Elizabeth O’Connor, Jeśli nie wolno nam śpiewać, przeł. Kaja Gucio, Wyd. Cyranka 2026
Oto wyspiarski rok. Najpierw słońce, najpierw wiosna obrastająca ptactwem. Ptaki porzucają wyspę na pastwę szarej zimy i powracają, gdy ziemia wypuszcza pędy.
Bezimienna wyspa u wybrzeży Walii, rok 1938, mieszka na niej kilkadziesiąt osób. Autorka inspirowała się podobnymi brytyjskimi wyspami – dziś wyludnionymi lub prawie wyludnionymi. Nieprzyjazna przyroda – piękna, ale też groźna i budząca szacunek. Morze, uderzające o klify fale, wiatry i deszcze, ptaki. Opisana z miłością przez autorkę, z wyraźną nutą melancholii. Trudne życie jej mieszkańców, rybaków, poławiaczy homarów, hodowców owiec. Ich stroje i zachowania są nawet wtedy jakby przeniesione z wcześniejszych czasów. Edukacje zapewniają zakonnice, które czasem przypływają na wyspę na kilka miesięcy. Osiemnastoletnia Manod jest jednak niezwykle zdolna, dobrze mówi i pisze po angielsku, jej młodsza siostra, którą opiekuje się po śmierci ich matki, odmawia nauczenia się tego języka, mówi tak jak wyspiarze – po walijsku.
Morze wyrzuca na brzeg martwego wieloryba (angielski tytuł to Whale Fall), główny symbol powieści. Wieloryb budzi współczucie, podziw, dzieci przystrajają go i tworzą związane z nim zabawy, ale wieloryb się rozkłada, powoli znika jak tutejsza społeczność i kultura. Ostatecznie jego szczątki zostaną zutylizowane przez wojsko.
Drugim ważnym wydarzeniem jest przybycie pary badaczy z lądu. Chcą oni opisać miejscowe zwyczaje, nagrywają (fonograf) miejscowe legendy, robią zdjęcia, bywa, że pozowane i fałszujące rzeczywistość, ale mają pomóc dobrze sprzedać ich badania i książkę. To, co tworzą, bardziej odpowiada ich wyobrażeniom o wyspie niż rzeczywistości (to znany problem relacji między antropologami a badanymi społecznościami). Wykorzystują mieszkańców, także Manod, którą zatrudnili jako swoją asystentkę. Składają jej złudne obietnice opuszczenia wyspy. Dziewczyna chce uciec, ale jest też przywiązana do ojca i siostry, jest tutejsza, tu zna każdą ścieżkę i roślinę, wszystkich mieszkańców.
Powieść kończy praktykowany się w okolicach Nowego Roku tradycyjny rytuał Mari Lwyd (naszym odpowiednikiem może być chodzenie z turoniem). Ukryte pod prześcieradłami osoby niosą czaszki koni ozdobione wstążkami. Odwiedzają kolejne domy, zadając zagadki, wnosząc chaos, zbierając jedzenie i przynosząc szczęście na następny rok. Na koniec sześciu mężczyzn niesie czaszkę wieloryba…
Wyspiarski świat się kończy, dawne tradycje zderzają się z nieuchronnymi zmianami. Niedługo zacznie się wojna.
Nelio Biedermann, Lazar, przeł. Danuta Fryzowska, Marginesy 2026
Na skraju ciemnego lasu wciąż leżał śnieg dogasającego stulecia, kiedy Lajos von Lazar, przezroczysty chłopiec o błękitnych oczach, po raz pierwszy ujrzał człowieka, którego nawet po jego śmierci będzie uważać za swojego ojca.
Przezroczysty chłopiec, tak przezroczysty, że można zobaczyć wszystkie jego narządy wewnętrzne, to niezłe na początek – bajki?, czegoś z gatunku realizmu magicznego? Niestety z wiekiem stał się po prostu bardzo bladym chłopcem o jasnych włosach, a potem mężczyzną, czasami porównywanym do Drakuli. Nie miał w sobie jednak nic z Drakuli, ale coś z widma – o niepewnym pochodzeniu (zbyt podobny do stajennego), słaby i wrażliwy, wycofany, melancholijny, jakby nie istniał w pełni. Przychodzi na świat w zamku węgierskiej arystokracji, w środku głębokiego lasu. Bywa, że ci, którzy do tego lasu wejdą, już nie znajdą drogi powrotu albo wrócą odmienieni, niespełna rozumu.
Lajos odziedziczy zamek i inne dobra, będzie nimi – do czasu – dobrze zarządzał, doczeka się dzieci, ale i tak od początku jest symbolem schyłku, upadku, historii, która dobiega końca. Wiek XX to – wiecie przecież – I wojna, upadek cesarstwa habsburskiego, traktat w Trianon (bardzo bolesny dla powstającego węgierskiego państwa), faszyzm, II wojna, Holocaust (do którego może i wbrew sobie, ale jednak Lajos dołoży rękę), stalinizm, powstanie węgierskie 1956. I tutaj pożegnamy Lajosa, który pozostanie w Budapeszcie, a jego dzieci uciekną do Szwajcarii.
Nelio Biedermann jest szwajcarskim pisarzem, którego dziadek uciekł z komunistycznych Węgier, bardzo młodym, urodził się w 2003 roku. Historia upadku rodziny, całej klasy społecznej, literatura niemieckojęzyczna, no i ten młody wiek – trudno nie pomyśleć o Buddenbrookach Manna, zadziwiająco młodego, kiedy pisał swoją sagę.
Zostawmy na boku talent literacki. Lazar nie jest arcydziełem, ale ma bardzo piękne momenty. Jednak różnice między tymi książkami, tak mi się wydaje, sporo mówią o książce Szwajcara. Mann o upadku tradycyjnego mieszczaństwa pisał z wnętrza świata, który dobrze znał i miał też zaplecze kulturowe, jakie w tym czasie było udziałem wykształconego przedstawiciela jego klasy – greka, łacina, kultura klasyczna, muzyka Wagnera, niemiecka filozofia i historia. Biedermann co prawda studiuje germanistykę (oraz filmoznawstwo), ale są to już inne studia, nie chodzi o to, że gorsze, ale inne. I chociaż Lazar odwołuje się jakoś do historii jego rodziny, to oczywiście nie są to jego obserwacje ani rezultat pogłębionych studiów nad epoką.
Inspiracją były raczej przekazywane opowieści i anegdoty, zdjęcia. Wszytko to zaś wpisuje się w szkielet powszechnie znanej narracji historycznej. Szkielet ten autor wypełnia postaciami, które bywają dziwaczne, popadają w depresję albo szaleństwo, popełniają samobójstwa, kochają romantycznie, zdradzają praktycznie – dopóki historia nie nauczy ich, jak realnie i na co dzień walczyć o byt.
Przed wojną było trochę jak w bajce czy gotyckiej powieści. Wojna to wstydliwy sojusz z Hitlerem, ale w końcu przychodzą sowieci, rabują i gwałcą. Po wojnie mieszkańcy zamków muszą pracować fizycznie, bajka się skończyła. Wymarzona wolność jest na Zachodzie. Nie chodzi o jakiś rewizjonistyczny zamach na tę narrację, chciałam tylko powiedzieć, że jej dramaturgia sama w sobie wciąż działa. I autor z tego korzysta.
Powieść niezbyt długa, szybko się czyta, nie nudziłam się i chociaż inspirowana jest rodzinną historią, nie jest kolejną młodzieńczą autofikcją – nie lekceważyłabym tych zalet. O’Connor to też dość młoda pisarka, urodziła się Birmingham w 1991 roku, choć nazwisko wskazuje na irlandzkie korzenie. Nie wiadomo, skąd wzięło się jej zainteresowanie codziennym życiem w XIX i XX wieku na wyspach Balsket, Bardssey, Aran i St Kilda. Ta fikcyjna wygląda jednak bardzo prawdziwie ze swoją przyrodą i codziennym życiem.
Ale równie ważne albo ważniejsze są symbolika, nastrój i emocje. Badacze z Londynu tworzą swój obraz wyspy i wiemy, że nie można im zaufać, chociaż zebrali dużo wartościowego materiału. Narracji powieściowej wierzymy, ale przecież jest też tylko jednym z możliwych spojrzeń na mikrohistorię. Autentyzm Lazara jest bardziej pochodną tej dużej historii (dużego, martwego wieloryba) niż sugestywności tych mniejszych. Ale one też mają swój urok.



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)


Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!