramy samoobronę. Żadna inna siła nie jest dziś zdolna zatrzymać rosyjskiej armii.
Niektórzy twierdzą, że anarchista powinien zamiast służyć w armii stworzyć oddział machnowski albo zostać partyzantem. To mrzonka. W realiach współczesnej wojny taki oddział szybko by zniszczono. Nie spieszyłem się do wojska, ale skoro tu jestem, pracuję i organizuję jednostkę najlepiej, jak potrafię. Codziennie odczuwam tę sprzeczność, próbuję jednak rozwiązywać ją na swoim poziomie, broniąc małego, mniej więcej demokratycznego państwa przed dużym, autorytarnym i militarystycznym.
Jak oceniasz odwołanie Mychajła Fedorowa ze stanowiska ministra obrony?
Uważam tę decyzję za błędną, podyktowaną wewnętrznymi konfliktami, a nie potrzebą poprawy sytuacji w wojsku. Nie jestem szczególnym zwolennikiem Fedorowa, a anarchistyczne poglądy nie pozwalają mi bronić ministra. Ministrowie nie zapominają o sobie ani swoich ekipach; nie są biedni, a ich kapitał wiąże się z dostępem do stanowisk i zasobów. Rozumiem jednak protestujących przeciw jego odwołaniu.
Jakie są najważniejsze problemy ukraińskiej armii?
Jeszcze rok temu nastroje były bardzo ponure i trudno było zrozumieć, jak choćby ustabilizować sytuację. Wraz z Fedorowem pojawiły się, jak sądzę, strategia i promień nadziei; widzę też poprawę morale w swojej jednostce. Logiczne byłoby dokończenie reform, zwłaszcza technologizacji armii i umasowienia wykorzystania dronów.
Problemów pozostaje jednak wiele. Skandal wokół 425. Pułku Szturmowego „Skelia”, [gdzie w ciągu kilku miesięcy zmarło ponad 30 zmobilizowanych, a śledczy badają zarzuty pobić, bezprawnego przetrzymywania i zaniedbań medycznych – przyp. autorów] nie jest moim zdaniem odosobnionym przypadkiem. Podobne praktyki występują gdzie indziej: chodzi o traktowanie żołnierzy, nadużywanie kar i wysyłanie ludzi do jednostek, w których działania wykraczają poza prawo i etykę.
Bardzo poważnym problemem jest też to, jak odbywa się mobilizacja. Jeżeli buntują się całe wsie, a ludzie rzucają się z siekierami na pracowników terytorialnych centrów rekrutacji, czyli TCK, coś jest nie tak. Kiedy człowieka wciska się na ulicy do busa, a on krzyczy i prosi o pomoc, przechodnie czują, że dzieje się coś złego. Jedni odchodzą na bok, ktoś pomaga mu uciec, inni nagrywają, ale ten obraz pozostaje w społeczeństwie.
Nie ma prostego rozwiązania: armia potrzebuje nowych ludzi, bo bez mobilizacji front się posypie, lecz sposób zatrzymywania ludzi oraz to, co dzieje się w niektórych ośrodkach szkoleniowych i jednostkach, są nielegalne i nieludzkie. Wielu omija temat, bo nie wie, jak pogodzić konieczność uzupełniania armii z praworządnością i poszanowaniem godności mobilizowanych. Uruchamia się autocenzura.
Czy w Ukrainie broniącej się przed autorytarną Rosją narastają tendencje autorytarne?
W 2022 roku nastąpiło zjednoczenie narodowe, ale zarazem cenzura i autocenzura osiągnęły szczyt. Mówiono: jeśli nie jesteś wojskowym, nie masz prawa wypowiadać się o armii – „Zamknij mordę, skoro nie walczysz”. W latach 2022–2024 wielu problemów nie omawiano, więc się pogłębiły. Dziś zaczyna się o nich mówić, lecz nadal słyszymy, że krytyka szkodzi Ukrainie i daje argumenty Rosji.
Problemem jest także koncentracja władzy. Biuro Prezydenta zmarginalizowało inne jej ośrodki i skupiło najważniejsze instrumenty wpływu politycznego. Parlament i rząd stały się fasadą, choć Ukraina jest republiką parlamentarno-prezydencką. W polityce kulturalnej istnieje centralna narracja państwowa, a odejście od niej może wywołać hejt, presję, czasem zainteresowanie Służby Bezpieczeństwa Ukrainy.
Co dokładnie masz na myśli?
Opowieść o tysiącletniej wojnie Ukrainy z Rosją, przedstawianie OUN i UPA jako głównych bohaterów oraz ich integralnego nacjonalizmu jako podstawy świadomości narodowej. Na początku prezydentury Zełenskiego nie była to jego bajka, później jednak ją przyjął. Dziś wypiera ona alternatywne sposoby opowiadania o Ukrainie.
Takie zjawiska nie dziwią w państwie prowadzącym wojnę, ale nie stają się przez to pozytywne. Cenzura wojskowa pozostaje cenzurą, a zjednoczenie wokół flagi i propaganda nie zastąpią dialogu. Problemy się nagromadziły, społeczeństwo jest podzielone, grupy wyrażają wobec siebie nienawiść. Nie można każdego, kto odchodzi od państwowej narracji, nazywać agentem Kremla. W 2022 roku nawet słowo „pokój” uznawano za rosyjską narrację, dziś używa go sama władza.
Ukraina pozostaje względnie demokratyczna i można krytykować władzę, choć mogą pojawić się konsekwencje [śmiech]. Po każdego krytyka oficjalnej narracji nie przyjeżdża od razu czarny samochód. Są też pozytywne tendencje: dziennikarze opisują patologie w jednostkach i krytykują nieudane operacje wojskowe, na przykład w Krynkach na lewym brzegu Dniepru. Względnie niezależne organy antykorupcyjne i media śledcze ujawniają korupcję, także w otoczeniu prezydenta. Ludzie wychodzą również na protesty, choć najczęściej w sprawach względnie bezpiecznych.
Jak oceniasz nadanie przez Zełenskiego Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” imienia Bohaterów UPA, które zapoczątkowało kryzys dyplomatyczny z Polską?
Większość Ukraińców ma mgliste pojęcie o historycznej UPA i widzi w niej symbol walki z Rosją. Sądzę, że Zełenski mógł się nad tym szczególnie nie zastanawiać. Żołnierze przyszli, a on powiedział: „A co im będę żałował?”. Ma inne problemy, a ta decyzja wpisuje się w szerszą politykę nazw i symboliki w wojsku oraz przestrzeni publicznej, kształtowaną przez konkretne środowiska nacjonalistyczne.
Jak wojna zmienia znaczenie skrajnej prawicy w armii i społeczeństwie?
Głównym zagrożeniem pozostaje Rosja, a ludzie z prawicowych jednostek walczą na froncie i zatrzymują jej armię. Nie usuwa to jednak problemu politycznego. Po pełnoskalowej inwazji powstało wiele oddziałów ochotniczych tworzonych przez członków organizacji prawicowych, skrajnie prawicowych i neonazistowskich; rozwijały się, a później łączyły.
Azow zachowuje nacjonalistyczną ciągłość, ale jest dziś przede wszystkim jednostką wojskową, nie znaczącym aktorem politycznym. Głównym ośrodkiem przyciągającym skrajną prawicę stała się 3. Brygada Szturmowa, gdzie służy wielu skrajnych prawicowców i neonazistów. Jej dowódcy mają ambicje polityczne, prowadzą popularne kanały, udzielają wywiadów i mówią o zagrożeniach ze strony feminizmu, osób LGBT+ czy migracji.
Środowiska te intensywnie pracują z młodzieżą w szkołach i na uniwersytetach. W pierwszych latach pełnoskalowej inwazji przemocy ulicznej prawie nie było, lecz teraz powraca: młodzi, którzy jeszcze nie walczą, napadają na innych i zrywają wydarzenia. Prawicowi weterani wracają z ogromnym szacunkiem społecznym i kredytem zaufania, a niektórzy jako moralne autorytety nawołują do przemocy wobec lewicowców i osób LGBT+. Po zamrożeniu konfliktu problem może się zaostrzyć, gdy więcej z nich wejdzie do walki ulicznej i politycznej. Pierwszymi ofiarami będą nie anarchiści, lecz kontrkulturowa młodzież, feministki i społeczność LGBT+ – nawet sympatyzująca z umiarkowanym nacjonalizmem. Własny nacjonalizm, w stylu Bandery z tęczową flagą, niekoniecznie ich ochroni.
Istnieją też powiązane z ukraińskim wywiadem wojskowym (HUR) formacje skupiające skrajnych prawicowców, m.in. Rosyjski Korpus Ochotniczy Denisa Kapustina, Bractwo oraz częściowo Białoruski Korpus Ochotniczy. Problemem jest przekształcanie kapitału zdobytego na wojnie w kapitał polityczny, służący poglądom konserwatywnym, nacjonalistycznym, czasem otwarcie neonazistowskim. Trzeba o tym mówić, pamiętając, że głównym zewnętrznym zagrożeniem pozostaje Rosja.
Prawica wnosi do wojska nacjonalizm, idee siły i walki. Co wnosi perspektywa antyautorytarna i lewicowa?
Skrajna prawica tworzy kult siły, ale anarchizm i duża część lewicy nie odrzucają przemocy ani jej użycia – historycznie stosowało je wiele ich organizacji. Nie uważamy jednak, że wszystko powinno obracać się wokół siły. Lewica opowiada się za tolerancją i równością, rozumiejąc, że czasem nie można ich obronić bez siły.
Uczestnicząc w oporze, chcemy promować własne wartości i wizję powojennej Ukrainy. Rosyjski przeciwnik buduje narrację na sile, imperialnych ambicjach, ekspansji i kulcie toksycznej męskości. Nasza różnica ze skrajną prawicą dotyczy więc nie gotowości do użycia siły, lecz wizji przyszłości i zasad, na których ma opierać się Ukraina.
Jakie znaczenia ma dla twojego środowiska historia ukraińskiego anarchizmu?
Dobrze znamy i lubimy tę historię, ale nie czujemy rzeczywistej ciągłości. Tradycja machnowska została przerwana, a anarchizm w Ukrainie odtworzył się dopiero u schyłku Związku Radzieckiego lub po jego rozpadzie.
Najbliższy jest nam chyba opór kurdyjski: walka o przetrwanie przeciw przeważającym siłom. Ukraińscy i kurdyjscy aktywiści lewicowi dobrze się rozumieją; nie muszą się przekonywać, że opór zbrojny może być w pełni uprawnioną częścią walki.
Dlaczego zachodniej lewicy łatwiej zaakceptować opór kurdyjski niż ukraiński?
Ruch kurdyjski wprost deklaruje lewicowe wartości, mówi o bezpaństwowości i roli kobiet. Ma wyraźny rdzeń ideologiczny, z którym łatwo się utożsamić. Ukraina tego nie mówi, a nacjonalistyczna czasem retoryka jej urzędników i Zełenskiego odpycha ludzi patrzących na słowa zamiast istoty procesów. Tymczasem oba przypadki są walką o przetrwanie przeciw przeważającej sile.
Jak tłumaczysz zachodniej lewicy, że Rosji nie sprowokował Zachód, a Ukraina nie należy do jej naturalnej strefy interesów?
Uznając Ukrainę za rosyjską strefę interesów, lewicowcy akceptują imperialne ambicje Rosji – to, za co krytykują Stany Zjednoczone. To również zachodniocentryczna perspektywa, odbierająca podmiotowość innym państwom i zakładająca, że wszystko dzieje się ze względu na interes USA.
Relacje Rosji i Ukrainy mają własną, długą historię i wewnętrzną logikę. Wojnę wywołały ambicje rosyjskiego prezydenta i części elit; oba państwa mają własną podmiotowość. Ukraina potrzebuje sojuszu z Europą i USA, by się bronić, ale nie on spowodował wojnę. Nikt nie przygotowywał ukraińskiej inwazji na Rosję ani nie dokonywał ludobójstwa ludności Donbasu. Według władz tak zwanej Ługańskiej Republiki Ludowej i Donieckiej Republiki Ludowej w ostatnim roku przed pełnoskalową inwazją zginęło tam osiem osób cywilnych. To nie uzasadnia inwazji.
Zachodnia lewica powinna porzucić proste dogmaty i uznać podmiotowość innych krajów, ruchów i regionów. Nie wszystko, co sprzeciwia się Zachodowi, jest dobre. Wielobiegunowy świat może być bardzo nieprzyjemny, jeśli jego innymi biegunami będą autorytarne Rosja i Chiny, niemające nic wspólnego z socjalizmem.
Czy odbierasz zachodni model wsparcia jako przejaw hipokryzji – Zachód finansuje wojnę, ale sam nie chce w niej uczestniczyć?
Zachód działa pragmatycznie. Na początku, gdy nikt nie wierzył w Ukrainę, praktycznie niczego jej nie dawano, choć pomoc wojskowa mogła być rozstrzygająca. Gdyby od razu otrzymała wszystko, czego potrzebowała do odparcia agresji, wojna być może skończyłaby się w pierwszym roku – nie wiem tego, ale wyobrażam sobie taki scenariusz. Brakowało wszystkiego: kamizelek kuloodpornych, bandaży i poważnego uzbrojenia. Mimo to ukraińscy żołnierze zatrzymali rosyjską ofensywę.
Z czasem państwa zachodnie zrozumiały, że Ukraina potrafi się bronić i że jej przetrwanie ma dla nich znaczenie. Jest murem oddzielającym Europę od Rosji. Zachód płaci, Ukraina walczy, ale pomocy nadal brakuje. Bez niej nie mogłaby prowadzić wojny, a wkład Zachodu jest ogromny. Poziom wsparcia zależy jednak od wewnętrznej polityki poszczególnych państw, stąd różnice w ich zaangażowaniu.
Nie wiem, czy to hipokryzja. Raczej kapitalistyczna kalkulacja niż polityka wartości: Ukraina jest ważna, walczy i osłania Europę, więc należy zwiększyć jej finansowanie.
**
Aleksander Palikot – reporter i korespondent mieszkający w Kijowie. Z wykształcenia filozof, socjolog i historyk. Związany ze stowarzyszeniem n-ost, Collegium Invisibile i Instytutem Nauk o Człowieku w Wiedniu (IWM). Współpracuje z międzynarodowymi i polskimi mediami, m.in. z Radio Free Europe/Radio Liberty, Krytyką Polityczną, Nową Europą Wschodnią.
Jerzy Sobotta – dziennikarz niemieckiej rozgłośni Bayerischer Rundfunk. Jego reportaże i wywiady były także publikowane w różnych niemieckich gazetach, m.in. „Süddeutsche Zeitung” oraz „Die Welt”. Zajmuje się polityką, kulturą i filozofią.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!