Kultura

Defekt sztucznych róż

Fot. Piotr Nykowski

Kobiety mówią dużo o etosie pracy, o poczuciu odpowiedzialności, o przywiązaniu do miejsca, ale też o kłopotach materialnych, pomocy socjalnej, przemianie ustrojowej. To historie o wielkiej miłości i jeszcze większym zmęczeniu. O spektaklu „Spis kobiet” pisze Iwona Konecka.

Targ przy ulicy 1 Maja w Lublinie. W sobotnie przedpołudnie powinien tętnić życiem, niestety klientów jest niewielu. Sprzedawczynie troskliwie zajmują się tymi, którzy są – podają kolejne pary butów do przymiarki, obiecują zamówić brakujące rozmiary, dają rabaty. Większość sprzedawców siedzi przed swoimi straganami, patrząc przed siebie – na nieczynne stoiska sąsiadów. Rozdaję zaproszenia na lubelską premierę spektaklu, która odbędzie się już niebawem – 1 Maja, w Święto Pracy.

Ludzie reagują różnie, wpierw zdziwieniem – spektakl teatralny o naszym targowisku? Jak to? Część reakcji już dobrze znam z czasów, kiedy pracowałam tutaj jako animatorka kultury. To był ciężki kawałek chleba. Sprzedawcy też nie mają łatwego zadania. Ledwie wiążą koniec z końcem. Dlatego rozumiem, gdy mówią, że teatry to nie dla nich, bo mają ważniejsze problemy na głowie. Albo nawet, że pomysł bez sensu, bo po co spektakl o miejscu, które spala się na naszych oczach? Dokładnie tak powiedział sprzedawca, z którym rozmawiałam – „ten targ jest spalony, tu już nic nie ma”.

To ludzie, z którymi się dziś spotkałam, są najbliżej rzeczywistości, o której próbujemy opowiedzieć spektaklem Spis kobiet. Jak pani, z którą rozmawiam przed samym wyjściem z targu:

– Przepraszam, aż wstyd podchodzić, bo skończyły mi się zaproszenia, ale zapraszam, niech pani przyjdzie. Zrobiłyśmy spektakl o tym miejscu: o targowisku i o tej ulicy. – Pani w milczeniu pali papierosa. – Proszę pani, ja wiem, że tu nie jest łatwo, widzę, co się z targiem dzieje, że stoiska pozamykane, że ludzie cały dzień w robocie, a mało kto kupuje. Ale niech pani przyjdzie 1 maja, to dzień wolny od pracy. A my właśnie o pracy i o targu. To dla nas bardzo ważne.

– Dobrze, to ja przyjdę.

I kończymy rozmowę, bo obu nam już się łza kręci w oku.

Feminizm z krwi i kości

To właśnie dzięki rozmowom z kobietami, które tu żyją i pracują, udało nam się choć trochę wejść w świat targu i ulicy 1 Maja, gdzie wzdłuż chodników pełno sklepów, sklepików i punktów usługowych, w których pracują nasze rozmówczynie. Zapisy tych rozmów były dla nas podstawą do pracy nad spektaklem. W słowach tych kobiet były temperament i swada, a jednocześnie wyrzut. Moja pierwsza myśl: feminizm z krwi i kości, nie z pierwszych stron gazet czy z opracowań naukowych, ale prosto z ulicy, z codziennego, wieloletniego trudu i myślenia o tym trudzie.

Majmurek: Pierwszy (i ostatni?) taki 1 maja

Kobiety opowiadają o przypisywanych im rolach, w których się realizują albo w których utknęły. Wiedzą, że te role zostały im narzucone, ale zarazem wytyczają podstawowe wartości, którymi świadomie chcą się w życiu kierować. Mówią dużo o etosie pracy, o poczuciu odpowiedzialności, o przywiązaniu do miejsca, ale też o kłopotach materialnych, pomocy socjalnej, przemianie ustrojowej. To historie o wielkiej miłości i jeszcze większym zmęczeniu.

– Mam czwórkę dzieci. O wpół do piątej dziecko zrywałam najstarsze. Najpierwszy w przedszkolu był, jeszcze go portier pilnował. No niestety, taką miałam pracę, musiałam godzić. Też mało spałam, nocą układałam sobie w regałach, aby miały wszystko naszykowane. I świetnie sobie radziłam.

– Ja przepracowałam 44 lata i mam 808 złotych emerytury. I na tej emeryturze dwie prace. Żeby się utrzymać i wynająć mieszkanie. W kamienicy z grzybem…

– Ja chcę wyjechać za granicę i chcę, aby moja córka nie musiała przechodzić przez to, przez co ja przechodzę. Aby godnie żyła.

Rozmowy prowadziły Dorota Ogrodzka i Agnieszka Pajączkowska z Kolektywu Terenowego, które zadecydowały o treści i kształcie Spisu kobiet. Spektakl współtworzyłyśmy też my − animatorki z Punktu Kultury, które cały rok działały na ulicy 1 Maja. Żadna z nas nie rejestrowała spotkań i nie prowadziła systematycznych notatek, a mimo to – rozmowy wgryzły się w naszą pamięć i świadomość.

To rozmowy dzień w dzień tworzą rzeczywistość małych sklepów i punktów usługowych ul. 1 Maja oraz samego targu. To zaczepki pomiędzy straganiarzami czy odsapnięcie przed sklepem ze sprzedawczynią zza ściany, gdy klientów akurat mniej. Ale największy rejwach jest wtedy, gdy klientów jest wielu – tych z sąsiedztwa, tych z podróży i tych, co przyjeżdżają po sprawunki z innych dzielnic. Jak mówi jedna z naszych bohaterek: „bo tu można sobie porozmawiać, pożartować, wymienić się, podać, a nawet potargować się każdy może”.

Fot. Maciej Krajewski
Fot. Maciej Krajewski

Targ był tu od zawsze

− Jeszcze przed wojną tu był. Jeszcze jak mój dziadek tu mieszkał, to był tu targ − mówiły sprzedawczynie. Historia targu sięga jednak jeszcze dawniejszych czasów. W mieszczącej się w tym miejscu wsi Piaski handlowano końmi, a z czasem, w miejscu dzisiejszego placu Bychawskiego, powstał obudowany rynek na planie regularnego czworoboku. Dziś ulica zaczyna się przy dworcu kolejowym i ciągnie w kierunku lubelskiej starówki. Po obu stronach w parterach kamienic działają sklepy spożywcze, z drobiazgami, ze sprzętem AGD i RTV, małe gastronomie i drobni rzemieślnicy (jak szklarz, krawcowa czy szewc). Ulicę 1 Maja w połowie dzieli plac Bychawski. Gros handlu skupia się jednak na odcinku między dworcem a placem. W drugiej części ulicy lokale znajdują się już tylko po lewej stronie. Sporo z nich jest zamkniętych.

Targowiska po polsku

Idąc od strony dworca, jeszcze przed placem, można skręcić w prawo w jedną z kamienicznych bram. Minie się kilka siedzących na zydelkach kobiet sprzedających owoce, grzyby czy kwiaty. Dalej zaczynają się stragany Targu-Pocztowa. Tam na blatach owoce, warzywa i przyprawy, na wieszakach kapelusze, biustonosze, garsonki, na półkach pantofle.

I my regularnie rozstawiałyśmy na targu nasz Stragan Artystyczny. Zabierałyśmy ze sobą stolik, krzesła, namiot i rozkładałyśmy się pomiędzy stoiskami. Proponowałyśmy handlarzom i klientom swoje bezgotówkowe transakcje. Podczas jednej z akcji przechodnie i sprzedawcy wybierali postać, z którą najbardziej kojarzy im się okolica. Wygrała Irena Kwiatkowska – kobieta pracująca z filmu Czterdziestolatek, ta, co „żadnej pracy się nie boi”. Jest ona też jednym z głównych symboli PRL-u. W polskiej pamięci o poprzednim ustroju miesza się ostra krytyka z sentymentem.

Jedna z naszych rozmówczyń opowiada:

– Kiedyś to było dobrze pracować. Za komuny było dobrze płacone i lepiej się żyło. Teraz ciężko jest po prostu. Jeszcze mąż pracował i na wszystko było stać nas. A teraz ja sama nie mogę siebie utrzymać.

Obok rzeczywistości targu, sklepów czy punktów usługowych cały czas wre tu też praca, której nie widzimy – w mieszkaniach starych kamienic, które ciągną się wzdłuż całej ulicy. Wykonują ją głównie kobiety. Są wśród nich właścicielki małych biznesów, sprzedawczynie, kosmetyczki, ale też emerytki i kobiety bezrobotne. Większość z nich tę swoją pracę wykonuje po ośmiogodzinnej szychcie pracy zarobkowej.

Chciałyśmy, by ta przestrzeń i te kobiety przemówiły do widzów podczas spektaklu. Pierwsze publiczne czytanie tekstu Dramaturgie kobiecej pracy odbyło się w sierpniu 2016 roku − stałyśmy w sześć na drewnianym podeście na ulicy 1 Maja i przywoływałyśmy wypowiedzi tamtejszych kobiet:

– Świat by się rozpadł, gdybyśmy puściły sznurki.

– Wszystko by się rozpadło.

– Piekarze piekliby bułki. I tyle by było.

Prace nad spektaklem

Dziś myślę, że historia Spisu kobiet może być opowieścią o kilku różnych punktach widzenia, choć każda bohaterka patrzyła w tę samą stronę. W samym centrum były oczywiście kobiety od wielu lat mieszkające i pracujące w okolicy. Nie zbierałyśmy od nich twardych danych o zarobkach, formach zatrudnienia czy roboczogodzinach, raczej przyglądałyśmy się ich spojrzeniu na pracę. One też obserwowały się wzajemnie – czasem było to spojrzenie bardzo surowe, kiedy indziej z dużą dozą empatii.

U początków spektaklu było spotkanie Doroty Ogrodzkiej i Agnieszki Pajączkowskiej z Kolektywu Terenowego z animatorkami z Punktu Kultury: Izabellą Gawęcką, Katarzyną Pągowską, Anną Sadowską i ze mną.

Niecały rok później w Warszawie w prace nad samym spektaklem włączyła się jeszcze Alicja Brudło – animatorka kultury i artystka teatru. Zabrałyśmy ją do Lublina. Przedstawiłyśmy znajomym paniom, oprowadziłyśmy po targu i okolicy. Alicja wróciła z tej wyprawy z obrazami, które przełożyły się na warstwę plastyczną spektaklu. Dostrzegła bowiem nie tylko ludzi, lecz także atmosferę przestrzeni zawartą w architekturze miejsca, w materiałach i przedmiotach tam obecnych.

Agnieszka i Dorota w pierwszej fazie pracy wystąpiły w roli badaczek, następnie wybrały cytaty i zbudowały spójny, mocny tekst. Wspólnie opracowałyśmy materiał reżysersko i przy dźwiękowej współpracy Sebastiana Świądra wykonałyśmy przed mieszkankami na ulicy przed Punktem Kultury.

Fabryka Sensów Osobistych przywraca społeczną historię FSO

Jednogłośnie uznałyśmy, że materiał zasługuję na dalszą pracę artystyczną. Projekt spektaklu jako jeden z pięciu dotarł do drugiego etapu konkursu „Placówka” organizowanego przez Instytut Teatralny w Warszawie. Dopiero jednak finał konkursu OFF: Premiery/Prezentacje umożliwił dalszą pracę.

W sierpniu i wrześniu 2017 roku spotkałyśmy się kilkukrotnie w gronie pięciu kobiet – Ania, Iza, Alicja, Dorota i ja. Zaczęłyśmy prace nad nowym scenariuszem. Korzystałyśmy z Dramaturgii kobiecej pracy oraz z historii kobiecych strajków robotniczych, zainspirowane hasłem „Chleba i róż”. Spektakl miał dwa poziomy. Na pierwszym z nich przytaczamy głosy kobiet pracujących w Lublinie, na drugim wskazujemy, że to, co właśnie robimy na scenie, to też praca. Uwzględniłyśmy nasze doświadczenia pracownic sektora kultury oraz artystycznej roboty po godzinach. Z myślą o codziennej domowej pracy postanowiłyśmy też pokazać na scenie te wysiłki, które rzadko stawia się w światłach reflektorów – całego zaplecza technicznego spektaklu.

Splotłyśmy pracownicze historie kobiet różnych profesji, z różnych części kraju.

Nam tu róże więdną

Jeszcze we wrześniu 2016 roku pisałam do dzielnicowej gazety artykuł o przyszłości ulicy. Rozmawiałam z mieszkańcami. Twierdzili, że „urząd wszystko trzyma dla siebie. Tylko pogłoski słychać. Wszystko palcem na wodzie pisane”. Bali się nagłych zmian, wprowadzonych bez konsultacji z nimi, błędnych decyzji, które przesądzą nie tylko o przyszłości miejsca, ale też mieszkających i pracujących tam ludzi.

Przywrócić dumę Ursusa

A pogłoski chodziły różne – o zamknięciu ulicy dla ruchu samochodowego czy też przeniesieniu tutaj dworca PKS, co z jednej strony mogło być dużą szansą dla lokalnych przedsiębiorców, z drugiej zaś – nieodwracalnie zmienić charakter ulicy i co za tym idzie, np. koszty utrzymania lokali. Członkowie Kolektywu Terenowego odwiedzili wtedy również pracującego na ulicy 1 Maja tarocistę. Karty były nieprzychylne. Wróżyły, że mieszkańcy w najbliższym czasie nie mogą się spodziewać miejskich inwestycji. Na razie przepowiednia się spełnia, a o klienta coraz trudniej. Zwłaszcza na targu. Mamy końcówkę kwietnia, sobotnie przedpołudnie. Część sprzedawców zabiega o nielicznych klientów, większość siedzi i patrzy przed siebie. Zapraszam kwiaciarki na lubelską premierę Spisu kobiet.

– Też mi pomysł! Chodzić po teatrach, kiedy nam tu róże więdną.

***
1 maja 2018 roku. Sala Widowiskowa Centrum Kultury w Lublinie pęka w szwach. Wychodzimy do ukłonów, ale nie widzę wśród publiczności żadnej z zaproszonych pań. Wszystkie jesteśmy rozczarowane, bo chciałyśmy dać im ten luksus, by w roli bohaterek spektaklu odwiedziły piękną salę widowiskową i usłyszały ze sceny swoje własne słowa. Punkt Kultury po jego rocznej pracy odwiedzały już chętnie, mawiając „idziemy do kultury”. Czy minęło zbyt dużo czasu od naszych z nimi spotkań? A może zabrakło śmiałości do odwiedzin tak dużej instytucji? Przypominam sobie też hasło „Chleba i róż” wykrzykiwane na strajkach w szwalniach Lawrence w stanie Massachusetts w 1912 roku, kiedy to kobiety domagały się oprócz godziwej płacy również prawa do godności, szczęścia. Na scenie leżą rozsypane podczas spektaklu róże. Wszystkie sztuczne.

**
Cytaty pochodzą z tekstu Iwony Koneckiej, Ile targ ma lat, „Pierwszomajówka. Bezpłatna gazeta o ulicy 1 Maja i okolicach”, nr 6/kwiecień 2016, Centrum Kultury w Lublinie, Lublin 2016, s. 1.

***
Iwona Konecka to artystka teatralna. Intensywnie współtworzy Wrocławską i Zachodniopomorską Offensywę Teatralną. Na co dzień pracuje z młodzieżą na osiedlu Ołbin we Wrocławiu. Jest członkinią kilku grup artystycznych: Teatru Realistycznego, Kolektywu Polka oraz zespołu muzycznego Tarapaty. Jest prezeską Fundacji Teatr Realistyczny oraz wiceprezeską Stowarzyszenia Kolektyw Kobietostan.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij