Świat

Czterdzieści trzy trupy, czy to dużo?

43 ciała w Ayotzinapie? Od 2000 roku doliczono się w Meksyku 100 tysięcy trupów.

Ayotzinapa to leżąca obok miasta Tixtla wioska w górzystym regionie stanu Guerrero na południu Meksyku. Stan Guerrero kojarzy się Amerykanom głównie z położonym na jego terenie portowym miastem Acapulco, które w latach 50. i 60. było słynnym kurortem turystycznym, gdzie wakacje spędzały takie gwiazdy jak John Wayne, Elizabeth Taylor, Frank Sinatra czy Lana Turner. Jest to jednak biedny stan, a Ayotzinapa leży w jednej z jego najuboższych części.

Najważniejszym punktem na mapie miasta jest szkoła kształcąca przyszłych nauczycieli. Zbudowano ją w 1933 roku, przekształcając kolonialną hacjendę w instytucję, której celem miało być szerzenie edukacji wśród odizolowanych, ubogich ludzi zamieszkujących wiejskie obszary Meksyku. Należała do sieci „escuelas normales” napędzanych wizją sprawiedliwości społecznej sięgającą korzeniami rewolucji meksykańskiej (1910–1920). Zadaniem tych placówek było uczenie pisania i czytania oraz uświadomienie polityczne – chodziło o wypuszczanie studentów zdolnych zmieniać potem społeczeństwo. W latach 50. szkołę w Ayotzinapa skończyli Lucio Cabanas i Genaro Vázquez, którzy w latach 60. i 70. stanęli na czele partyzanckich powstań. Szkoła do dziś szczyci się swoimi tradycjami. Na ścianach budynku widnieją murale przedstawiające Marksa i Che, a napis na wejściu głosi: „Naszym poległym braciom, którzy nie zostali pogrzebani, ale zasadzeni w ziemi, by wolność mogła kwitnąć”.

Większość radykalnej energii generowanej przez 522 uczniów (płci męskiej, między 18 a 24 rokiem życia, wśród nich wielu indiańskiego pochodzenia) idzie w samo utrzymanie szkoły. Chodziły pogłoski, że władze chcą zamknąć placówkę, podobnie jak sześć innych szkół wiejskich, pomimo tego, że prawie jedna piąta spośród 3,4 mln mieszkańców Guerrero nie umie czytać ani pisać. Uczniowie dostają na własne wydatki dniówkę w wysokości 1 peso (około 7 centów amerykańskich), a fundusze na zakwaterowanie i posiłki są skąpe.

By przetrwać, uczniowi sami sadzą rośliny jadalne, hodują kurczaki, dbają o zniszczone budynki i mieszkają w pokojach, w których nie dla wszystkich starcza łóżek.

Od czasu do czasu odwiedzają pobliskie miasta, by zbierać (do puszki) pieniądze na szkołę. Organizują też demonstracje, by pozyskać więcej funduszy i walczyć o tworzenie miejsc pracy dla absolwentów. W 2014 zmiejszono im finansowanie, co oburzyło uczniów. „Jeśli się o coś nie upomnimy, nie dostajemy nic – powiedział pewien 19-latek – same ochłapy”.

Zdarzało im się „pożyczać” autobusy od krajowych firm przewozowych. Państwo nie zapewnia wystarczającej liczby pojazdów, a droga ze szkoły do odległych górskich miejscowości, gdzie uczniowie odbywają praktyki czy prowadzą zbiórki pieniędzy, jest długa. Pewnego razu użyli autobusów do zablokowania przejazdu przez punkt opłat na autostradzie prowadzącej z Acapulco na północ do Mexico City, stolicy kraju. Podczas blokady wykrzykiwali hasła protestacyjne i kazali składać datki wściekłym kierowcom. Ponieważ autobusy zawsze były zwracane, władze właściwie zawsze tolerowały te praktyki, ku wściekłości firm, których pojazdy „pożyczali” protestujący.

W piątkowe popołudnie, 26 września 2014 roku, pod koniec drugiego tygodnia zajęć, niemal setka uczniów, w tym prawie wszyscy nowi, wyruszyło na wyprawę. Szczegóły dotyczące celu, przebiegu oraz koszmarnego finału tej wyprawy nie są do dziś znane, co jest dość niesamowite, zważywszy, że incydent szeroko komentowano w kraju i na świecie. Prawie wszystkie wersje wydarzeń są podważane – po części w związku z występowaniem klasycznego efektu Rashomona, typowego dla sytuacji, gdy zeznania świadków stoją ze sobą w sprzeczności, po części ze względu na brak kompetencji, korupcję i kłamstwa. Nie ma oficjalnej wersji dotyczącej tego, jaki los spotkał 43 spośród uczniów. Ten tekst odwołuje się do ustaleń wielu niezależnych dziennikarzy (w tym do ankiet przeprowadzonych przez Johna Giblera i Estebana Illadesa), wspomnień uczestników wyprawy, zeznań oskarżonych w tej sprawie oraz dowodów i analiz opracowanych przez organy prowadzące śledztwo. Nie jest to jednak, jak zobaczymy, jedyna słuszna relacja z tych 48 godzin.

***

20 września 2014 roku podczas zebrania uczniowie „escuelas normales” wraz z uczniami innych instytucji ustalili, że w czwartek 2 października wybiorą się w podróż do oddalonego o 240 km na północ Mexico City. Na miejscu planowali wziąć udział w dorocznej demonstracji upamiętniającej masakrę studentów podczas manifestacji w 1968 roku. Konwój miał liczyć 25 autobusów, a mieszkańcy Ayotzinapa zobowiązali się do ich „wypożyczenia”. 22 września grupa uczniów jechała położoną w dolinie drogą prowadzącą na zachód, do Chilpancingo, stolicy stanu Guerrero, położonej przy autostradzie z Acapulco do Mexico City. Tam udało im się pozyskać kolejne dwa autobusy. Podczas powrotu kolejnego dnia doszło do konfrontacji z policją federalną. 25 września uczniowie zdobyli jeszcze dwa pojazdy. Wciąż jednak potrzebowali więcej, w związku z czym następnego dnia postanowili przejąć większą jednostkę.

Zadanie miała wykonać setka nowicjuszy, którzy uczęszczali do szkoły od zaledwie dwóch tygodni – wystarczająco długo, by przejść już inicjacyjny rytuał obcięcia włosów. Grupą krótko ściętych uczniów dowodziło ośmiu doświadczonych w podobnych akcjach weteranów z drugiego i trzeciego roku. Dwa autobusy ze studentami ruszyły na północ, do miasta Iguala (liczącego 118 tys. mieszkańców). Przed przyjazdem, dowództwo z Bernardo „El Cochiloco” Floresem na czele postanowiło się rozdzielić. Jeden z autobusów skręcił na drogę prowadzącą na wschód do Huitzuco (populacja 20 tys.) i zatrzymał się w przydrożnej knajpie, popularnej wśród podróżnych zmierających do miasta Iguala. Drugi pojechał dalej na północ, zatrzymując się na chwilę przy bramkach na autostradzie, gdzie studentom udało się przejąć autokar na tablicach z Iguala. Dziesięciu uczniów wsiadło do autobusu i ruszyło w stronę terminala autobusowego w centrum, gdzie dotarli około godziny 20.00.

Tam czekały ich dwie niemiłe niespodzianki. Po pierwsze, po tym jak pasażerowie wysiedli, kierowca autobusu poszedł do biura firmy przewozowej, twierdząc, że zaraz wróci, ale nie pojawił się z powrotem. Studenci w tym czasie odkryli, że zamknął ich w autobusie. Wpadli w panikę i zadzwonili do El Chociloco, który pospieszył im na pomoc. W międzyczasie uczniowie wybili szyby i uciekli. Po drugie, miejscowa policja przywitała ich z bronią w rękach. Chwilę później pojawiły się jednak posiłki w liczbie około 50 studentów, potem dołączyło kolejnych 30, co dawało łącznie grupę liczącą 90 osób ubrojonych w kamienie. Policja wycofała się, jednak coś wisiało w powietrzu. Studenci i policja z Iguali nigdy nie byli w najlepszych stosunkach, ale raczej nie dochodziło między nimi do wymiany ognia. Uczniowie nie wiedzieli jednak (choć są na temat tego sprzeczne opinie), że tamtego dnia policja była postawiona w stan gotowości ze względu na duże organizowane w mieście tamtego dnia w okolicy stacji wydarzenie, w którym udział brał burmistrz José Luis Abarca i jego żona María de los Ángeles Pineda Villa.

***

Z burmistrzem i jego żoną nie było żartów. Abarca miał powiązania z gangiem przemytników narkotyków Guerreros Unidos (Zjednoczeni Wojownicy), który stanowił zbrojny oddział potężnej niegdyś organizacji Beltrána Levyi. Po jej rozpadzie w 2009 roku Guerreros wzięli sprawy w swoje ręce, przejmując produkcję i przetwarzanie pasty opiumowej (bazy do produkcji heroiny) oraz jej transport do Chicago w autokarach. Poza tym Guerreros Unidos zajmowali się też inną działalnością przestępczą, organizując porwania w Iguali i na terenie całego Guerrero. Zakładali maski, napadali na ludzi na ulicy i dawali im godzinę na zdobycie 1000 dolarów. Wypowiedzieli też wojnę innej grupie wywodzącej się z kartelu Beltrán Leyvi, mianowicie gangowi Los Rojos (Czerwoni), by przejąć kontrolę nad narkobiznesem w Guerrero. Ciągłe strzelaniny, w których wyniku zapełniły się masowe groby, doprowadziły do podwyższenia wskaźnika morderstw w stanie do 63 na 100 mieszkańców. Podobnie wysoki jest tylko w Hondurasie, morderczej stolicy świata.

Do powiązań Abarki z Guerreros przyczyniła się jego żona. Pineda pochodzi z rodziny dilerów – jej ojciec i trzech braci pracowali dla Beltrána Levyi w latach jej rozkwitu, poźniej dołączyli do Guerrero Warriors (bracia zginęli w potyczce gangów w 2009 roku). Policja federalna w 2010 roku postawiła Marii de los Ángeles zarzut „przestępstwa przeciwko zdrowiu” (przestępstwa powiązane z handlem narkotykami), ale cofnęła go z nieznanych powodów.

Abarca otworzył swój własny biznes – handlował drzewem sandałowym na lokalnym rynku – a jego firma odniosła wielki sukces. Korzystając z w tajemniczy sposób zebranych funduszy, stał sie potentatem na rynku nieruchomości, kupował ziemię, sklepy jubilerskie i centrum handlowe (przy wsparciu uzyskanym od Ministerstwa Obrony po intensywnym lobbyingu ze strony urzędników stanu Guerrero). W 2012 został burmistrzem mimo obaw, że wprowadzi w mieście panowanie zorganizowanej przestępczości. (Jeden z jego przeciwników został znaleziony martwy w swoim biurze kilka dni po objęciu przez Abarcę urzędu.) Nowy burmistrz na miejską listę płac wprowadził jedenaścioro swoich krewnych. Jego kuzyn Felipe Flores stanął na czele policji. Stała się ona w ten sposób gałęzią Guerreros Unidos, którzy uczynili z Iguali bazę dla swojego biznesu, dopuszczali się wymuszeń na lokalnej ludności oraz służyli jako wsparcie militarne dla burmistrza w razie potrzeby.

W maju 2013 Abarca napuścił ich na miejsowego aktywistę Arturo Hernándeza Cardonę, który zorganizował w Iguali demostrację rolników i górników. Według świadków, Abarca zlecił porwanie i tortury Hernándeza Cardony, a następnie stanął twarzą w twarz z ofiarą i powiedział: „Zadarłeś ze mną, więc będę miał teraz przyjemność cię zabić”. Chwilę później padł śmiertelny strzał. Mieszkańcy Ayotzinapa, związani z Hernándezem Cardoną, manifestowali pod ratuszem. Miejscowy biskup katolicki, Raul Vera, apelował o śledztwo. Zgłosił sprawę do organizacji na rzecz praw człowieka w USA, jednak władze uznały, że na mocy konstytucji burmistrz nie może zostać oskarżony przez prokuraturę, więc nie podjęto żadnych kroków. Bezkarność została sformalizowana. „Rzeźnicy są u władzy”, powiedział biskup Vera, trudno wskazać, gdzie kończy się państwo, a gdzie zaczyna świat przestępczy.

Jeszcze trudniejszy jest przypadek żony burmistrza. Kiedy ona i jej mąż doszli do władzy w 2012 roku, stała się, według jednego z przywódców gangu, główną postacią miejscowego półświatka. Na co dzień lubiła jednak grać wspaniałą pierwszą damę i robiła sobie zdjęcia z aktywistami na dowód swojej szlachetności. 26 września 2014 roku złożyła roczny raport ze swojej działalności jako prezeski Krajowego Programu Na Rzecz Rozwoju Rodziny. Zdaniem świadków nie marnowała żadnej okazji, by wspierać swojego męża na jego stanowisku, zorganizowała nawet specjalną akcję. Odbyła się ona na rynku, a po niej zaproszono wszystkich na imprezę. By zapewnić publiczność, sprowadziła 4 tysiące biednych ludzi, którym zapłaciła za udział i aplauz. Wydarzenie to trwało właśnie w chwili, kiedy studenci z Ayotzinapa przybyli do miasta. Pierwsza dama, będąca połączeniem Marii Antoniny z Maleficent, podejrzewała, że mieli oni zamiar zrujnować jej wielki dzień. Nazwała ich „brudasami”, „przestępcami” i „oszustami”. Potem wydała polecenie, by ich „zatrzymać i dać im nauczkę”.

***

W tym samym czasie setka studentów zgromadzona na terminalu porzuciła autobus z wybitą szybą i przejęła dwa inne. Ponieważ wiedzieli, że policja wróci, postanowili natychmiast uciec z miasta. Konwój złożony z czterech pojazdów jechał na północ, przeciskając się między samochodami w stronę Civic Plaza (To dziwne, że autobusy nie skręciły w lewo w ulicę Eutimio Pinzón, potem znów w lewo w aleję generała Álvaro Obregóna, a następnie na południe w stronę autostrady, wybierając w zamian zatłoczone i niebezpieczne centrum. Być może wybór ten był kwestią konieczności. Łatwo jest oceniać sytuację z dystansu, nie będąc uczestnikiem trudnych wydarzeń.) Wygląda na to, że studenci próbowali skręcić w prawo tuż przed placem i pojechać na wschód w stronę wjazdu na periférico, czyli obwodnicę, która zaprowadziłaby ich z powrotem do Ayotzinapa. Udało się to tylko jednemu z autobusów, zanim policyjne samochody zablokowały okolicę. Pozostałe trzy, by dotrzeć do autostrady, musiały jechać dalej prosto, przez plac, gdzie odbywało się zgromadzenie. Policja ruszyła w pogoń, strzelając w powietrze, aż wreszcie odcięła autobusom drogę.

Policjanci zaczęli oddawać śmiertelne strzały. Wspierały ich posiłki wysłane przez posterunek z pobliskiego miasta Cocula, który również pozostawał pod kontrolą Guerreros Unidos. Dodatkowo pojawiły się dwa nieoznakowane samochody z zamaskowaną, ubraną na czarno załogą (byli to najprawdopodobniej członkowie Guerreros) wyposażoną w broń półautomatyczną. Kilku studentów zginęło, kilku zostało rannych, a 25–30 (głównie tych z ostatniego autobusu) otoczono i zapakowano do policyjnych wozów.

Pozostali uciekli w poszukiwaniu schronienia. Kilku przygarnęli mieszkańcy – pewna starsza kobieta przyjęła grupę do siebie, kolejną zaopiekował się jakiś mężczyzna. Reszta nie otrzymała pomocy. Grupka uczniów zaniosła rannego do pobliskiej kliniki. Lekarz miał zadzwonić po karetkę, ale zadzwonił po wojsko. W Iguali stacjonował 27 Batalion Piechoty. Jego zadaniem było między innymi zwalczanie Guerreros Unidos, ale nie wychodziło mu to najlepiej. Koło północy żołnierze pojawili się w pełnym rynsztunku, przyparli studentów do ściany, wzięli ich dane, sfotografowali, skonfiskowali telefony i zagrozili oddaniem w ręce policji, mówiąc: „Skoro mieliście jaja, by tak namieszać, to teraz miejcie je, by za to zapłacić”. W końcu jednak puścili ich wolno.

Ci studenci mieli więcej szczęścia niż ich kolega Julio César Mondragón, znany jako „El Chilango”. Pochodził z Mexico City, co było rzadkością wśród mieszkańców Ayotzinapa. W nocy został porwany przez niezidentyfikowane osoby. Torturowano go, wykłuto mu oczy, zdarto skórę z twarzy, potem zastrzelono, a ciało porzucono na ulicy.

***

W międzyczasie, autobus, któremu udało się odjechać, spotkało to samo, co trzy pozostałe. Policja odcięła mu drogę tuż przed wjazdem na autostradę i zaczęła strzelać. Niektórzy studenci krzyczeli, że nie są przestępcami, przekonani, że zostali wzięci za kogoś innego. Otrzymali odpowiedź: „Nie obchodzi nas to!”. Inni zbierali kamienie, by nimi rzucać, ale na widok patrolu uciekli. Po drodze dwóch zginęło, kilku zostało rannych, a około 10 wpakowano do policyjnych samochodów.

W innej części miasta w tym samym czasie policja ostrzelała autobus wiozący nastolatków, w przekonaniu, że to chłopcy z Ayotzinapa. Byli to jednak piłkarze z Chilpancingo, którzy grali przeciwko drużynie z Iguali, a po wygranym meczu wracali do domu, by świętować. Dwie osoby zginęły (kierowca i jeden z pasażerów), a kilka zostało rannych. Policja po odkryciu pomyłki zadzwoniła po karetkę.

Do tego momentu z jej rąk zginęło już łącznie sześć osób, a 23 zostały ranne.

***

Podczas całego tego zamętu do Ángela Aguirre, gubernatora stanu Guerrero, bezustannie dzwonili urzędnicy, zdając mu sprawę o kolejnych strzelaninach w Iguali. Nie wiadomo, czy gubernator rozmawiał z burmistrzem, ale na pewno rozmawiał z jego żoną (z którą podobno miał romans; Pineda przekazała także pieniądze na jego kampanię). W końcu Aguirre postanowił nie interweniować gdyż, jak twierdził, nie leżało to w jego gestii.

Burmistrz twierdził, że tamtego wieczoru był poza zasięgiem i z nikim nie rozmawiał. Podobno kiedy usłyszał o starciach ze studentami, polecił jedynie policji nie reagować na „prowokacje”. W czasie strzelaniny Abarca miał być zajęty uczestnictwem w wydarzeniu organizowanym przez jego żonę. „Tańczyłem”, powiedział, zanucił nawet piosenkę, do której rzekomo tańczył. W nocy podobno smacznie spał. Tymczasem tak naprawdę on i Pineda cały czas uczestniczyli w akcji. On wykonał 10 telefonów, a ona 25, ostatni z nich zarejestrowano o godzinie 3.00 nad ranem.

Kolejną osobą zaangażowaną w starcia był Gildardo „El Cabo Gil” López, druga najważniejsza postać w Guerreros Unidos, powiązana z policją w miastach Iguala i Cocula. El Cabo Gil kazał wysłać zatrzymanych studentów do swojego domu w Loma del Coyote, miasteczku położonym na zachód od Iguali, przy drodze do Cocula. Kontaktował się też z przywódcą Guerreros Unidos, Sidronio Casarrubiasem Salgado. Wysłał mu wiadomość o treści „Los Rojos nas atakują”, jeszcze bardziej komplikując i tak już złożoną sytuację. El Cabo Gil był szczególnie wyczulony na możliwy atak Los Rojos, ponieważ jego ojciec został zabity przez członków tego gangu. Trudno jednak dociec, skąd mogło mu to wtedy przyjść do głowy, ponieważ policja, z którą się kontaktował, nie miała żadnych tego typu podejrzeń.

W każdym razie Casarrubias odpowiedział: „Zatrzymaj ich za wszelką cenę”.

Kontrola nad operacją została więc przekazana gangsterom. Policja przywiozła dwie grupy uczniów – trzydzieścioro z przejętego konwoju i dziesięcioro aresztowanych podczas konfrontacji. Studenci byli związani i upakowani w bagażnikach pick-upów – Nissana Estaquita i 3,5-tonowego Forda. Leżeli jeden na drugim, większość na pace Forda, pozostałych pięciu w Nissanie. Samochody otoczone eskortą szesnastu motocyklistów pojechały do miasta Cocula, gdzie skręciły w polną drogę prowadzącą na wysypisko śmieci, gdzie dotarły między 00:30 a 1:00 w nocy. Padał lekki deszcz – przez noc nie spadło go więcej niż 7 mm – i było ciemno, jedynym oświetleniem były światła samochodów.

Szesnastu gangsterów wywlokło studentów z aut w pobliżu brzegu wąwozu. Około piętnastu studentów umarło po drodze, najprawdopodobniej udusili się. Pozostałych trzydziestu krzyczało i wyło. Zostali oni, zgodnie z zeznaniami napastników, „przesłuchani”. Guerreros chcieli wiedzieć, czy studenci mieli powiązania z Los Rojos. Przesłuchiwani zaprzeczali, póki jeden z nich nie złamał się w obliczu bicia i tortur, wywołując tym samym serię śmiertelnych strzałów. Wydarzyło się to około 2.00 w nocy. Nie ma pewności, co do tego, czy wszyscy studenci zginęli przed ostatnim etapem akcji, można mieć jedynie taką nadzieję.

Ciała wrzucono do wąwozu, gdzie spoczęły warstwami, jedne na drugich. Następnie oblano je benzyną i podpalono. Płonęły aż do popołudnia 27 września, przez mniej więcej 15 godzin, razem ze wszystkim, co znajdowało się w dole – papierkami, plastikiem, konarami drzew, oponami.

Benzyny wciąż dolewano. W końcu został z nich tylko popiół. „Nigdy ich nie znajdą” – napisał El Cabo Gil do Casarrubiasa. […]

***

Historia chłopców z Ayotzinapa wstrząsnęła Meksykiem. Kraj ogarnęła fala demonstracji. Szczególnie oburzeni byli studenci, zszokowani losem rówieśników, ale solidarność z nimi wyrażali również artyści, aktorzy, pisarze, prawnicy i członkowie innych grup zawodowych. Głos w sprawie zabrali biskupi katoliccy (oraz papież Franciszek). Przez sześć długich tygodni, które minęły od masakry do rozwiązania jej zagadki, nadzieja gasła, a rósł gniew, a wraz z nim narastała furia protestujących przeciwko lokalnym, stanowym i federalnym władzom. Nie tylko niektórzy politycy, ale całe partie zostały zdyskredytowane. Największa lewicowa partia opozycji, Partia Rewolucyjno-Demokratyczna, straciła zaufanie, ponieważ Abarca i Aguirre startowali z jej list. Rządząca Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna Peny Nieto spotkała się z atakami w związku ze swoją nieudolnością w zakresie walki z przestępczością. […]

Mimo wszystko taka reakcja jest nie do końca zrozumiała. […] 43 ciała? Od 2000 roku doliczono się w Meksyku 100 tysięcy trupów. Masowe groby? Leżą w nich zapewne dziesiątki tysięcy ludzi uznanych za zaginionych. Koszmarne egzekucje? Prawie 2 000 ze wspomnianych 100 zginęło wskutek dekapitacji.

Skąd więc to poruszenie? Po części to zasługa determinacji rodziców, którzy nie chcieli pozwolić na to, by pamięć o tych wydarzeniach przepadła wśród innych okropności. Po części to kwestia poprzedzającej tę masakrę serii nadużyć – przerzutów toczącego kraj raka korupcji i przestępczości, których ludzie mieli już dość. „Jesteśmy wściekli nie z powodu tego jednego wydarzenia” – powiedziała jedna z demonstrujących po morderstwie na studentach. „Wiele z nas ma dzieci, a w tym kraju dzieje się mnóstwo okropieństw, którym chcemy się przeciwstawić”. […]

***

Amerykanie zdają sobie pewnie sprawę, że w USA zażywa się ogromne ilości pochodzących z Meksyku nielegalnych narkotyków – kokainy, heroiny, marihuany i metamfetaminy. Niektórzy wiedzą też, że znaczna część broni używanej w porachunkach pomiędzy meksykańskimi kartelami napływa z USA. Ale mało kto rozumie, w jak dużym stopniu obecna sytuacja związana jest z wysokim popytem na narkotyki w Ameryce Północnej przy jednoczesnym zakazie ich zażywania. Podobnie jak prohibicja alkoholowa z 1919 roku, wraz z ogromną korupcją i niewydolnością systemu prawnego, przyczyniły się do rozwoju przestępczości zorganizowanej, tak zakaz zażywania narkotyków z 1914 (którego, w przeciwieństwie do prohibicji alkoholowej, nigdy nie zniesiono) sprowokował powstanie w Meksyku przemysłu narkotykowego, który generuje ogromne zyski, którymi z kolei nietrudno przekupić polityków i władze.

Meksyk nie był bezbronną ofiarą. Potężne organizacje zarabiały wielkie pieniądze na zaopatrywaniu białych w zakazane substancje.

Gdy Amerykanie postanowili zatrzymać przepływ narkotyków przez granicę z Meksykiem, wybuchła meksykańska wojna narkotykowa, w której życie straciły dziesiątki tysięcy Meksykan i która doprowadziła do eksplozji korupcji i przestępczości.

Jak USA i Meksyk mogłyby zmienić kierunek wydarzeń ich przyszłej historii? Gniew, który wywołała historia studentów, i związana z nim determinacja Meksykan do wprowadzenia fundamentalnych zmian, powinny skierować się nie tylko w stronę koniecznych zmian w systemie politycznym, gospodarczym i prawnym, ale też przyczynić się do położenia kresu przestarzałemu trybowi kryminalizacji, który jest w dużej mierze odpowiedzialny za obecną sytuację.

Brooklyn/Coyoacán

styczeń 2015

przeł. Dominika Dymińska

Fragment wstępu do książki Carmen Boullosy i Mike’a Wallace’a „A Narco History. How the United States and Mexico jointly created the „Mexican Drug War“. Tytuł i skróty pochodzą od redakcji.

Czytaj także:
Artur Domosławski, Czy władze Meksyku rządzą za pomocą karteli?

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Zamknij