Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Kultowe, czyli nienowe. Dlaczego polska muzyka boi się przyszłości?

Zamiast nieustających „nawiązań do klasyki” chciałbym usłyszeć płytę, która za 30 lat sama stanie się klasyką. Bo ci wszyscy „kultowi” artyści, zanim się tacy stali, nie byli do nikogo podobni i właśnie dlatego ich pamiętamy.

Portrait of a young man with glasses and a pink hoodie beside a scattered collection of musical instruments (guitar, violin, saxophone, keyboard, accordion) on a green background.
Walka

Trudno nie odnieść wrażenia, że polska muzyka coraz częściej zagląda do własnego archiwum. Kasia Lins zdobyła w tym roku trzy Fryderyki za Obywatelkę K.L., album złożony z coverów solowych piosenek Grzegorza Ciechowskiego. Media wychowane na Trójce zachwycały się, że oto ktoś godnie niesie jego kultowe dziedzictwo, i trudno się dziwić. Dla części z nich historia polskiej muzyki skończyła się mniej więcej w tym samym 2001 roku, w którym zmarł Ciechowski.

Mery Spolsky zapowiada płytę z utworami Kontroli W. i Kosmetyki Mrs. Pinki. Na OFF Festivalu usłyszymy projekt poświęcony Nowej Aleksandrii Siekiery. Co chwilę pojawiają się koncerty poświęcone „kultowym” płytom, jubileuszowe trasy i kolejne projekty budowane wokół repertuaru sprzed 30 czy 40 lat.

Czytaj także Punk kobiet to ważny fragment historii polskiej kultury. Nie tylko dla mnie Przemysław Stefaniak rozmawia z Magdaleną Czubaszek

Wygląda na to, że przez kilka najbliższych lat polska muzyka będzie czerpała z brzmienia rodzimej nowej fali lat 80. Coraz więcej artystów znajduje inspirację nie w tym, co wydarzy się jutro, ale w tym, co zdarzyło się kilka dekad temu. Nawet gdy powstaje coś nowego, najłatwiej opowiedzieć o tym przez porównanie do płyt, które wszyscy już znamy. Jakby przeszłość stała się najbezpieczniejszym językiem, jakim można dziś mówić o muzyce.

I nie chodzi tylko o artystów. Publiczność też zdaje się chętniej kupować bilet na sentyment niż na niespodziankę. Czy przeżywamy renesans muzyki lat 80., czy po prostu coraz trudniej wymyślić coś, co nie przypomina tego, co już kiedyś słyszeliśmy?

„Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem”

Można oczywiście machnąć ręką i powiedzieć, że starsze pokolenie po prostu lubi muzykę swojej młodości. Tylko że wtedy trzeba byłoby zignorować liczne oznaki wskazujące, że nie jest to cała prawda. Nostalgia od dawna jest jednym z najlepiej sprzedających się produktów popkultury. Nie od 2026 roku i nie od czasów pandemii. To proces, który trwa od co najmniej dwóch dekad i z każdą kolejną wydaje się tylko przyspieszać.

Hollywood od lat żyje remake’ami i sequelami. Disney zamiast wymyślać nowe bajki odhacza kolejne wersje własnych, minionych hitów. Marvel recyklinguje bohaterów, zmieniając tylko kostiumy i obsadę. Netflix z uporem reaktywuje seriale, które powinny już umrzeć śmiercią naturalną. W muzyce wróciły winyle i kasety, a lustrzanki ustąpiły miejsca filtrom udającym Polaroida.

Czytaj także Giscardpunk, czyli nostalgia za państwowym interwencjonizmem Artur Troost

Nie chodzi tylko o estetykę. Stare rzeczy mają nad nowymi jedną przewagę: już wiemy, co przy nich czuliśmy. Kilka dźwięków syntezatora, okładka płyty albo logo stylizowane na „vintage” z lat 00 potrafią uruchomić więcej emocji niż najbardziej dopracowana premiera. Ludzki mózg lubi wracać do melodii, które już zna. Zwłaszcza wtedy, gdy świat wokół zmienia się szybciej, niż jesteśmy w stanie za nim nadążyć.

Ten zwrot w stronę przeszłości nie jest polskim wynalazkiem ani chwilową fanaberią muzyków. Polska scena po prostu robi to samo, co od dawna robi cała popkultura: coraz częściej zamiast ryzykować spotkanie z czymś nieznanym wybiera komfort powrotu do czegoś, co już raz zadziałało.

Człowiek, który sprzedał ziemię

Nie mam nic przeciwko coverom, bo musiałbym skreślić sporą część historii muzyki. Artyści od zawsze grali cudze piosenki. Czasem dlatego, że chcieli oddać komuś hołd. Czasem dlatego, że w starym utworze słyszeli coś, czego wcześniej nikt nie wydobył. Czasem zwyczajnie dlatego, że dobra piosenka jest jak dobry scenariusz – można ją opowiedzieć na wiele sposobów.

Pamiętam swoje zaskoczenie, kiedy odkryłem, że The Man Who Sold the World nie jest utworem Nirvany. Tata puszczał mi ich MTV Unplugged I dla mnie to był numer Kurta Cobaina. Dopiero po latach usłyszałem oryginalną wersję (o której myślałem, że jest coverem) Davida Bowie. Przez pół życia tkwiłem w błędzie i, co ciekawe, nie tylko ja. Dla całego pokolenia ten utwór został na nowo zapisany w muzycznej pamięci. Po prostu Nirvana opowiedziała tę piosenkę po swojemu i zrobiła to tak przekonująco, że wielu słuchaczy nawet nie zadawało sobie pytania, skąd ona się wzięła.

Takich przypadków jest mnóstwo. Hurt wielu osobom kojarzy się bardziej z Johnnym Cashem niż z Nine Inch Nails. Jeff Buckley sprawił, że Hallelujah dostało drugie życie. Muzyka od zawsze krążyła między wykonawcami. Jedne wersje znikały, inne zostawały z nami na lata.

Dlatego mam świadomość, że nie mamy mody na covery. Ona istniała od zawsze. Zmieniło się raczej coś innego. Kiedyś cover był dodatkiem do twórczości. Pojawiał się na koncertach, trafiał na stronę B singla albo był jednorazowym eksperymentem. Nawet jeśli stawał się większym hitem niż oryginał, nikt nie budował wokół niego całej kariery. Dzisiaj coraz częściej wygląda to inaczej: powstają całe albumy z reinterpretacjami. Festiwale zamawiają projekty poświęcone jednej płycie sprzed 40 lat. Kolejne rocznice stają się pretekstem dla nowych tras koncertowych, nowych wydań i nowych odsłon tych samych utworów.

Mam wrażenie, że nie chodzi już o pojedyncze piosenki. Zaczynamy specjalizować się w odświeżaniu własnej historii. Interesujący jest nie sam fakt, że ktoś śpiewa cudzy utwór, ale to, że coraz więcej energii, pieniędzy i uwagi kierujemy na muzykę, którą już dobrze znamy.

Retro? AI robi to lepiej

okładka książki Marcina Lesickiego "Wznieciliśmy mrok. Historia mówiona polskiej sceny metalowej w latach 80. i 90."

Coś jednak się zmieniło. Nie same covery, tylko koszt ich tworzenia. Jeszcze niedawno reinterpretacja była przedsięwzięciem. Trzeba było znaleźć własny pomysł, muzyków, wejść do studia, poświęcić czas na aranżację i zaryzykować, że słuchacze powiedzą: „oryginał był lepszy”. Nawet jeśli ktoś sięgał po cudzy utwór, musiał do niego coś dołożyć. Dzisiaj wystarczy wpisać kilka słów:

„Przerób ten numer na synth-pop z lat osiemdziesiątych.”
„Zrób go w stylu Republiki.”
„Niech brzmi jak operetka.”

W tym miejscu muszę się zresztą przyznać do czegoś wstydliwego. Zakochałem się w zrobionej przez AI przeróbce utworu Blueface, który w oryginale wykonuje Kaz Bałagane. I szczerze? Do dziś nie wiem, jak brzmi oryginał. Pierwszą wersją, jaką usłyszałem, była internetowa przeróbka zmieniająca ten numer w operetkę. I uważam, że to jedna z najzabawniejszych rzeczy, jakie przydarzyły się polskiej muzyce od momentu, gdy Bracia Figo Fagot postanowili dać z siebie 30 procent i stworzyć najlepsze albumy w historii polskiej muzyki ironicznej.

Ktoś może powiedzieć, że to nieuczciwe porównanie. Że Kasia Lins czy Mery Spolsky nie wpisują promptu do generatora, tylko spędzają miesiące nad aranżacjami. I to prawda – między albumem a memem z AI jest przepaść. Tylko że sztuczna inteligencja odebrała nam złudzenie, że sam styl ma jeszcze dużą wartość. Bo dzisiaj każdy może wziąć dowolny utwór, wrzucić go do generatora i po kilkudziesięciu sekundach dostać coś, co przynajmniej na pierwszy rzut ucha przypomina wybraną estetykę. Dostać wersję niedoskonała, czasem karykaturalną, ale wystarczająco dobrą, żeby uświadomić sobie, że samo brzmienie nigdy nie było tym, co w muzyce najcenniejsze.

Jeżeli komputer potrafi odtworzyć charakterystyczny styl w minutę, to coraz mniej imponuje mi fakt, że kolejny artysta potrafi zrobić to samo w studiu przez pół roku. Coraz bardziej interesuje mnie, czy za tym brzmieniem stoi pomysł, którego nie da się wygenerować. Czy jest tam zdanie, emocja albo melodia, której za pięć lat ktoś będzie chciał posłuchać nie dlatego, że przypomina lata 80., ale dlatego, że brzmi jak rok 2026.

Mało alternatywna alternatywa

Polska alternatywa przestała patrzeć przed siebie. Kiedyś to właśnie ona miała być miejscem, gdzie rodzą się dziwne, niebanalne pomysły. Gdzie można było nagrać płytę, która podzieli publiczność, zirytuje krytyków i sprzeda się w śmiesznie małym nakładzie, ale za kilka lat okaże się, że wyprzedzała swoje czasy.

A teraz gramy Ciechowskiego albo Nową Aleksandrię. Wracamy do płyt, które od dawna mają swoje miejsce w historii. Nagradzamy albumy, które nie wprowadzają nic nowego. Brzmi to trochę tak, jakby alternatywa zaczęła pełnić funkcję muzeum. Czym właściwie różni się dziś alternatywa od tradycyjnych instytucji kultury? Jedni odnawiają zabytkowe kamienice, drudzy odnawiają płyty sprzed 40 lat. Jedni dbają o pamięć historyczną, drudzy o pamięć muzyczną. Wolałbym jednak, żeby muzyka nie polegała na muzealności, a na awangardzie.

Czytaj także Nie róbcie podkastów, zakładajcie zespoły! Przemysław Stefaniak

Media dokładają do tego swoją cegiełkę. Znacznie łatwiej napisać, że ktoś jest „nowym Ciechowskim”, niż zaryzykować stwierdzenie, że właśnie pojawił się artysta, którego jeszcze nie umiemy do nikogo porównać, albo (parafrazując dziennikarza Jona Landau) powiedzieć: „ujrzałem przyszłość polskiej muzyki, jest to XYZ”. Porównania są wygodne. Dają słuchającym punkt zaczepienia. Problem w tym, że z czasem zaczynają działać jak instrukcja obsługi. Słuchamy nowej płyty nie po to, żeby odkryć coś nieznanego, tylko żeby sprawdzić, ile w niej Maanamu albo innego „kultowego” zespołu.

A przecież kiedyś ci wszyscy artyści nie byli do nikogo podobni. To dlatego dziś się ich pamięta. Nie dlatego, że dobrze odtwarzali swoich poprzedników, ale dlatego, że sami stali się punktem odniesienia. I trochę szkoda, że współczesna alternatywa zamiast tworzyć własną epokę zadowala się tym, że jest kustoszem minionej.

Przeboje tylko dla oldboyów?

Łatwo napisać: przestańcie nagrywać covery. To jednak byłoby trochę nieuczciwe, bo nowa muzyka nadal powstaje. Istnieje mnóstwo świetnych płyt, których nikt nie słucha, bo algorytm ich nie podsunie, radio ich nie zagra, a wytwórnia nie wyłoży pieniędzy na promocję. Artyści, którzy robią rzeczy nowe, są niszowi, a niszowych artystów nie opłaca się pokazywać.

Czytaj także Pan Bóg zatkał im ucho. Lazaret starszych panów Jacek Podsiadło

Łatwiej sprzedać sentyment niż ciekawość. Łatwiej przekonać słuchacza do płyty, o której można napisać: „nawiązuje do”, niż do debiutanta, którego nie da się porównać do nikogo. Łatwiej zorganizować trasę z okazji czterdziestolecia albumu niż wyłożyć na koncerty zespołu, którego nazwę za rok wszyscy mogą zapomnieć. To działa jak każda inna gałąź przemysłu. Hollywood od lat odgrzewa stare marki, bo łatwiej sprzedać bilet na coś znajomego.

Muzyka zaczyna więc grać według tej samej instrukcji. Bierzesz płytę, która już raz odniosła sukces. Odkurzasz ją. Zapraszasz znane nazwiska. Wszyscy są zadowoleni. Publiczność ma łezkę w oku, media mają gotowca, a wytwórnia ma produkt, który sam się reklamuje.

Od odkurzania starych płyt nie pojawi się jednak nowa, kultowa postać. Najlepsi artyści lat minionych też wydawali się wtedy dziwaczni, niepodobni do nikogo, razili swoją nowością. Dlatego zamiast kolejnego projektu grania „klasyki” wolałbym usłyszeć płytę, która za 30 lat sama stanie się klasyką. Taką, którą ktoś kiedyś będzie chciał zagrać od nowa.

Bo jeśli największym marzeniem współczesnej alternatywy jest dodać kolejny przypis do historii polskiej muzyki, to ta historia będzie coraz grubsza, ale zacznie w niej brakować nowych rozdziałów.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x