Czytaj dalej

Co uratuje planetę? Upadek wszystkiego, co w erekcji

Nie chcę podtrzymywać sztywnej konstrukcji zamkniętej w wyścigu pt. „kto więcej, mocniej, wyżej”. Mam dosyć objaśniającego mi świat i dyktującego reguły dziadersa płci dowolnej, za którym stoi wiecznie wyprężony i wiecznie zaaferowany prężeniem się penis. Zastanawiam się raczej, co by z nim było, gdyby nie stał i stać ciągle nie musiał – mówi nam Agnieszka Szpila, autorka powieści „Heksy”.

Paulina Januszewska: Zaczęłaś pisać Heksy, zanim w całym kraju wybuchły strajki kobiet. Patrząc na rewolucyjną wymowę twojej książki, mam wrażenie, że myślami ściągnęłaś wkurwione Polki na ulicę. A jak było naprawdę: chciałaś dać upust swojemu gniewowi czy wywołać go w czytelniczkach?

Agnieszka Szpila: Dominującą emocją, która sprawia, że – przy całej mojej sympatii do siebie jako matki – można mnie uznać za osobę destrukcyjną, jest blisko korespondujący z gniewem ogniowkurw i to on stanowi siłę napędową Heks. Nie sądzę, bym musiała specjalnie go wzniecać w odbiorczyniach mojej książki, bo ogniowkurw dziedziczony po matkach i babkach płonie w wielu z nas.

Skąd ta pewność?

Ogniowkurw – tak jak gniew – jest odpowiedzią na przekraczanie granic, a kobiety to grupa, której od wieków systemowo wyrządza się krzywdy i odmawia podmiotowości oraz prawa do samostanowienia. Każdy wybuch gniewu, złości kobiet jest natychmiast piętnowany, kobiety wściekłe skazywano na społeczny ostracyzm, oskarżano o szaleństwo i uprawianie czarów, a potem palono na stosach. One tymczasem po prostu chciały zdjąć z siebie opresję.

Tak jak bohaterki historycznej części Heks, czyli opowieści o XVII-wiecznych Ziemistych, które wyrzekają się mieszczańskiego trybu życia i na przekór biskupom księstwa nyskiego zostawiają mężów, przeprowadzają się do lasu i oddają miłości z naturą, broniąc jej zasobów.

I płacąc za to najwyższą cenę. Dziś podobną rolę odgrywają ekofeministki i to je nazywam Heksami. Pierwotnie jednak pomysł na książkę wziął się z obserwacji samej siebie i rozmów z bliskimi mi kobietami, z którymi – jak się okazało – łączy mnie doświadczane od dawna, bardzo intensywne odczucie w ciele, pojawiające się zazwyczaj wtedy, gdy tytułujący(-a) się feminist(k)ą partner(ka) lub ktoś, z kim jesteśmy w zażyłej relacji, mówi coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się niewinne i nieszkodliwe, a w istocie jest unurzane po kokardę w patriarchacie.

Na przykład?

„Pozmywałem ci naczynia, kiedy ty byłaś na proteście”.

Słyszysz taki tekst i co się dzieje?

Ogień podpala mi stopy, wędruje po całym ciele, docierając aż do czubka włosów, i wraca, by dokonać zniszczenia. Zaczynam odklejać się od siebie i nie jestem już Agnieszką Szpilą, o czym, rzecz jasna, natychmiast informuje mnie mąż oraz ewentualni świadkowie zachodzącej przemiany i na co z niesmakiem patrzą terapeuci.

Mają rację?

Owszem, mają. Patrzę w lustro i widzę, że to już jestem nie ja, to są wszystkie „ja”. W swoim szaleństwie i swego rodzaju transie staję się kolektywną tożsamością, antycypującą historie i traumy pokoleń kobiet i innych osób, które musiały i wciąż muszą pochylać się przed jego wysokością penisem, rozumianym tu dosłownie i metaforycznie.

Czyli trochę jak główna protagonistka powieści, Anna Szajbel, prezeska koncernu paliwowego przyłapana na uprawianiu miłości z drzewem, łączysz w sobie „człowieka i starodziewicze bóstwo w jednym, mieszkające w każdej z nas. W tych rozwścieczonych. W tych niepokornych. Wyplutych przez system, którym zarządza Bóg Premier i Bóg Ojciec”.

Dlatego na nic zdają się próby wywołania we mnie poczucia wstydu po takim wybuchu, do którego paliwa dolewają też Kościół i politycy. W swoim ogniowkurwie jestem jednak szczęśliwa, spełniona, zyskuję ogromne pokłady sprawczości, buntu i możliwość absolutnego podpięcia pod samo życie. To jest wszechogarniający pożar, patologiczny i jednocześnie twórczy płomień, który czułam, pisząc, i którego zalążki widziałam, chodząc na protesty.

Zalążki?

Tak, bo rok temu wkurw, choć jeszcze nie ognisty, toczył już nie tylko jednostki, a całe stado. I to ważny krok, bo tylko dzięki niemu można przejść od stanu racjonalnego do szaleństwa, z głowy zejść do ciała. A już chyba tylko w ten sposób możemy dokonać systemowej zmiany społecznej.

Już żadnej z nas nie zawstydzicie! Reportaż z polskich ulic

Czy w ów przewrót, do którego dążą Szajbel i inne postaci w twojej książce, są wpisane przemoc i niszczycielstwo? Pytam, bo kusi mnie wizja świata, w którym nie tylko dochodzą do głosu kobiety, ale cały mainstream zaczyna kultywować zupełnie inne niż dotychczas jakości. Może znajdujemy się w takim momencie historii, w którym wszystko, co proponują architekci i strażnicy patriarchatu, to, na czym budują swoją cywilizację, można już porzucić? A zamiast tego zaproponować inne, pokojowe działania?

Zgadzam się z tym, że trawionej katastrofą Ziemi nie są potrzebne kolejne wyniszczające konflikty i podtrzymywanie układów opartych na wyzysku i krzywdzie. Nie nawołuję też do wojny płci, lecz raczej odrzucenia tego, co mieszczańskie, podległe logice władzy, stereotypowo męskie, toksyczne, będące z jednej strony dziedzictwem oświeceniowych tęgich głów, a z drugiej religijnych, głównie katolickich cerberów, w moralności których doskonale mieści się krzywda, ale już niekoniecznie współczucie. Słuszność ogniowkurwu dostrzegam w tym, że jest on reakcją na niesprawiedliwości patriarchatu, ograniczenia. Jednak odróżniam od siebie rodzaje przemocy.

To znaczy?

Przemoc męska jest starannie wykoncypowaną strategią długofalowego wykańczania przeciwnika. Towarzyszący jej racjonalizm służy późniejszemu legitymizowaniu i usprawiedliwianiu okrucieństwa, nie ma w sobie nic z organiczności ani działania spontaniczno-intuicyjnego. Przemoc patriarchatu widzę jako zinstrumentalizowane narzędzie, w którym dużą rolę gra siła fizyczna, ale jeszcze więcej miejsca zajmuje chłodna kalkulacja zysków i strat, wynikająca z analizy stosunków władzy i zasięgu przywilejów.

A nie jest tak, że to kobiety uchodzą za bardziej wyrachowane i dręczą ofiarę na zimno, a mężczyźni po prostu działają w afekcie i przez to łatwiej uzyskują „rozgrzeszenie”?

Pewnie są też i takie kobiety, sama nawet znam kilka, które wykazują się wobec innych kobiet wybitnym okrucieństwem, najczęściej legitymizowanym bezpośrednio po takiej „praktyce” władzą wynikającą z pozycji zajmowanej w danym systemie – rodzinnym czy korporacyjnym. Jednak uważam, że to system, w którym działają, system oparty na opresji, będącej głównym olejem napędowym jego struktury, wpływa na ich zachowanie, a nie ich zachowanie na system.

Czyli jest po prostu wynikiem systemu?

Tak, chorą, chujową naroślą, wyrosłą wskutek fatalnej higieny psychicznej, emocjonalnej, gospodarczej, kulturowej czy seksualnej. Zatem, odpowiadając na twoje poprzednie pytanie, ten wyrachowany teatr okrucieństwa, który zdarza się uprawiać kobietom, zwłaszcza wobec sióstr, to raczej objaw choroby niż to, co ją wywołuje. I teraz pojawia się pytanie, czy taką narośl chujowatą, od której mogą zająć się i zepsuć wszystkie inne narządy, bo jest jak złośliwy, a raczej złośćliwy nowotwór, należy leczyć pokorą i dobrocią i nadstawiać drugi policzek, czy anihilować w bardziej radykalny sposób?

Heksy, zdaje się – afirmują ten drugi, czyli inny od męskiego – jak rozumiem – rodzaj przemocy? Na czym on polega?

Osoby, które czują w sobie pierwiastek żeński, mają możliwość podłączenia się do przeciwieństwa powyższej, czyli prze-mocy. Tak nazywam siłę, która jest potężna, twórcza, najpierwsza i nierozerwalnie związana z ciałem, a dokładniej z odruchem wykonywanym przy rodzeniu dziecka – parciem.

Przeć – prze-moc?

Tak, mam na myśli akt stwarzania, przy czym nie chodzi tylko o klasyczne dawanie życia. Heksy opowiadają m.in. o uprawianiu miłości z roślinami, o wymienieniu wilgoci z Matką Ziemią, zasilaniu jej. W prze-moc są też wpisane destrukcja i śmierć, które dają możliwość nowemu początkowi. Trzeba przeć, by urodził się lepszy świat.

I ten lepszy świat możemy osiągnąć poprzez wkurw „na trzy razy p – penisa en général, politykę i patriarchat” i „radykalny upadek wszystkiego, co sztywne, wszystkiego, co w erekcji”? To naprawdę nie jest wypowiadanie wojny mężczyznom ani ich kastracja?

Nie. Penis odgrywa tu rolę figury, pod którą można znaleźć mędrca, męża, szefa, każdego, kto zajmuje się pouczaniem innych, narzucaniem sztywnych reguł, pilnowaniem status quo i zawsze pionowo ustawionej hierarchii. Płeć wcale nie jest tu z góry określona, bo przecież istnieją kobiety, które wybierają taki model działania, żeby móc w tym penisocentrycznym świecie coś osiągnąć. A gdy już wejdą do tego męskiego klubu, to niekoniecznie chcą wpuszczać swoje siostry.

Szajbel jest taką osobą?

Tak, bo kapitalnie rozpoznała, na czym polega męska gra, jest zawodniczką w najwyższej lidze, równą facetom. Świetnie nauczyła się męskiego języka, a do tego jeszcze dołożyła swoją kobiecość, której używa w sposób całkowicie niefeministyczny. Wchodzi dzięki temu na sam czubek kariery i czerpie stamtąd tyle, ile może i póki może. Ale bywa i odwrotnie.

Czyli jak?

Mam wokół siebie przyjaciółki, które posługują się symbolicznym fallusem, walcząc o kwestie feministyczne. Wykańczają opresję tymi samymi metodami, z których korzystają jej twórcy. Też przejmują ich język, też zakładają spodnie, ale nie ulegają mu, kruszą fundamenty paternalizmu i podają pomocną dłoń kolejnym. No i jestem tym superskutecznym kobietom wprawdzie bardzo wdzięczna…

…ale?

Czy naprawdę musimy nadal grać w grę społeczną, w której uczestniczymy od urodzenia wbrew własnej woli? W której zasady narzuca ktoś inny? W której musimy starać się dwa razy bardziej niż mężczyźni?

A mamy inne wyjście?

Moim zdaniem – tak. Nie chcę podtrzymywać sztywnej konstrukcji zamkniętej w wyścigu pt. „kto więcej, mocniej, wyżej”. Mam dosyć objaśniającego mi świat i dyktującego reguły dziadersa płci dowolnej, za którym stoi przecież wiecznie wyprężony i wiecznie zaaferowany prężeniem się penis. Zastanawiam się raczej, co by z nim było, gdyby nie stał i stać ciągle nie musiał, a także, gdyby porzucił penetrację, przez wielu traktowaną nie jako akt zespolenia, ale przemocowego triumfu nad kimś lub czymś.

Młynarska: Nadchodzi koniec epoki lubieżnego dziada [rozmowa]

Czyli z jednej strony chciałabyś ściągnąć presję z penisa, a z drugiej – ochronić przed nim potencjalne ofiary, w tym Matkę Ziemię i jej waginę, w której – jak piszesz – „potężnym dłutem ryją przedłużenia męskiego jang – kopalnie pierdolonego węgla kamiennego”.

Tak. Interesuje mnie penis, który nie jest we wzwodzie i bez przerwy się nie pręży, lecz uczy się płożenia od Matki Ziemi. Chciałabym móc z takim penisem się zaprzyjaźnić.

Tylko jak?

Chcę, by mężczyźni pozwalali sobie coraz częściej na bycie bliżej natury i siebie samych, czyli skupiali się na wspólnotowości, a nie samczych popędach wpisanych w nurt źle rozumianego indywidualizmu. By pozwalali sobie na budowanie relacji z kobietami i innymi mężczyznami w miejscach pracy, związkach, w Kościołach i rozmaitych instytucjach, do których należą poza życiem zawodowym. By żyli w stadzie, a nie rywalizowali o to, kto stanie na jego czele. Wreszcie – marzy mi się, żeby to robili, już nie – stercząc, nie – patrząc, kto będzie wyżej i starając się być blisko najbardziej sterczącego, tylko po to, by coś uszczknąć z tej erekcji dla siebie. Nie. Niech się po prostu rozpłożą.

Mężczyźni cierpią w świecie zorganizowanym przez mężczyzn. A z kobiet robią kozły ofiarne

Co owo płożenie się właściwie znaczy?

Odpowiedzi dostarcza przyroda. Gdy patrzę na ogród i rośliny okrywowe, to wiem, że ich celem nie jest wyścig, górowanie nad innymi, lecz stworzenie wraz z resztą kwiatów grupy na kształt kobierca czy dywanu, który nie tylko zachwyca wizualnie, ale działa jak sprawny, odżywczy, służący wszystkim system. Gdyby nasza edukacja już na etapie wczesnoszkolnym skupiała się na obserwowaniu natury, a nie uczeniu chłopców, by budowali możliwie jak najwyższe wieże z klocków Lego, to wszystko byłoby oczywiste, a ja nie napisałabym swojej książki.

Chodzi o to, by dowartościować to, co stereotypowo kobiece, czyli troskę, współpracę, opiekę? Czy mężczyzn można tego nauczyć?

Odpowiem przykładem. Kilka lat temu moja przyjaciółka Anka Zych prowadziła lekcję w założonej przez kobiecy kolektyw wolnej szkole – filii Akademii Dobrej Edukacji, powstałej z kolei z inicjatywy Beaty Staniszewskiej i wówczas już byłej ministry edukacji Katarzyny Hall. I na tych właśnie zajęciach, w których wzięła udział również pani Hall, Anka uczyła dzieciaki historii, podczas gdy za oknem – co zaobserwowała, stojąc przy nim – odbywała się bardzo ważna scena z życia – jeżyca próbowała przejść przez jezdnię ze swoimi małymi. Szło im to – wiadomo – niezbyt gładko. Małe co chwila potykały się o coś, matka jeżyca zachowywała się niespokojnie, wyglądała na spanikowaną, wyczuwała bowiem śmiertelne niebezpieczeństwo.

I co wydarzyło się potem?

Anka, podłączona bardzo mocno pod byt, intuicję i naturę, dostrzegła jeżycę w całym jej macierzyńskim staraniu. Przerwała więc lekcję, mówiąc dzieciom, że teraz mają coś ważniejszego do zrobienia – to za oknem dzieje się prawdziwa historia. Poprowadziła przejęte dzieci pochodem na dwór. Hall szła za nimi – urzeczona, bo już kumała, o co w tym wszystkim Ance szło. Ta z kolei wstrzymała ruch na drodze i wytłumaczyła dzieciakom, jak pomóc jeżowej rodzinie przejść bezpiecznie na drugą stronę. „Za to cię kocham. O to bowiem chodzi w prawdziwej edukacji” – powiedziała Hall.

Wracając więc do twojego pytania, jak uczyć, odpowiem: jak Anka, będąc tak mocno zakorzenionymi w bycie i w byciu, że bardziej nie można, zachowując przytomność emocjonalną i umysłową, których – niestety – nie wymaga się od kandydatów na pedagogikę.

Jest coś symptomatycznego w tym, że powiedziałaś o jeżycy i nauczycielce, a nie samcu jeża i nauczycielu mężczyźnie. W Heksach też widać te bieguny: Matka Ziemia i ojciec w niebie, męski rozum – żeńskie ciało i emocje. Czy nie jest to jednak podział z założenia patriarchalny, a więc zakładający, że mężczyźni cały czas górują nad kobietami i dzięki swemu chłodnemu intelektowi panują nad naturą?

Niekoniecznie, biorąc pod uwagę choćby to, że w ziemi gromadzą się wszystkie życiodajne substancje i pływy, w tym woda. Nie istniejemy bez Ziemi. Jaki mamy wybór, jeśli nie przykleić się właśnie do niej – tej, która nas wydała i która właśnie ginie? Przecież niebo jest poza naszym zasięgiem.

Niezależnie od tego, czy mówimy o Gai, Demeter, Kybele, czy Matuszce Ziemli, we wszystkich tych figurach zapisany jest początek i koniec, ciągłe stwarzanie od nowa, myślenie cykliczne: „wyrosnę z tego, co umarło, nażrą się mną zwierzęta, zaczerpną ze mnie rośliny i dzięki temu będę powtarzać życie w jakiejś innej formie”. Niebo jest w tym kontekście całkowicie nieważne.

Mnie niebo kojarzy się z figurą wiecznie nieobecnego ojca.

O tak. I chyba na tym polega dramat chrześcijan, że muszą cały czas sterczeć. No bo niby jak mają być bliżej Boga, jeśli nie porzucając to, co ziemskie, i nie zwracając oczu non stop ku górze? W efekcie nie patrzą pod nogi, więc albo zaliczają glebę i przewracają się na inne ciała, albo trzymają pion, rozdeptując wszystko pod sobą. To nie pozwala żyć w stadzie, a zatem nie pozwoli nam uniknąć, opóźnić ani przetrwać katastrofy.

Chłopaki niech płaczą. I żyją

Skoro mowa o przetrwaniu, to sądzisz, że uratują nas ekofeminizm i ekoseksualny antynatalizm?

Mam 70-letniego sąsiada – preppersa, który zgromadził w swoich piwnicach tyle dóbr, że w razie czego mógłby zagwarantować przeżycie prawie całej wsi. Jestem jednak przekonana, że na pewno znajdzie jakiś klucz, wedle którego zdecyduje, z kim się podzieli swoimi zasobami, a kogo zostawi na pastwę losu. Może więc przyszłość leży w rękach takich jak on?

Wiem, że teraz trochę żartujesz. A mówiąc serio i może bardziej optymistycznie?

Może to naiwne, ale tak jak powiedziałaś wcześniej, wierzę w ekoseksualny feminizm. Jako matka trzech córek, które urodziłam nieświadoma wagi zmian klimatycznych, nie mam wprawdzie prawa dyktować nikomu, jaką decyzję w kwestii rozmnażania powinien podjąć. Wierzę jednak, że im więcej osób będzie mieć relację intymną z roślinami i nie będzie płodzić dzieci, tym lepiej dla Ziemi.

Doprawdy?

Gdybyśmy zrobili sobie – powiedzmy – 15 lat przestoju, w trakcie którego tylko jakiś odsetek ludności zrezygnowałby z prokreacji, sądzę, że tempo części procesów zachodzących na naszej planecie mogłoby nieco wyhamować. To też jest jakiś rodzaj wzięcia odpowiedzialności za przyszłość.

Bardzo jednak nie chciałabym, żeby moją książkę odbierano jak komedię, w której „hahaha, nienormalna baba pisze o seksie z roślinami”.

A spotkałaś się już z takimi opiniami?

Słyszałam, że wiele osób nieźle się ubawiło, czytając Heksy. Fakt, jest w nich dużo humoru, ale to śmiech przez łzy. Piszę całkowicie na poważnie o tym, jak nietradycyjnie uprawiać miłość, i rozumiem, że to może bawić. Ale kobietobójstwo znieść już trudniej.

Skąd się właściwie wzięło u ciebie zainteresowanie procesami kobiet skazanych na śmierć z powodu rzekomego uprawiania czarów?

Ze snu, który wyglądał mniej więcej tak: biegnę przez średniowieczne miasteczko, trwa powódź, a ja, jak przystało na wariatkę, pędzę w stronę wylewającej się rzeki, a nie na odwrót, chwytam się gałęzi, żeby nie utonąć, a potem przypominam sobie, że zostawiłam pasące się nieopodal strumienia krowy.

I co było dalej?

Gdy myślę, że już po mnie, okazuje się, że owszem, stoję po pas w wodzie, ale czuję pod stopami coś ciepłego. Zaglądam pod powierzchnię, a tam widzę dziesiątki ciał krów, kroczę po ich pełnych jeszcze mleka wymionach i ostatecznie nie ginę.

A jak to się łączy z czarostwem?

Poprzez życiodajną i zdolną do niezwykłych przemian substancję, czyli mleko.

To znaczy?

Miałam wrażenie, że ten sen jest fundamentalny, i na początku myślałam, że może chodzi o macierzyństwo, że ono mnie zabije lub pozwoli na przetrwanie, ale potem zaczęłam myśleć o mleku. Zaczęłam szukać w źródłach i okazało się, że w większości, to jest blisko 80 procentach, procesów tak zwanych czarownic oskarżano je o rzucanie klątw na krowy, zatruwanie mleka, serów, no i trucie spożywających je mężów. To był moment, gdy jeszcze nie myślałam o tym, by Heksom nadać rys metafizyczno-historyczny.

Tylko?

Chciałam napisać książkę, która będzie zemstą na facetach za stworzenie patriarchatu i porno, o którym za chwilę. Zamiast tego zaczęłam grzebać w mleku, krowach i twarogu. Dowiedziałam się, że w procesie jego tworzenia przejawia się najstarsza zasada magiczna, czyli solve et coagula (rozpuszczaj i scalaj/ścinaj). Procesy, o których czytałam, tłumaczyła dla mnie z niemieckiego koleżanka z Bramburga, a twaróg po niemiecku to kwark (Quark), czyli także słowo, którego w teorii cząstek elementarnych użył noblista Murray Gell-Mann, inspirując się Finneganów trenem Jamesa Joyce’a.

I co dla nas z tego wynika?

Jeśli kwark to podstawowa jednostka materii, to twaróg, który robiły oskarżone o stosowanie czarów kobiety, objawia jedną z najważniejszych tajemnic życia. To alchemia codzienności. „Rozpuszczaj i scalaj” to nie tylko zmiana stanu skupienia mleka, która zachodzi w produkcji sera czy w trakcie karmienia piersią.

A co jeszcze?

Za pomocą serowarstwa można spróbować zrozumieć budowę świata, prasłowiańskie słowo „twaróg” pochodzi bowiem od tego samego rdzenia co „tworzyć”, „Twórca”, „stwórca”, „twarz”. A opisane przez noblistę Murraya Gell-Manna kwarki to elementarne tworzywo materii wszechświata.

Co nowego mówią nam dzisiaj historie o procesach czarownic

Jak do tego wszystkiego dotarłaś?

Tę wiedzę nabyłam, ucząc się o zasadzie solve et coagula, czytając na ten temat także w kontekście ezoterycznego tarota, choć wróżbiarstwem się nie zajmuję. Ale temat zobowiązywał mnie także do takich poszukiwań. Zatem: kobiety, które robiły twaróg i/lub znały się na tym, posiadały wiedzę o budowie świata, o strukturze. A ja pokazuję, że znając strukturę, tę najbardziej pierwotną, wynikającą z czegoś tak pierwszego jak twaróg, w którym przejawia się stara magiczna zasada, możesz ją zmieniać. Jesteś alchemiczką.

Więc zamiast złorzeczyć na system, weź go po prostu rozpierdol. I to za pomocą najprostszych narzędzi. Drąga, wulwy czy mleka. Mleko ponad krew! Może kobiety zostały stracone na stosach właśnie dlatego, że to odkryły, dostrzegając stateczność lub wręcz martwotę religii i kultury.

Czyli mleko i twaróg to w pewnym sensie reguła ludzkiego rozwoju?

Owszem. Jesteśmy w stanie przetrwać, jeśli pozostajemy w ciągłym ruchu, otwarci na zmianę. A my dziś w perspektywie katastrofy klimatycznej możemy się uczyć od „czarownic” zmienności cyklu życiowego, tworzenia, ale i takich sposobów bycia ze wszystkim, co żyje, które opierałyby się na symbiozie i wspólnym płożeniu się – tak bliskim, że aż scalającym oddechy.

Salcia Hałas: Świat traci zapach

A jak to jest z tą miłością do roślin? Tak się w ogóle da? Bez zażycia wilczych jagód, które w Heksach wprowadzały Ziemiste w trans?

Główne przesłanie i w zasadzie inspiracja mojej książki zamykają się w zdaniu, które powiedziała mi Anna Zajdel – feministka, autorka Badylologii, rozrabiaczka, artystka, człowiek orkiestra: „nie musisz się masturbować tym, co twarde”. I odkryła przede mną cały ekoseksualny świat, opowiadając m.in. o możliwościach kłącza tataraku, o tym, jak gotować żywokost i go zmacerować, żeby nadawał się do relacji intymnej.

Co czułaś, gdy tego słuchałaś?

Totalne podniecenie i ciekawość. Moje ciało reagowało na te słowa i wyobrażenia, pulsowało, a Zajdel tylko potwierdzała: „tak, mam piękną miłość i namiętność z istotami roślinnymi”. W Heksach możemy to zinterpretować całkiem dosłownie, jak zaproszenie do odkrywania erotyki we florze, do czego zachęcam.

Albo?

Jako odpowiedź na deficyt życia zmysłowego, którego doświadczamy we współczesnym świecie, mało rozwiniętego podejścia do dotyku i seksualności. Jedną z moich ambicji przy pisaniu Heks było wymyślenie takiego języka i świata, które miałyby zdolność erotycznego pobudzenia, ale nie opierałyby się na znanych kliszach, dostarczanych nam głównie przez porno. Chciałam też nauczyć moje ciało reagowania na inne bodźce, które w kształtującej nas kulturze zostały pominięte.

Udało się?

Tak. Okazało się, że ciało bardzo szybko uczy się innych kodów, innego dotyku, faktur, kształtów i wszystkich wrażeń, których dostarczają rośliny, a których różnorodności – bardzo mi przykro – nie uświadczymy w świecie penisów. Przy czym – podkreślam – nie chodzi o to, by używać korzeni, bo to zakłada cały czas współżycie oparte na substytucie członka. Oczywiście nie twierdzę też, że pod żadnym pozorem nie należy tego robić.

Tylko?

Poszukać innych ruchów, uwrażliwić się na zupełnie nowe doznania, przesuwając też w drugą stronę swoje myślenie o Ziemi. Może czas przestać traktować ją jak matkę, bo z matkami miewamy nie tylko bliskie i dobre, ale też toksyczne relacje, zakładające jakąś formę przemocy lub transakcji. To – zdaje się – robią osoby ekoseksualne, które w naturze szukają nie tylko orgazmu, ale i bliskiej więzi, traktują ją po prostu jak kochankę. Myślę więc, że potrzebujemy mitologii, w których te role są inaczej rozpisane, a seks staje się czymś więcej niż penetracją.

Dlaczego to tak ważne?

Przyzwyczailiśmy się, że namiętność idzie ze zmian tempa, natężenia, agresji, przeplatanej czułością, i brzmi oraz wygląda jak XIX-wieczny koncert fortepianowy. Ale żyjemy w XXI stuleciu, więc możemy to zrobić inaczej, a przede wszystkim: pozwolić swoim zubożonym, udręczonym pornografią ciałom na wytchnienie i prawdziwą, nie mechaniczną, patologiczno-niezdrową, uzyskiwaną w pośpiechu, po ciemku, w tajemnicy, bezgłośnie i na jeden, góra dwa sposoby przyjemność.

Spór o porno ma tradycję niemal tak długą jak feminizm. Rozumiem więc, że prokobiece i etyczne filmy też nie znajdują twojej aprobaty?

Uważam, że w dłuższej perspektywie porno wycieńcza – nas samych i nasze związki, no bo jak długo mogę udawać, że jestem podobna do laski, która gra w filmie i kręci mojego partnera? Z porno uczymy się dotyku i seksu bardzo szybkiego i przemocowego. Widać to szczególnie w przypadku mężczyzn, którzy podczas masturbacji dokonują samogwałtu, a nie przeżywają samomiłość. Potem tę agresję, ten gwałt przenoszą do relacji z innymi osobami – przede wszystkim kobietami. Jeśli zaś chodzi o porno feministyczne, to ja jeszcze takiego z prawdziwego zdarzenia nie odkryłam.

Jak to możliwe?

Widzisz, sama mam poważny problem, jak do tego podejść. Jest taka strona z filmami, które tworzą i produkują tylko kobiety, one też piszą scenariusze, wszystko wygląda estetycznie, można się wzniecić itd. Tylko że tak naprawdę wszystkie sceny i historie opierają się na tych samych figurach co „tradycyjne” porno. Mamy ewentualnie odwrócenie ról, ale nie ma nic odkrywczego, są pielęgniarki, są szefowe. No co za banał.

A jakie to miało znaczenie dla Heks?

Analiza tych filmów skłoniła mnie do dość gorzkiej refleksji, że podnieca mnie coś, co jest po prostu cliché. Miałam poczucie niesmaku. Wkurwiało mnie wręcz, że ja i moja wagina reagujemy na dość prymitywny, przewidywalny i nierzadko podszyty przemocowymi praktykami rodzaj erotyki, i nie mam tu na myśli BDSM. Ciało nadal jest używane, tyle tylko, że przez kobiety. Nie chodzi o proste przejęcie od mężczyzn steru, trzeba afirmować nowe jakości. O tym, obok nowej erotyki, są Heksy.

Fejkowe porno, prawdziwe problemy

Ale stary porządek nie odpuszcza. Doktor Charkot, z którym sesję terapeutyczną ma Anna Szajbel, mówi tak: „Domagała się pani od męża seksu w sposób jawny, a to znaczy, że tym samym wykastrowała go pani. […] Nikt nie chce uprawiać seksu z kimś, kto zawsze ma na niego ochotę. Mężczyzna musi zdobywać, by nie powiedzieć gwałcić”. No i co my, emancypujące się kobiety, mamy z tym zrobić, w jaki sposób spotkać się z mężczyznami myślącymi w taki sposób?

Jeśli dodać do tego zalew porno, którego będzie pewnie coraz więcej, to chyba zostają nam tylko istoty roślinne. Dzięki nim możemy się uwrażliwić, poruszyć obszary, które są uśpione. Bo masturbacja pod porno i przemocowy seks są odpowiedzią na głodówkę sensoryczną. Może trzeba zamknąć szczelinę na sterczki, a zacząć eksplorować różne rodzaje dotyku. Nie mam recepty. Ale jeśli mężczyzna się uczy, że najbardziej satysfakcjonujące jest branie kogoś siłą, no to nie dowie się, że można inaczej. I to jest nasza wspólna tragedia.

A czy Heksy to współczesne Bachantki?

Tak. Dokładnie tego rodzaju szału, o którym pisze Eurypides, pożądam dla kobiet. Nie wiem, czy jesteśmy to w stanie zrobić bez substancji psychoaktywnych i rypania martwiaków, czyli niszczenia wszystkiego, co martwe i wstrzymujące życie. Ale obawiam się, że chodzenie na marsze z hasłem „wypierdalać” tym szałem jeszcze nie jest.

A co?

Radykalna antymieszczańskość i przełączenie się z rozumu do waginy. Strajki kobiet wydawały się mocną, ale szybko skisłą energią. Wszystko, co działo się na ulicach, nastąpiło w wyniku silnej, ale jednak mieszczącej się w jakichś ramach społecznej normy reakcji na wykalkulowaną strategię wroga. Wroga, na którego działania jedyną właściwą odpowiedzią było owo „wypierdalać”.

A ty byś chciała, żebyśmy się od tej logiki odłączyły?

Tak. Żądam wykrzesania w kobiecej tożsamości pierwiastka bachanckiego. Żeby to osiągnąć, należy wpierw się spustoszyć z tego, co mam. Ja, Agnieszka Szpila, matka trzech córek, w tym dwóch z niepełnosprawnością i jednej neurotypowej – toż to wszystko gęba, a są tacy, którzy chcą mnie w tej gębie przytrzymać.

W jaki sposób?

„Agnieszko – powiada matka Bożena – strażniczka patriarchatu – matka dzieci niepełnosprawnych nie jeździ na wakacje, zobacz, jak skończyła matka tego Adriana na protestach”. „Agnieszko, jeśli będziesz tak wprost domagać się seksu, to go nie dostaniesz” – podpowie terapeuta czy inna figura falliczna w społecznym porządku. I takie tam inne. Cały czas słyszę odwoływanie się do tych gąb. A ja nie chcę być Agnieszką i nie chcę być Szpilą.

Tylko?

Mogę nimi bywać, ale marzę o tym, by wraz z innymi kobietami, moimi przyjaciółkami, móc rozmywać się w tożsamości zdefiniowanej mieszczańskim aktem nadania imienia czy jeszcze gorzej – jakiegoś chrztu – i roztapiać jak ser w potężnym, radykalnym, zmieniającym strukturę społeczną wkurwie. Chcę być płomieniem, a nie siarkowaną główką zapałki, którą ktoś potrze albo nie. To ja jestem patologicznym płomieniem – świecą płonącą jednocześnie z dwóch stron. „I am the Danger!”, cytując Waltera z Breaking Bad.

Ty też robisz swój Breaking Bad?

Tak, ale w znaczeniu seksu, obyczajowości, łóżka. Zrywam te zasłony, te baldachimy przyzwoitości i mówię, że to, co smrodliwe, bo starzejące się i rozkładające, ma takie samo prawo istnienia jak to, co dopiero pączkujące, perfekcyjnie czyste i młode. Chodzi mi głównie o to, by ponosić śmiertelne ryzyko wyrzekania się swojej tożsamości i móc odkrywać w sobie Agaue. To matka, która w szaleństwie, kolektywnym zresztą, zabiła własnego syna. Syna, który nie rozpoznał bóstwa, odrzucił Dionizosa i miał w pogardzie jego bachancki orszak. Sprawował patriarchalną władzę, przebierając się z niewieście fatałaszki. Nie zachęcam, rzecz jasna, do zabijania swoich dzieci.

Szczęśliwe macierzyństwo to pułapka na kobiety

Nie podejrzewałabym cię o to, ale rozumiem ów metaforyczny wydźwięk. Chodzi o zabicie figury statecznej, prawie świętej i beznamiętnej matki?

To, co robię, jest oddaniem hołdu szaleństwu, które też w tej matce jest, a bywa tłamszone. Prócz życia przejawia się w niej także potencjalne okrucieństwo i zapowiedź, że jeśli dzieciak cię zdradzi i uwięzi w uniemożliwiającym ci realizowanie własnej Wolności porządku społecznym, to możesz go za to przetrącić.

Ja na szczęście urodziłam CÓRKI, nie synów. I im pozostanę lojalna i wierna, bo mam w sobie, podobnie jak one, drobinki z popiołu spalonych na stosach kobiet. W mojej powieści bohaterki – na czele z Mathilde Spalt – mogły zostać spalone żywcem lub po odcięciu głowy przez kata. Większość zdecydowała się na to pierwsze. Dokonały wyboru, nie weszły w rolę ofiar. Chciały zrobić to świadome. Przećwiczyć odłączanie duszy od ciała osiągane w orgazmie. Chciały, byśmy wciągnęły ich spopielałe kości nosem, jak koks. Tyle że to zmienia świadomość nie na chwilę, ale na długie wieki.

Jednak Helene Spalt, pierwsza przewodniczka Ziemistych, zdaje się mieć w sobie pierwiastek bachancki, ale potem traci go na rzecz dogmatyzmu. Czy da się nie wpaść w tę pułapkę?

Masz rację, kaznodziejstwo staje się u Helene zbyt mocne. Dlatego że w pewnym momencie zdecydowała się przyjąć męską strategię, a Matki Ziemi użyła do budowy struktury opartej na hierarchii. Płaci za to wysoką cenę, ale po upadku potrafi się odrodzić, zaś jej dziedzictwo przejmuje mądrzejsza – zdaje się – o doświadczenia babki wnuczka Mathilde. Mądrość Mathilde polega na tym, o czym mówiłam wcześniej. Ona dokonuje wyboru. I w momencie śmierci – układa z siebie i swoich sióstr stos – nie po to, by łatwiej płonąć, ale po to, by krzesać. Krzesać tak, aby osiągnąć wraz z nimi kolektywny orgazm, który jest przecież najpotężniejszym i najpiękniejszym rytuałem przejścia, a przy tym najprzyjemniejszą ze śmierci. To jednak nie znaczy, że ich potomkini, Szajbel, nie będzie musiała ponieść strat.

Należy je przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza?

Tak, ale też zrozumieć, że w tej krzywdzie nie jesteśmy pierwsze. Zróbmy więc wszystko, by być ostatnie, albo dajmy przez siebie mówić tym, które musiały i muszą milczeć za życia. Nie mogę powiedzieć, że ja, Agnieszka Szpila, napisałam tę książkę. Widnieje na niej moje nazwisko, bo taki jest uzus społeczny. Jestem jednak przekonana, że pode mnie podpięły się różne kobiety. Ja tylko użyczyłam im siebie, żeby opowiedzieć historię, która być może się wydarzyła w takiej formie, być może w innej, ale nie da się obok niej przejść obojętnie, jest opowieścią kolektywnego przewrotu, kolektywnego nieszczęścia i kolektywnego orgazmu.

Szczuka o „Heksach”: Zupełnie Stary Testament

czytaj także

**
Agnieszka Szpila
– pisarka, kulturoznawczyni i mama trzech córek. Autorka książek Łebki od szpilki, w której na podstawie własnych doświadczeń pokazuje, jak wygląda życie rodzica dzieci z niepełnosprawnościami intelektualnymi, oraz Bardo – zgryźliwej satyry na polskie bolączki. Heksy to jej druga powieść.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij