Świat

Kilka słów prawdy o hordach Trumpa

Szturm na Kapitol to nie wyjątek. Od ponad 150 lat wyższe klasy białej Ameryki prowokują takie rozruchy w obronie hierarchicznego społeczeństwa. Nowością jest jedynie to, że tym razem gniew skrajnej prawicy obrócił się przeciwko białym politykom.

NOWY JORK – Szturm na amerykański Kapitol z 6 stycznia bardzo łatwo błędnie zinterpretować. Wstrząśnięci makabrycznym rozwojem wydarzeń członkowie Kongresu wydali oświadczenie, w którym wyjaśnili, że Ameryka to kraj rządzony przez prawo, a nie hordy awanturników. To sugeruje, że wzniecony przez prezydenta Donalda Trumpa zamęt jest zjawiskiem dotąd niespotykanym. Nic bardziej mylnego. W historii Stanów Zjednoczonych wielokrotnie dochodziło do ataków ze strony tłumów podburzanych przez białych polityków w służbie bogatych białych Amerykanów. Jednak tym razem, co nietypowe, białe masy zwróciły się nie przeciwko swoim zwyczajowym ofiarom, czyli ludziom o odmiennym kolorze skóry, tylko przeciwko białym politykom.

Oczywiście, decydujące znaczenie mają tutaj okoliczności, w jakich doszło do zamieszek. Atak miał zastraszyć Kongres, by ten wstrzymał proces pokojowego przekazania władzy prezydentowi elektowi. Mamy tu do czynienia z podburzaniem, a Trump jako podżegacz dopuścił się tym samym poważnego przestępstwa.

Wyrzućcie Trumpa z urzędu, natychmiast i dożywotnio!

W przeszłości tego typu agresja ze strony tłumów była kierowana przeciwko bardziej tradycyjnym obiektom białej nienawiści, takim jak np. Afroamerykanie próbujący legalnie oddać głos w wyborach czy znieść segregację rasową w autobusach, mieszkalnictwie, na stołówkach i w szkołach, albo rdzenni Amerykanie starający się chronić swoje tereny łowieckie i zasoby naturalne, meksykańscy rolnicy domagający się przestrzegania BHP, chińscy robotnicy, imigranci, którzy w przeszłości budowali koleje i pracowali w kopalniach. To na tych właśnie grupach skrupiała się agresja tłumów, podsycana przez białych Amerykanów, poczynając od prezydenta Andrew Jacksona i pioniera Kita Carsona w XIX wieku, po gubernatora Alabamy George’a Wallace’a w ubiegłym stuleciu.

Patrząc z perspektywy historycznej, ziejące świętym oburzeniem tłumy „swojaków”, które przeprowadziły szturm na Kapitol, miały w sobie coś znajomego. Jak to ujął w swoim pobudzającym do buntu wystąpieniu Trump, ruszyli oni, by „ratować” Amerykę. „Słabi [politycy] niech się wynoszą. Teraz jest czas silnych” – oświadczył, przywołując swój dobrze znany refren. „Chcą indoktrynować wam dzieci i uczyć je w szkołach przeinaczonej wiedzy. Chcą indoktrynować wasze dzieci. To wszystko stanowi element globalnego ataku na naszą demokrację”.

W historii Ameryki masowe zamieszki najczęściej wybuchały nie tyle jako pojedyncze, oddolne zrywy buntowników, ile właśnie jako strukturalne ataki kierowane z góry, podżegane przez białych polityków wykorzystujących strach, nienawiść i ignorancję białej klasy ludowej. Jak pokazuje historyczka Heather Cox Richardson w doskonałej nowej książce How the South Won the Civil War, masowe rozruchy od ponad 150 lat stanowią istotny element taktyki stosowanej przez wyższe klasy białej Ameryki w obronie hierarchicznego społeczeństwa.

Amerykańska kultura agresji białych tłumów idzie w parze z kultem broni. Setki milionów sztuk posiadanej przez osoby prywatne broni palnej w USA w nieproporcjonalnie większej części znajdują się w białych rękach. Historyczka Roxanne Dunbar-Ortiz bardzo dobitnie pisze o tym w Loaded: A Disarming History of the Second Amendment, gdzie stwierdza, że prawo do posiadania broni jest od dawna przywoływane przez białe tłumy samozwańczych stróżów porządku, chcących stłamsić czarnoskórych i rdzennych Amerykanów.

Podburzanie tłumów do przemocy przeciwko osobom o innym kolorze skóry niż biały to typowy wybieg, jakim bogaci biali starają się odwrócić od siebie uwagę ubogich białych, a ich rozżalenie i poczucie krzywdy skierować przeciwko innym grupom społecznym. I to wcale nie jest typowa taktyka à la Trump – to najstarsza sztuczka stosowana w amerykańskich rozgrywkach politycznych. Marzy ci się regresywne obniżenie podatków dla najbogatszych? Nic prostszego! Powiedz tylko klepiącym biedę białym, że nadchodzą czarni, muzułmanie i imigranci, którzy będą chcieli narzucić im socjalizm.

To właśnie robił przez całą swoją prezydenturę Trump: ostrzegał, że jeśli zabraknie go w Białym Domu, Amerykanie będą musieli „nauczyć się chińskiego”. Na swoich wiecach do znudzenia oręduje za drugą poprawką do konstytucji i pomstuje na wszystkich, którzy nie mają białej skóry, mówiąc niebiałym kongresmenkom, by „wracały” do „tych totalnie zrujnowanych, pełnych przestępców miejsc, z których przybyły”. Nawoływał swoich popleczników, by nie cackali się z demonstrantami z opozycji i wyrzucali ich nie tylko z jego wieców, ale w ogóle z kraju. Białych suprematystów pochwalił, nazywając ich „bardzo przyzwoitymi ludźmi”. A kiedy jego umiłowane hordy machające sztandarem konfederatów próbowały wziąć Kapitol szturmem, powiedział im: „Kochamy was, jesteście naprawdę wyjątkowi”.

Trump kontra cztery jeźdźczynie apokalipsy

Partia Republikańska w pełni popierała Trumpa i jego politykę podburzania aż do owego popołudnia 6 stycznia, kiedy tłumy zalały Kapitol. Republikańscy wasale Trumpa pozostawali mu wierni nie tylko ze względu na jego wpływ na republikańskich wyborców, ale dlatego, że Trump uosabia kwintesencję amerykańskiej prawicy. Od samego początku miał bardzo jasno przypisane zadania: obsadzić sądy konserwatystami, obciąć podatki dla korporacji i dla najbogatszych, torpedować postulaty dotyczące wydatków na politykę społeczną i ochronę środowiska, jednocześnie podżegając rozwrzeszczane tłumy do walki z „socjalizmem”.

Ale 6 stycznia wszystko wzięło w łeb, ponieważ białe masy uderzyły w samych białych polityków. I choć wzbudza to uzasadniony sprzeciw, było to do przewidzenia. Trump wielokrotnie przekonywał swoich zwolenników, że Ameryka wymyka im się z rąk, a oliwy do ognia tylko dolała przegrana republikanów w Georgii, gdzie stracili dwa miejsca w Senacie na rzecz demokratów – Afroamerykanina i Żyda.

Dogrywka w Georgii oddała Kongres demokratom

Choć rasistowskie insynuacje Trumpa były wyjątkowo prymitywne, świetnie wpisywały się w podejście Partii Republikańskiej stosowane od czasu „strategii południowej” z 1968 roku, wprowadzonej w związku z przepisami przyznającymi nowe prawa obywatelskie w tamtej dekadzie. Do ubiegłego roku Trump bardzo skutecznie działał na rzecz interesów plutokratycznych sponsorów własnej partii, bossów i sojuszników ze świata biznesu. Wybory w 2020 roku mógł przegrać tylko na własne życzenie – i przegrał. Ale nie dlatego, że odnosił się w sposób rasistowski do ludzi o innym kolorze skóry. Gwoździem do wyborczej trumny okazało się jego przerażająco nieludzkie i niekompetentne postępowanie w obliczu zabójczej pandemii.

W perspektywie historycznej widać, że Ameryka rzeczywiście zaczyna odwracać się od rasizmu minionych czasów i agresji białych mas. Barack Obama został dwukrotnie wybrany na prezydenta. W 2016 roku wybory wygrał co prawda Trump, ale otrzymał mniej głosów niż kontrkandydatka. Wybór Kamali Harris na wiceprezydentkę i wyniki wyborów do Senatu w Georgii w tym tygodniu to tylko dwa z wielu mocnych dowodów na to, że Ameryka stopniowo odchodzi od rządów białej oligarchii. Do 2045 roku biali nielatynoskiego pochodzenia będą stanowić jedynie około połowy ludności, podczas gdy w 1970 roku stanowili aż 83 proc. społeczeństwa. Ameryka stanie się krajem, w którym mniejszość będzie stanowić większość, a odsetek białych Amerykanów pochodzenia nielatynoskiego spadnie do 2060 roku do 44 proc.

Trupy w świątyni demokracji. Czy to koniec Trumpa?

Dzieje się tak nie bez powodu: młodsi Amerykanie są znacznie bardziej świadomi istniejącego rasizmu w porównaniu z poprzednimi pokoleniami. Uwidoczniona na Kapitolu zajadłość skrajnej prawicy może przerażać, ale należy patrzeć na nią raczej jako na ostatnie żałosne podrygi desperatów. Na szczęście Ameryka spod znaku białych rasistowskich rządów, choć zdecydowanie zbyt wolno, jednak przechodzi do historii.

**
Copyright: Project Syndicate, 2021. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożyła Dorota Blabolil-Obrębska.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jeffrey D. Sachs
Jeffrey D. Sachs
Ekonomista, Columbia University
Profesor Zrównoważonego Rozwoju oraz profesor Polityki i Zarządzania Zdrowiem Publicznym na Uniwersytecie Columbia. Jest dyrektorem Centrum ds. Zrównoważonego Rozwoju na Columbii oraz Sieci Rozwiązań na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju przy ONZ.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco