Czerwony płyn obmywa cienkie ścianki kieliszka. Krystalicznie czyste szkło patrzy z góry na zamszowe mokasyny. Ich właściciel, z niedbale zarzuconym na szyję jedwabnym szalikiem, oddaje się ożywionej dyskusji na temat tego, jak bardzo wyczerpujący jest dla niego sezon festiwalowy i ciągłe podróże.
Nie widzi dłoni, która przed chwilą zeskanowała jego plakietkę z akredytacją. Dłoń należy do Karoliny. Karolina ma 21 lat, status studentki i umowę o wolontariat. Na nogach jest od czternastej. Od organizatorów dostała pół litra niegazowanej wody, bawełnianą torbę z logo festiwalu i najważniejsze: wstęp na filmowe seanse. Nikt tylko nie sprecyzował, kiedy miałaby je oglądać, skoro jej zmiana pod drzwiami bankietu skończy się o północy.
Goście po drugiej stronie szklanych drzwi takich problemów nie mają. Kiedy tylko kończy się panel z pokazami kina zaangażowanego, ruszają do wyścigu o darmowy catering. Filmowcy, krytycy, kuratorzy układają na talerzach piętrowe stosy kanapeczek z łososiem.
„Tegoroczna edycja jest po prostu mierna. Filmy z roku na rok coraz słabsze” – narzeka głośno jedwabny szalik, upija łyk wina i krzywo się uśmiecha. „No, ale nie wiem, czy wypada mi głośno narzekać. W końcu festiwal płaci mi za hotel. Lubię Kraków. Przy okazji coś pozwiedzam”.
Karolina słucha w milczeniu. Musi tu być. Uczelnia wymaga od niej 30 godzin obowiązkowych, bezpłatnych praktyk. Nie jest też jedynym trybikiem w tej maszynie.
Uścisk dłoni i atak paniki
Łucja przez cały festiwal pracowała jako opiekunka gości. Nie „asystentka”, ale właśnie „opiekunka” – słowo z leksykonu troski, które oznacza, że masz być dostępna zawsze, kiedy sława cię potrzebuje. Odpowiadała za to, aby gościom niczego nie brakowało. Nosiła za nimi bagaże, rezerwowała restauracje i taksówki oraz grzecznie wysłuchiwała narzekań na standardy festiwalu. Zamiast wypłaty dostała uścisk dłoni, zniżkę do restauracji i zaszczyt oddychania tym samym powietrzem co wielcy twórcy.
– Najgorszy był kompletny brak organizacji ze strony festiwalu. Mieliśmy niby zebranie, na którym mówiono nam, jak się zachowywać wobec gości, ale potem zostawili nas z nimi bez jakiejkolwiek pomocy. Organizatorzy to jedno, ale członek jury, którym się zajmowałam, był niezwykle chamski – wspomina Łucja. – Najpierw słuchasz wzniosłych wywodów o empatii, a zaraz potem ci sami ludzie mieszają cię z błotem. Robią awanturę, bo boli ich kolano, a festiwal nie pozwala ci zamówić taksówki na krótkim odcinku, bo jazda samochodem „nie jest eko”. On uznał, że to moja wina, więc przelał na mnie całą swoją frustrację. Wiecznie narzekał, jaki to jest potwornie zmęczony i kwestionował sens swoich obowiązków, kiedy miał uzasadnić wybór zwycięskiego filmu. Ale jak tylko przychodziło do bankietów i innych atrakcji, nagle wracały mu wszystkie siły. Kolano też jakoś mniej go bolało. Kiedy spotkałam go przypadkiem na mieście, dostałam ataku paniki, bo miałam wrażenie, że zaraz znowu wyżyje się na mnie za byle głupoty, na które nie miałam żadnego wpływu.
Bez komentarza
Chcąc poznać perspektywę drugiej strony i zrozumieć, jak organizatorzy godzą wzniosłe idee z warunkami pracy swoich zespołów, wysłałam do biura prasowego festiwalu oficjalne zapytania: jak w strukturze budżetu udaje się zrównoważyć koszty związane z obsługą gości i bankietów z wydatkami na wynagrodzenia dla koordynatorów stref i obsługi widowni? Czy system grantowy mocno wiąże im ręce, jeśli chodzi o budżet na umowy dla pierwszej linii obsługi? Chciałam też dowiedzieć się, co z osobami, których na darmowy wolontariat po prostu nie stać, bo w tym samym czasie muszą zarabiać na wynajem mieszkania. I co robi festiwal, by nie wykluczać uboższych studentów z dostępu do kultury?
Odpowiedź nie nadchodzi.
Mam przed oczami jeszcze jedną scenę. 2023 rok, kino Kijów. Gala wzajemnej adoracji trwa w najlepsze. Były prezydent miasta Jacek Majchrowski ściska dłoń laureata. Obok stoi Andrzej Fidyk, wciąż jeszcze w blasku fleszy i w pełni chwały. Kiedy rok później wyjdą na jaw wstrząsające oskarżenia o wykorzystywanie seksualne, organizatorzy wydarzenia nabiorą wody w usta. Żadnych oświadczeń, żadnych słów potępienia albo solidarności z ofiarami.
Ta fasadowość nie dotyczy tylko głośnych afer. Znieczulica i próba podtrzymania iluzji „wielkiej sztuki” paraliżują instytucje kultury także na znacznie niższych, czysto organizacyjnych poziomach.
Doświadczyłam tego na innym krakowskim festiwalu – tym razem fotografii. Pracowałam tam jako wolontariuszka, ale na wyższym, choć również darmowym stanowisku koordynatorki galerii. Dostałam wiadomość, że drzwi do budynku, w którym właśnie zaczyna się wystawa, nie można otworzyć. Dzwoniłam do organizatorów raz, drugi, trzeci. Mówiłam, że ludzie czekają na zewnątrz, że nie da się wejść do środka, bo zardzewiała kłódka ani drgnie. Po drugiej stronie słuchawki usłyszałam tylko irytację i zbywanie. Ostatecznie nikt nie przyjechał z pomocą. Zostałam sama z innym wolontariuszem, telefonem w dłoni i zardzewiałym kawałkiem żelaza.
Biały obrus i malinowa nalewka
Żółty, spieniony płyn obmywa ścianki przezroczystego kubeczka. Ogrzany w dłoniach plastik patrzy z góry na wypastowane garniturowe buty. Ich właściciel z poluzowanym na szyi krawatem oddaje się ożywionej dyskusji na temat dotacji na budowę żłobka i nadchodzących wyborów do sejmiku wojewódzkiego.
Trwa doroczne Święto Miasta i Gminy. Z perspektywy panów w jedwabnych szalikach – przaśna rozrywka. Z perspektywy miejscowych to jedno z najważniejszych wydarzeń w roku.
W rzeczywistości zmienia się jedynie scenografia i rekwizyty. Kultura w centrum dużych miast opiera się na darmowej pracy studentek i studentów z identyfikatorami. Tu – na pracy Koła Gospodyń Wiejskich. Zamiast płóciennych toreb kobiety mają fartuchy. Cały wieczór przed imprezą w domowych kuchniach piekły blachy ciast z truskawkami. Z własnych produktów, w ramach czynu społecznego i pielęgnowania lokalnej tradycji.
Nie ma strefy VIP, ale znajdzie się stół dla politycznych prominentów. Nakryty białym obrusem, a nie ceratą w słoneczniki, z butelką malinowej nalewki postawioną centralnie jak relikwiarz. Przy stole siedzą radni, dyrektorka gminnego ośrodka kultury, prezes miejscowego klubu sportowego i burmistrz. Oni nie stali w kolejce po ciasto. Nie kupowali kiełbasy z grilla i zimnego piwa z nalewaka, których obsługą zajmuje się Ochotnicza Straż Pożarna.
Panowie w garniturach i panie w garsonkach jedzą za darmo, a kobiety z koła gospodyń, teraz przebrane w ludowe stroje, śpiewają dla widowni. Patrzą na nich ze sceny dokładnie tak samo, jak Karolina patrzyła na filmowców.
Układ zamknięty
Łatwo byłoby w tym miejscu postawić kropkę i uznać, że system jest na wskroś zepsuty. Że artyści i bywalcy salonów to pasożyty żerujące na publicznych dotacjach i darmowej pracy innych, a kobiety z wiejskich kół gospodyń to ofiary dające wykorzystywać się lokalnym politykom. Ale prawda jest znacznie bardziej złożona.
Reżyser w szaliku też jest zakładnikiem tego systemu. Musi uśmiechać się na bankietach i pić wino z decydentami, bo jeśli się tam nie pofatyguje, może nie dostać pieniędzy na kolejny film. A dyrektor festiwalu zaciska zęby i organizuje strefę z darmowymi drinkami, bo też rozumie, że bez odpowiedniej oprawy w kuluarach nie przyciągnie znakomitych gości.
Podobnie ma się sytuacja w ościennych gminach. Kobiety nie dlatego pieką ciasta, że są naiwne. Doskonale wiedzą, kto siedzi przy stole z białym obrusem i kto zbija polityczny kapitał na ich pracy. Nie robią tego dla burmistrza i radnych. Przymykają oko na polityczny cyrk, bo w zamian dostaną pieniądze na wycieczkę do stolicy albo na nowe krzesła do lokalnej świetlicy. Oficjalnie ich działania to „promocja regionu”, a w praktyce niepisana umowa społeczna. Obopólna wymiana korzyści.
Bankiet i paragon
Narzekamy z perspektywy wielkich miast, że ludzie coraz mniej czytają, rzadziej chodzą do teatru i filharmonii. O jakiej demokratyzacji sztuki jednak mówimy, skoro bilet na wydarzenia kulturalne tej klasy potrafi kosztować równowartość dniówki na najniższej krajowej?
Ta refleksja wiąże się także z aferą, która wybuchła wokół tegorocznej edycji krakowskiej Wielkiej Parady Smoków. Wydarzenie, które przez lata było z definicji otwartym, bezpłatnym świętem, padło ofiarą czystej komercjalizacji. Organizatorzy stworzyli odgrodzoną lożę honorową, zmieniając publiczne widowisko w imprezę dla bogaczy, których było stać na wydanie 250 złotych za miejsce w wydzielonym sektorze.
Dla kogo więc tworzy się kulturę? Kto jest jej właściwym odbiorcą, a dla kogo przewidziano jedynie rolę statysty w starannie wyreżyserowanym spektaklu? Odpowiedź pada wprost z głównej sceny wspomnianego wcześniej festiwalu.
Koniec oficjalnego otwarcia. Światła na sali zapalają się do połowy. Prowadząca uśmiecha się do mikrofonu: „Na osoby z zaproszeniami czeka już bankiet w foyer” – ogłasza, wskazując dłonią na wyjście po prawej stronie.
W tym momencie ludzie, którzy kupili bilety, by w ogóle móc tu być, dowiadują się, że ich rola właśnie się skończyła. Z rzędu za moimi plecami dobiega szept jakiejś kobiety. Krótki i pozbawiony złudzeń:
„A reszta wypieprzać”.
**
Jagoda Janicka – absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wrażliwa na problemy grup wykluczonych i bezgranicznie zakochana w kinie zaangażowanym. Członkini Młodej Redakcji Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Fascynuje ją życie kulturalne i polityczne Krakowa, które dostarcza równie dużo materiału do analiz co niepokoju.
Dofinansowano ze środków Fundacji im. Róży Luksemburg.



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)


Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!