Po co w ogóle zajmować się wzrostem liczby miliarderów na świecie? Zdaniem niektórych w tym zjawisku nie ma nic złego. Inni wręcz się cieszą. Przykładowo niedawno opublikowana została dosyć kuriozalna książka Why Democracy Needs The Rich, w której John O. McGinnis przekonuje, że miliarderzy są kluczowym elementem systemów demokratycznych i przyczyniają się do wzrostu dobrobytu całego społeczeństwa. Jak jednak wskazują krytyczni recenzenci, praktycznie nic z tego nie jest prawdą, a wszystkie dane sugerują raczej wniosek odwrotny – demokracja oraz miliarderzy nie są ze sobą kompatybilni.
Problemem jest bowiem nie tyle sam fakt posiadania ogromnego majątku – firm, domów, samolotów i prywatnych wysp – co możliwość przekształcenia go w polityczną władzę. Miliarderzy mogą finansować kampanie wyborcze, przejmować media, zatrudniać armie lobbystów i wywierać presję na rządy. Mogą – i robią to coraz bardziej otwarcie. W efekcie formalna równość obywateli staje się fikcją, a otaczająca nas rzeczywistość coraz bardziej przypomina oligarchię.
Pierwszy bilioner, czyli po trupach do bogactwa
To, że mimo wszelkich kryzysów międzynarodowych i zawirowań gospodarczych mamy dziś dobre czasy dla ultrabogaczy, nie ulega wątpliwości. Według danych Oxfamu majątek miliarderów od dekad rośnie wielokrotnie szybciej niż światowa gospodarka, a każdego roku przybywa osób przekraczających próg miliarda dolarów. Dwunastu najbogatszych ludzi posiada łącznie więcej niż połowa ludzkości. Podczas gdy całe społeczeństwa mierzyły się w ostatnich latach z kryzysem pandemicznym, rosnącymi kosztami życia i różnego rodzaju problemami natury ekonomicznej, fortuny miliarderów tylko się powiększały, osiągając rekordowe rozmiary.
Nie bez znaczenia są w tym kontekście działania administracji Donalda Trumpa po jego powrocie na stanowisko prezydenta USA. Czasem wsparcie dla miliarderów jest bardziej pośrednie – poprzez deregulację, osłabianie organów kontrolnych czy kolejne obniżki podatków – a niekiedy przyjmuje formę transferów pieniężnych prosto do kieszeni najbogatszych Amerykanów. Mowa przede wszystkim o gigantycznych kontraktach federalnych i subsydiach kierowanych do prywatnych przedsiębiorstw należących do najbogatszych ludzi świata. Jednocześnie zabiera się biednym, tnąc fundusze przeznaczone na politykę społeczną lub pomoc humanitarną.
Uosobieniem takiej polityki „odwróconego Robin Hooda” jest Elon Musk. Jako szef Departamentu Efektywności Rządowej (DOGE) we wczesnych dniach drugiej kadencji Trumpa Musk odpowiadał m.in. za zaprzestanie finansowania walki z głodem, malarią i innymi chorobami w krajach rozwijających się, co według ostrożnych szacunków doprowadziło już do ponad 750 tysięcy nadmiarowych zgonów, z czego aż pół miliona to dzieci. Tymczasem sam Musk zainkasował poprzez swoje firmy intratne kontrakty rządowe, które pomogły mu osiągnąć nowy kamień milowy w procesie patologizacji współczesnego kapitalizmu – założyciel Tesli i SpaceX został pierwszym na świecie bilionerem.
Nie tylko amerykańscy krezusi mają się tak dobrze. Bogacenie się miliarderów i pogłębianie nierówności ekonomicznych to procesy o charakterze globalnym. Prowadzą one do zmian również na arenie politycznej, ponieważ gdy jednostki dysponują zasobami porównywalnymi z budżetami państw, mogą coraz skuteczniej wpływać na prawo, opinię publiczną i decyzje rządów zgodnie z własnym interesem.
Jak miliarderzy projektują rzeczywistość
Integralną częścią funkcjonowania systemu kapitalistycznego jest przekształcanie majątków we władzę. Jednym z jej fundamentów są należące do miliarderów media. Skoro bogaci w wyborach nie przegłosują biednych, to muszą odpowiednio na nich wpływać, aby przynajmniej część głosowała zgodnie z ich interesami. Stąd nieraz obsesyjna chęć zapanowania nad przekazem medialnym. Od lat sztandarowym przykładem pozostaje imperium Ruperta Murdocha, obejmujące m.in. poczytne tytuły prasowe z Wielkiej Brytanii, Australii czy Stanów Zjednoczonych. W tych ostatnich ogromny wpływ zapewnia mu telewizja Fox News.
Obecnie we Francji jeszcze większą władzę nad rynkiem medialnym dzierży Vincent Bolloré, właściciel stacji telewizyjnych i radiowych, magazynów, wydawnictw, kiosków, a wkrótce i kin. Ultrakonserwatywny miliarder buduje zamknięty ekosystem, w ramach którego może decydować nie tylko o tym, co Francuzi zobaczą w telewizji lub usłyszą w radiu, ale także, jakie książki będą na nich czekały witrynach i które filmy mogą liczyć na najszerszą dystrybucję. Należące do niego wytwórnie zapowiedziały już cenzurowanie wybranych artystów, a wpływ polityczny Bolloré bywa nawet bardziej bezpośredni – w porozumieniu z magnatem medialnym swoje ruchy planują liderzy głównych partii prawicowych.
Murdoch i Bolloré to wyjątkowo jaskrawe, ale niejedyne przykłady. Jak regularnie przypominają infografiki „Le Monde Diplomatique”, francuskie media przeważnie znajdują się w rękach różnych krezusów, od Bernarda Arnaulta („Le Parisien”) po rodzinę Dassault („Le Figaro”). W USA swoje porządki w „Washington Post” zaprowadził Jeff Bezos, narzucając „wolnorynkową” linię redakcyjną, a kolejne przykłady z najróżniejszych państw można byłoby długo mnożyć. Wielkie fortuny finansują również fundacje, instytuty badawcze oraz think tanki, które dostarczają politykom i mediom gotowych argumentów uzasadniających rozwiązania korzystne dla wielkiego kapitału.
Współcześnie równie ważna jest kontrola nad platformami społecznościowymi, a te także znajdują się w rękach miliarderów. Ponownie trzeba wymienić Elona Muska, którego zarządzanie platformą X (dawniej Twitter) jest wyraźnie dyktowane chęcią wzmocnienia skrajnej prawicy. Najbogatszy człowiek świata regularnie podbija zasięgi rasistowskiej i ksenofobicznej propagandzie, czego efekty były widoczne ostatnimi czasy w Wielkiej Brytanii, gdy nacjonaliści podpalali mieszkania imigrantów. Nawet jeśli inne platformy społecznościowe na ogół nie służą aż tak otwarcie celom ideologicznym ich bogatych właścicieli, to algorytmy wciąż bardziej premiują dezinformację i skrajną polaryzację niż rzeczową dyskusję.
Dominacja nad przekazem i kształtowanie debaty publicznej pozwalają promować określonych polityków, a zarazem skutecznie odwracać uwagę od źródeł rzeczywistych problemów społecznych. Łatwo jest miliarderom wskazywać wrogów zastępczych – czasem są to obwiniani o wszystkie problemy współczesnego świata imigranci, a czasem pozorne, zastępcze„elity” – czyli na przykład dziennikarze niepodporządkowani miliarderom, akademicy, artyści i wszyscy ci, którzy mogą zadzierać nosa ze względu na wyższy kapitał kulturowy, ale nie mają ani realnej władzy, ani kapitału ekonomicznego.
U wielu samozwańczych populistów można zauważyć niezwykłą satysfakcję z czegokolwiek, co wzburzy redakcje „New York Timesa” albo „Guardiana”, te słynne bastiony inteligentów i wrogów ludu – a że nierzadko owi populiści stają tym samym po stronie miliarderów (czyli prawdziwych elit mających realną władzę), to już jest drugorzędne. Symbolem zwycięstwa kapitalizmu jest wyparcie antagonizmów klasowych przez tego typu pozorowane konflikty: pracownicy rdzenni kontra imigranccy, mężczyźni kontra kobiety, lud kontra inteligenci.
Bogactwo czy demokracja?
Wreszcie do kontroli dyskursu dochodzi trzymanie na krótkiej smyczy polityków. Znów sytuacja jest wyjątkowo patologiczna w Stanach Zjednoczonych, a to za sprawą systemu, który opiera się na żebraniu u bogatych o datki na kampanię. Na więcej pieniędzy mogą oczywiście liczyć kandydaci, których program nie uderza po kieszeni miliarderów.
Problem nie jednak ograniczony do USA. Lobbingiem w Brukseli zawodowo zajmuje się 30 tysięcy osób, a najwięcej do powiedzenia mają stowarzyszenia biznesowe i korporacje, z których w 2024 roku aż 162 wydało na lobbing ponad milion euro. Czasem oligarchowie mają posłuch u przywódców państw nawet bez ich bezpośredniego opłacania.
Podczas ostatniego spotkania grupy G7 obok prezydentów i premierów siedzieli prezesi największych firm technologicznych – w ten sposób osoby bez żadnego demokratycznego mandatu, kierujące się wyłącznie chęcią indywidualnego zysku, stają się uczestnikami dyskusji na najwyższym możliwym poziomie. Największe korporacje stanowią nie tyle podmioty podlegające decyzjom państw, co są ich współprojektantami. Granica między demokratycznie wybraną władzą a prywatnym kapitałem na tym etapie istnieje już tylko teoretycznie.
W USA inicjatywy ustawodawcze cieszące się poparciem bogaczy mają blisko trzy razy większe szanse uzyskanie akceptacji Kongresu niż te, którym najzamożniejsi się sprzeciwiają. Preferencje osób o przeciętnych dochodach mają znikomy wpływ na ostateczny kształt federalnej polityki, zwłaszcza gdy stoją w sprzeczności z interesami najbogatszych. Czy można jeszcze mówić o demokracji, gdy siła przebicia w polityce zależy niemal wyłącznie od zasobności portfela?
Wspomniany raport Oxfamu zauważa korelację między nierównościami ekonomicznymi a kryzysem demokracji. Pozostałe skutki rosnącej dominacji politycznej miliarderów są jednoznaczne. Prowadzi ona do osłabiania usług publicznych, których bogaci nie potrzebują, a także do ograniczania mechanizmów redystrybucji, na których bogaci tracą. Jednocześnie państwo coraz częściej przejmuje rolę gwaranta prywatnych zysków – finansując wielkie korporacje, łagodząc regulacje czy prywatyzując kolejne obszary życia społecznego. Zamiast ograniczać koncentrację bogactwa instytucje publiczne ją utrwalają.
Co więcej, współczesna plutokracja coraz częściej nie ogranicza się do obrony własnych interesów ekonomicznych. Towarzyszy jej rozwój ideologii, według której demokratyczna polityka jest zbyt powolna, państwo opiekuńcze demoralizuje obywateli, a przyszłość należy do przedsiębiorców i inżynierów, którzy nie powinni podlegać społecznej kontroli. W tej wizji miliarder przestaje być jednym z uczestników demokracji, a stawia się ponad prawem oraz wolą większości. Do tego wszystkiego dochodzi możliwość praktycznie bezkarnego popełniania przez bogatych najbardziej zdegenerowanych czynów, od polowania na ludzi po pedofilskie zabawy na pewnej wyspie. Bogatym wolno więcej.
Koniec końców wybór jest prosty – albo demokracja, albo plutokracja. Na dłuższą metę nie jest możliwe pogodzenie istnienia demokracji i społeczeństwa obywatelskiego z fortunami i politycznymi wpływami miliarderów (a tym bardziej bilionerów). Ci ostatni będą nieustannie dążyć do dalszej akumulacji kapitału, korzystając przy tym ze wszelkich dostępnych metod, a instytucje, które miały ograniczać ich zachłanność, zostają (na ich życzenie) zdemontowane.
Pozytywnym efektem ubocznym nierówności społecznych osiągających rekordowe rozmiary jest to, że coraz trudniej je zamaskować. Dlatego rośnie popularność inicjatyw mających na celu np. opodatkowanie wielkich fortun. Gdyby lata temu w Stanach Zjednoczonych wprowadzono proponowany przez Berniego Sandersa podatek majątkowy, to Elon Musk do dziś zapłaciłby dziesiątki (a może i setki) miliardów dolarów, dokładając się do funkcjonowania państwa. Lotnym pomysłem jest obecnie promowany przez ekonomistę Gabriela Zucmana globalny minimalny podatek od majątku miliarderów, który miałby ograniczyć wyścig państw o względy najbogatszych oraz utrudnić ukrywanie fortun w rajach podatkowych.
Od wymyślenia remedium do jego zastosowania jest jednak daleka droga, a miliarderzy w rodzaju Muska, Bezosa czy Bolloré będą ze wszystkich sił walczyć o zachowanie swoich przywilejów, choćby wymagało to szczucia na mniejszości, wszczynania pogromów czy zagłodzenia setek tysięcy ludzi.
Pierwszym krokiem do przeciwstawienia się dyktatowi bogatych jest zrozumienie, że to nie pojedyncze zepsute jednostki, lecz reprezentanci całej warstwy społecznej, której istnienie samo w sobie stoi w sprzeczności z zasadą ludowej suwerenności. Demokracja opiera się na politycznej równości obywateli. Miliarderzy opierają swoją pozycję na ekonomicznej nierówności. Im większa przepaść między jednym a drugim, tym trudniej pogodzić oba porządki.





!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)
Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!