Becky Manawatu, Auē, przeł. Mikołaj Denderski, Wyd. Bo.wiem 2026
Taukiri i ja przyjechaliśmy tu autem Toma Aikena.
Pożyczyliśmy je, żeby przewieźć moje wszystkie rzeczy. Tom Aiken pomagał. Wuj Stu nie. Teraz tu był mój dom.
Rodzice Āramy i Taukiriego nie żyją. Taukiri odwozi siedmioletniego brata do cioci i nieudanego wujka, który nigdy nie zaakceptuje siostrzeńca, a żonę bije, sam zaś z deską surfingową na dachu samochodu rusza przed siebie. Bardziej ucieka niż czegoś lub kogoś szuka. Tym razem jesteśmy w Nowej Zelandii.
Zanim o książce, kilka informacji, bo to nie ta Nowa Zelandia, którą znacie z plenerów do Władcy Pierścieni. Bywa też brudna, biedna i niebezpieczna. Autorka ma mieszane korzenie maorysko-europejskie, ale jednoznacznie identyfikuje się jako Maori. W powieści znajdziecie dużo wyrażeń z tego języka, które zgodnie z zamierzeniem autorki nie są tłumaczone, przeważnie da się je zrozumieć z kontekstu, część z nich weszła do nowozelandzkiej potocznej angielszczyzny (na końcu jest jednak słownik).
Nowa Zelandia była kolonią brytyjską i jak to w koloniach – najpierw spisano umowę, której nie przestrzegano, później zabierano ziemię krajowcom, co doprowadzało do wojen, w szkołach wymagano posługiwania się językiem angielskim, a za użycie rodzimego karano.
Do roku 1970 język maori znalazł się na skraju wyginięcia. W latach 70. ruchy aktywistów maoryskich zaczęły walczyć o jego przywrócenie, od 1987 roku maori jest drugim urzędowym językiem Nowej Zelandii. W latach 90. zaczął się proces wypłacania rekompensat i zwrotów ziemi strukturom plemiennym, które czasami całkiem skutecznie nimi zarządzają, Maori – ok. 20 proc. społeczeństwa – mieli stać się pełnoprawnymi obywatelem państwa, ale jak wiemy, dziedzictwa kolonializmu, prześladowań i dyskryminacji nie da się łatwo wymazać.
Auē to w języku Maori zawodzenie, okrzyk wyrażający cierpienie i w powieści Manawatu pojawia się wiele nadal aktualnych i bolesnych problemów. Przede wszystkim przemoc w rodzinie wobec kobiet i dzieci. Bieda. Alkoholizm i uzależnienie od narkotyków. Gangi maoryskie, które w powieści nie są jakimiś dobrze zorganizowanymi przestępczymi strukturami, to raczej grupy uzależnionych mężczyzn parających się drobną dilerką i nieznających innego sposobu wyrażania emocji niż przemoc. Nadal też Maori spotykają się rasizmem, czują się wykluczeni, nie mogą znaleźć pracy.
Ale są też dobre panie z opieki (trochę paternalistyczne), które przynoszą pudełko z książkami dla dzieci z miejscowymi legendami w języku maori i po angielsku, zadbają, żeby szkolny autobus dojeżdżał do pojedynczych gospodarstw na bezludziu. Kiedy Ārama idzie do szkoły, spotka go ceremonia powitalna, której znaczenia nie rozumie, bo ciotka już nie mówi po maorysku, ale matka mówiła i to jednak jest jego tożsamość.
Ārama czuje się samotny, opuszczony przez brata, boi się swego wuja i nie znajduje dostatecznego wsparcia u ciotki. Radzi sobie ze swoim bólem, naklejając sobie w różnych miejscach plastry, a wsparcie znajduje u dziewczynki z sąsiedztwa wychowywanej przez samotnego ojca. I w oglądanym z nią w tajemnicy przed dorosłymi przerażającym filmie Django.
Kluczowy dla powieści jest jednak jego przyrodni brat Taukiri. To jego rodzinna historia musi zostać odkryta, rodzina poskładana i tradycja odzyskana. Będzie też miłość jak z bajki, pokutujący za dawne przewinienie duch objawiający się w wianiu wiatru, brzęczeniu pszczół, głosie ptaków… Przyroda też jest tu ważnym bohaterem. I maoryskie mity.
Ciekawe, dobrze się czyta, warto czasem wyjrzeć poza własne opłotki.
Najat El Hachmi, W poniedziałek nas pokochają, przeł. Anna Sawicka, Wyd. Bo.wiem 2026
Poniedziałek, poniedziałek, poniedziałek…
W poniedziałek się zmienimy. W poniedziałek nas pokochają.
Wszystko, czego pragnie bohaterka tej powieści, to miłość i akceptacja. Jak ma je zdobyć?
Potrzebny ci jest wysiłek i dyscyplina. Najlepiej zacząć od najbliższego poniedziałku – odchudzanie, bieganie, zajmowanie się swoim ciałem, tak żeby pasowało do zachodnich wzorów urody, tych z telewizji i kolorowych magazynów, które podpowiedzą ci, czym należy je pielęgnować.
Dla swojej arabskiej rodziny musisz być przyzwoitą dziewczyną. Nawet niekoniecznie nosić chustę, ale ciało ma być zakryte, zachowanie skromne, żadnych kontaktów z chłopcami. Podporządkować się władzy ojca i obsługiwać piątkę braci. Musisz pamiętać, że zawsze jesteś obserwowana przez sąsiadów, nawet z dala od sąsiedztwa ktoś może cię zobaczyć i powstaną plotki, a plotki, prawdziwe czy nie, zniszczą twoją reputację i honor rodziny.
Mieszkasz w blokach, w mieszkaniu o zbyt niskich sufitach, gdzieś na dalekich obrzeżach Barcelony. Wielu tu bezrobotnych i dealerów. Latem przez cieśninę jedziecie odwiedzić krewnych i rodzinną wioskę w samochodach obładowanych prezentami, wysyłacie im pieniądze, podobno świetnie wam się powodzi. Czasem czeka tam na ciebie kuzyn, za którego powinnaś wyjść za mąż, żeby załatwić mu papiery.
Jeśli chcesz coś osiągnąć, musisz się uczyć najlepiej jak się da, mimo braków kulturowych, może nawet większych niż te, które musiał pokonać Didier Eribon – twoja matka jest analfabetką i nie zna miejscowego języka. I uważać na swoje zachowanie, bo w każdej chwili ojciec może zakazać ci dalszej edukacji. Nie rozumiesz do końca realiów i wierzysz w mit uniwersytetu, uważasz, że studiowanie literatury i filozofii to najwyższa nagroda. Zwykle jesteś jedyną Arabką w grupie, choć sami o sobie mówicie: Mauretańczycy.
Możesz zamiast tego pójść do pracy – zwykle tej najgorzej płatnej, razem z innymi imigrantami. A nawet nauczyć się jakiegoś zawodu, wtedy praca jest lepsza, ale tak się składa, że ilekroć przychodzi czas, gdy śmieciówka powinna zmienić się w etat, dostajesz wypowiedzenie.
Nawet jeśli uda ci się pokonać wszystkie bariery, to wolność niesie różne niebezpieczeństwa, oferuje nie tylko dobre doświadczenia, ale także te złe i bolesne. Niektóre uwarunkowania okazują się głęboko zakorzenione. „Wyzwoliłyśmy się z wielu opresji, ale nie umiałyśmy pozbyć się masochizmu, który naszym matkom pozwalał przeżyć”. A wyzwoleni arabscy mężczyźni, mimo składnych deklaracji, nie lubią rezygnować ze swoich przywilejów, a jeśli coś im się nie powiedzie, powracają do wspólnoty, często się radykalizując.
Najat El Hachmi pochodzi z Maroka. Najpierw do Hiszpanii przyjechał jej ojciec, po paru latach dołączyła ona z matką i rodzeństwem. Studiowała w Barcelonie arabistykę, pisze po katalońsku i to jest jej druga powieść. Obie nagradzane.
W jej książce słowa takie jak emancypacja, integracja czy asymilacja nabierają ciała. I to dosłownie, bo to opowieść o ciele i najbardziej intymnych przeżyciach. Można przeczytać mnóstwo książek, zmienić ubiór i wygląd, nauczyć się nowych zachowań, ale pozostaje jeszcze to, co każda kultura i wychowanie w rodzinie wpisuje w ciała. I w pewnym sensie to ciało w tej książce jest główną bohaterką.
Selma Skenderović, Dlaczego milczysz, Havo?, przeł. Dominik Babiński, Natasza Husiatyńska, Nikodem Szczygłowski, Mira Wolska, Wyd. KEW 2026
Nie ma znaczenia, jakiej narodowości jesteś, o ile wiesz, że jesteś Słoweńcem, Chorwatem, Francuzem.
Hava nigdy nie zdobędzie takiej pewności. Nieustannie manewruje między różnymi tożsamościami, do Słowenii przyjechała wraz z rodzicami z Bośni. Jej brat urodził się już w tym kraju i mimo imienia Ibrahim wydaje się nie mieć takich problemów, podobnie jak z jedzeniem wieprzowego salami. Ona najpierw musiała nauczyć się języka, a choć może wydawać się nam inaczej, wcale nie są takie podobne. Jest jej przykro, że kiedy u nich w domu obchodzi się święta – Ramadan Bajram i Kurban Bajram – ona musi iść do szkoły. Rano odmawia Zdrowaś Mario, a wieczorem muzułmańską modlitwę. W Bośni też już nie czuje się u siebie. Natomiast w Trieście Włosi potraktują ją jak Słowenkę.
Hava ma cienką skórę, wciąż czuje ukłucia, które mówią jej, że jest obca.
„…czego mi brakuje, a co macie wy, Słoweńcy. Mam oczy, mam uszy, mam nos, mam wszystko. Dlaczego więc, jeszcze zanim otworzę usta i wypowiem słowo zawierające literę „l”, wiadomo, że jestem obca? Może to przez mój chód. Tak, z pewnością on mnie zdradza. Jeszcze trudniej mi wydedukować, po czy wszyscy poznajecie, że jestem muzułmanką. Niewykluczone, że również moją przynależność religijną demaskuje sposób, w jaki stawiam kroki”.
W zamierzeniu młodej autorki to, co pisze, ma być narzędziem w walce z nietolerancją, ale jest to narzędzie subtelne. Jej styl jest chłodny, lekko sarkastyczny, opowiadania mają ciekawą, konstrukcję. Bywa bezwzględna i nie ma tu taniej moralistyki.
Jest córką boszniaków z Czarnogóry, urodziła się w Kosowie w 2001 roku, a kiedy miała osiem lat, rodzina przeprowadziła się do Słowenii. Bierze udział w różnych projektach międzykulturowych. Studiuje filologię słoweńską, jej prace publikowane były na wielu platformach literackich. W 2020 zdobyła nagrodę w konkursie Młodej Literatury i to umożliwiło jej publikację pierwszej książki, właśnie tej, w 2021 roku.











Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!