Czytaj dalej, Unia Europejska

Dzieci z plecakami i autobusy kobiet – w Kraju Basków nie milkną echa działalności ETA

To jest poranione społeczeństwo. Przemoc dotknęła tu wiele osób, była codziennością. Teraz przemoc jest nieakceptowalna. Dlatego przestała istnieć ETA, bo nie było już na taką walkę przyzwolenia – mówi Katarzyna Mirgos, autorka książki „Gure. Historie z Kraju Basków”.

Joanna Wiśniowska: Co po baskijsku znaczy gure?

Katarzyna Mirgos: Gure znaczy „nasz”, „nasze”. To dla mnie słowo klucz, żeby zrozumieć baskijską kulturę, i dlatego znalazło się w tytule. Zawiera się w nim pewna familiarność, domowość. Możemy powiedzieć gurean, co oznacza „wśród nas”, ale też „w naszym domu”. Wiele osób mówiło mi, że w Kraju Basków rzadko używa się sformułowania „mój dom”, częściej mówi się „nasz dom”. W tradycyjnej baskijskiej kulturze dom i rodzina były postrzegane jako najważniejsze, a dążenia jednostki były drugorzędne.

W jaki sposób idea gure objawia się u Basków?

W tamtejszej codzienności bardziej widać grupę niż jednostkę. Można to zauważyć w organizowanych na każdy temat zebraniach, w inicjatywach solidarnościowych, ale i w bardziej prozaicznych sprawach, jak wspólne wychodzenie na imprezy w ramach ważnej grupy przyjaciół – cuadrilla. Jednostka zawsze umocowana była w obrębie pewnej grupy. W kulturze tradycyjnej był to dom, czyli baserri, typowe gospodarstwo. Interesujące jest to, że dom miał „imię” i nierzadko to z nim, a nie z urzędowym nazwiskiem łączono jednostkę. Na dobre i na złe. Bo jeśli ktoś był leniwy czy był pijakiem, to przynosił wstyd całemu domowi, w znaczeniu rodu. U Basków bardzo widać przywiązanie do grupy, którą tworzą. Również w odniesieniu do lokalnej tożsamości – związku z miejscem pochodzenia.

A to nie jest charakterystyczne dla mieszkańców i mieszkanek całej Hiszpanii?

Upodobanie do zabawy i towarzyskość to coś, o czym rzeczywiście można powiedzieć, że jest ogólnohiszpańskie. Choć akurat Baskowie mają w Hiszpanii opinię skrytych i zamkniętych. Zwróconych w stronę swojej grupy, a nie otwartych na innych. Mam wrażenie, że na przykład związek z grupą przyjaciół jest u Basków jeszcze silniejszy, są niemalże jak rodzina. To cuadrilla, to relacja, przyjaźń na całe życie. A zarazem to grupa bardzo hermetyczna. Wiadomo, że społeczeństwo się zmienia, u Basków też to widać, ale w tej warstwie tradycyjnej baskijski komunitaryzm był, według mnie, znacznie silniejszy. I ślady tego są dziś widoczne. To takie spojrzenie bardziej na „nas” niż na „mnie”.

Fot. Jakub Szafrański
Obchody Nocy Świętojańskiej w Donostia-San Sebastian Fot. Jakub Szafrański
Fot. Jakub Szafrański
Tradycyjne, coroczne odwiedziny młodych tancerzy w gospodarstwach lokalnej starszyzny w Amasa-Villabona. Fot. Jakub Szafrański

Obszar Kraju Basków trudno wyznaczyć? Czym właściwie on jest? Czy tylko regionem w Hiszpanii?

Niełatwo go zdefiniować. Najczęściej utożsamiany jest z regionem autonomicznym znajdującym się w Hiszpanii i złożonym z trzech prowincji. Niektórzy dodają do niego hiszpańską Nawarrę i te cztery prowincje tworzą tzw. Hegoalde, czyli „część południową”. Aczkolwiek poczucie odrębności Nawarczyków jest bardzo silne. Najszersza definicja obejmuje, oprócz tych czterech leżących w Hiszpanii, jeszcze trzy położone we Francji i nazywane Iparralde – „część północna”. Kraj Basków w granicach siedmiu prowincji nazywany jest Euskal Herria, a mówiąc o regionie autonomicznym, mówimy Euskadi.

W swojej książce sporo miejsca poświęcasz baskijskim mitom.

Dziś już niewielu wierzy w mity, ale poprzez opowiadanie ich dzieciom buduje się ich więzi z miejscem zamieszkania, małą ojczyzną. To element lokalnej opowieści, legendy. Ale w opowieściach wielu osób starszych też się one pojawiają. Babcia mojej koleżanki, gorliwa katoliczka, mówiła, że gdy szła przy strumieniu, widziała lamia, mitologicznego stwora. Kiedyś w miejscowości niedaleko góry Anboto – będącej według wierzeń siedzibą bogini czarownicy – zapytałam w sklepie o czarownice, wiarę w nie, legendy. Usłyszałam, że absolutnie żadnych czarownic nie ma. Dopiero gdy wspomniałam, że w okolicach mojego miejsca zamieszkania, w Polsce, są znachorki, nagle okazało się, że te czarownice gdzieś tam są. A nawet, że jedna mieszka całkiem niedaleko. Oprócz tego mity pojawiają się w baskijskich szkołach jako element edukacji.

Fot. Jakub Szafrański
Donostia-San Sebastian, stolica prowincji Gipuzkoa Fot. Jakub Szafrański
Fot. Jakub Szafrański
Aglomeracja Bilbao, największego miasta Kraju Basków Fot. Jakub Szafrański

Mimo to Baskowie są bardzo religijnym społeczeństwem?

Arana, XIX-wieczny ideolog nacjonalizmu baskijskiego, uważał, że Baskowie byli bardziej religijni niż mieszkańcy innych hiszpańskich regionów. Elementem stworzonej przez niego flagi baskijskiej był biały krzyż, który symbolizuje religię. Popularna była koncepcja, że bycie Baskiem oznacza bycie katolikiem, bycie religijnym. To synonimy, jak Polak katolik. Ale dziś to się zmienia, baskijskie kościoły pustoszeją, społeczeństwo się laicyzuje. Zresztą tak dzieje się w całej Hiszpanii, choć moim zdaniem w Kraju Basków jest to bardziej widoczne niż w niektórych innych regionach.

Irlandia zerwała z dyktatem Kościoła. Jak im się to udało?

Gdy mówisz o Kościele, przypomina mi się pewna historia z twojej książki. Co miał wspólnego Kościół katolicki z kradzieżą dzieci?

To zjawisko występowało w całej Hiszpanii, ale w Kraju Basków było dużo zgłoszeń, to jeden z bardziej dotkniętych pod tym względem regionów. Osoby duchowne często organizowały kradzieże dzieci i w nich pomagały. Trwało to kilkadziesiąt lat. Na początku ofiarami były rodziny, którym ideologicznie nie było po drodze z reżimem generała Francisco Franco. Później chodziło już o zarobek. Bywało nawet tak, że kierowano się przekonaniem, że będzie to dla dziecka najlepsze rozwiązanie, bo pochodzi z biednej rodziny lub miałoby być wychowywane przez samotną matkę. Ofiary wybierano wśród osób słabszych, które w większości nie upominały się o swoje prawa, nie miały takiej możliwości. Po drugiej stronie była rodzina, która oczekiwała na dziecko, a nie mogła mieć swojego.

W całym procederze uczestniczyło wiele różnych osób z Kościoła i personelu medycznego. Ktoś znajdował kobietę, ktoś prowadził jej ciążę, ktoś przyjmował poród, ktoś znajdował rodzinę. Wszystko było dopracowane w szczegółach. Do tego stopnia, że niekiedy dany lekarz prowadził rzekomą ciążę kobiety, która czekała na dziecko. Prowadził jej kartę, przychodziła nawet na niby poród i „rodziła” w tym samym czasie co ofiara. Po wszystkim przekazywano jej dziecko, a biologiczna matka otrzymywała informacje o śmierci noworodka. W dokumentach wszystko się zgadzało. Czasem, aby utrudnić odkrycie prawdy, biologiczną matkę celowo informowano, że jej dziecko było innej płci.

Jaka była tego skala?

Tego nikt nie jest w stanie obliczyć. Początkowo pojawiały się głosy, że pokrzywdzonych mogło być około 30 tysięcy ludzi, dziś szacuje się, że było ich nawet 300 tysięcy lub więcej. Pewne jest to, że zjawisko objęło całą Hiszpanię, całą rzeszę ludzi pozbawiono tożsamości. Wielu z nich w ogóle nie przyszło do głowy coś takiego, dopiero po czasie kojarzyli, że pokazane im zwłoki dziecka były podejrzanie duże albo zimne. Albo że w dokumentach są jakieś nieprawidłowości. Wciąż zgłaszają się kolejne osoby, to stosunkowo nowy temat.

Od niedawna głośno jest też o innej grupie, której oddaje się głos, to dzieci z plecakami. Kim są?

To dzieci osób, które odsiadują wyroki więzienia w związku z przynależnością lub współpracą z ETA, separatystyczną organizacją terrorystyczną, która istniała w latach 1959–2018. Hiszpańska polityka penitencjarna jest taka, że umieszcza się je w placówkach oddalonych jak najdalej od Kraju Basków, na przykład w oddalonym o ponad tysiąc kilometrów Kadyksie. Efekt jest taki, że to dodatkowa kara dla rodzin i dzieci. I stąd te „dzieci z plecakami”, które muszą pokonywać bardzo duże odległości, żeby zobaczyć przez kilkadziesiąt minut rodzica. Jeden z dorosłych już synów członka ETA podsumował, że przez 18 lat ojca w sumie widział 18 dni.

W Hiszpanii mówi się też o tym, jakie te podróże niosą konsekwencje – to spory wydatek, ale i narażenie na wypadek po drodze. Często te dzieci akurat w tym czasie mają urodziny koleżanki albo mecz swojej drużyny. Chcą zobaczyć ojca lub matkę, ale z drugiej strony są częścią swojej małej społeczności, chcą mieć w miarę możliwości zwyczajne dzieciństwo. Dlatego trwa walka o to, żeby wyroki odsiadywano jak najbliżej Kraju Basków. Aby rodziny – dzieci, rodzice, inni bliscy, nie mieli trudności z odwiedzinami.

A co z przeciwnikami tej idei?

Pojawiają się głosy, że przecież ci ludzie nie siedzą w więzieniu za nic i nikt im dzieci mieć nie kazał, że ta odpowiedzialność musi zostać poniesiona. Oraz że większymi ofiarami są dzieci, które straciły swoich bliskich w wyniku zamachu ETA.

Paradoks terroryzmu

Dziś to głównie kobiety zapełniają autobusy.

Jedna z autorek zajmująca się tym tematem zauważyła, że autobusy jadące do więzień to „autobusy kobiet” – często odwiedzający podróżują wspólnie wynajętym autobusem czy furgonetką – że to matki, żony, siostry, partnerki dominują wśród tych, które przez lata opiekują się więźniem, odwiedzając go, dbając o to, by niczego mu nie brakowało.

Fot. Jakub Szafrański
Coroczna wyprawa autokarowa na demonstrację w Bilbao Fot. Jakub Szafrański
Fot. Jakub Szafrański
Rodziny baskijskich więźniów na czele pochodu w Bilbao Fot. Jakub Szafrański

Bardzo uważasz w swojej książce na zero-jedynkowe stwierdzenia, mówisz o ofiarach, które są po obu stronach.

Makabryczne wydaje mi się porównywanie liczby ofiar po obu stronach i zestawianie, kto miał gorzej. Przemoc była szeroka i wielowątkowa. Nie tylko ETA mordowała ludzi, istniało wiele innych organizacji, które posługiwały się przemocą w tym konflikcie, jedna z bardziej znanych to GAL. Są zresztą organizacje, które zrzeszają wszystkie ofiary konfliktu, bo te są po każdej ze stron i nie ma lepszych lub gorszych ofiar. Jak pisał w swojej książce Amin Maalouf, przyznanie racji jednej grupie niesie za sobą ryzyko niedostrzeżenia jej występków, a czasem ofiara staje się katem. Po każdej ze stron jest wiele gniewu, czasem nienawiści, choć chyba przede wszystkim poczucia krzywdy. Ale zostając przy działalności ETA: jeden z moich rozmówców powiedział, że nie była ona zła, ale nie powie też, że była dobra.

Upragniony pokój w kraju Basków?

Można dostrzec historię na ulicach tamtejszych miast?

Na murach są napisy, na balkonach wisi sporo flag z napisami: „Baskijscy więźniowie do Kraju Basków”. Są tablice, które informują, że jest się w Kraju Basków, a nie w Hiszpanii. Ale są też demonstracje, czy to na plażach, gdzie odpoczywają turyści, czy podczas uroczystości. Jedne ze świąt spędziłam w Donostii, w San Sebastian, były tańce i muzyka, a nagle na scenę weszła grupa przyjaciół i rodziny więźniów. Trzymali ich fotografie, pokazywali, ile muszą pokonać kilometrów, żeby się z nimi zobaczyć. To dalej jest tu obecne.

Widać w Baskach i Baskijkach zmęczenie przemocą?

To jest poranione społeczeństwo. Przemoc dotknęła tu wiele osób, była codziennością. Jeden z moich rozmówców opowiadał, jak do knajp wpadała policja, trzeba było uciekać, bo oni nie pytali, z kim sympatyzujesz, bili każdego. Inna osoba, z którą rozmawiałam, przyznała, że na początku, gdy wybuchła przemoc, gdy ETA rozpoczęła działalność, ludzie mówili do siebie, że pewnie miał coś na sumieniu. Ale z biegiem lat i ofiar zaczęto to kontestować. Przeciwko przemocy było wiele grup o różnych poglądach. Byli też tacy, którzy mówili, że to była wojna i że nie ma się co chwalić „wyczynami”, ale to zło było konieczne i taką ofiarę trzeba było ponieść. Teraz przemoc jest nieakceptowalna. Dlatego przestała istnieć ETA, bo nie było już na taką walkę przyzwolenia.

Komu władzę w Kraju Basków?

czytaj także

Komu władzę w Kraju Basków?

Katarzyna Sosnowska

Ale nadal wielu powracających z więzienia członków tej organizacji uroczyście się wita.

Dla wielu to nie do zaakceptowania. W końcu obok siebie żyją rodziny ofiar i napastników. Choć zdefiniowanie tego, kto był ofiarą, a kto agresorem, jest w społeczeństwie relatywne. Takie powitania często mają bardzo uroczysty charakter, gromadzą tłumy. Są baskijskie flagi, śpiew, taniec wykonany dla uhonorowania przybyłego i inne. Ktoś z zewnątrz mógłby mieć wrażenie, że do miasta przyjechał ważny gość. Dla jego bliskich to naturalny wyraz radości, dumy. Dla ofiar ETA z kolei to ból i akceptacja dokonanych aktów przemocy.

Fot. Jakub Szafrański
Młodzież z miasta Errenteria Fot. Jakub Szafrański

Piszesz w książce o 12-latkach, którzy nie wiedzą, czym jest ETA.

To obserwacja mojego przyjaciela, który jest tam nauczycielem. To wynika także z tego, że w Kraju Basków jest coraz więcej imigrantów. Ale i z tego, że rodziny, które w jakiś sposób uczestniczyły w konflikcie, chronią swoje dzieci, oraz tego, że dziś w Kraju Basków ważniejsze są już inne kwestie.

Język też nie jest już tak ważny?

Nowe pokolenie ma inne problemy, ono żyje w innym świecie, inne wartości są dla niego istotne, niekoniecznie niepodległość i język baskijski. Ich rodzice, dziadkowie powtarzali, że trzeba mówić po baskijsku, żeby nie zaniknął. Dziś w tym języku naucza się w szkole, ale właśnie dlatego to dla dzieci przedmiot jak matematyka czy historia. Niezbyt to atrakcyjne dla niektórych. Coraz częściej mówi się więc o tym, że dawne sposoby zachęcania do nauki tego języka przestały się sprawdzać. Dla wielu z nich rozmowa po hiszpańsku jest bardziej młodzieżowa. Dlatego mówi się o tym, że dziś największym wyzwaniem jest to, aby język baskijski był atrakcyjny, żywy w prywatnej przestrzeni.

Są i tacy, którzy uważają, że walka na rzecz języka baskijskiego powinna polegać na przykład na tym, żeby wspierać kulturę poprzez kupowanie baskojęzycznych płyt czy książek.

Jakie są relacje baskijsko-katalońskie?

Oba narody łączy podobna sytuacja i zbliżone cele. W obu silne jest poczucie kulturowej odrębności, widoczne są ruchy, których celem jest stworzenie własnego państwa. A jednak można odnieść wrażenie, że każdy z tych regionów wybrał nieco inną i osobną drogę.

Fot. Jakub Szafrański
Baskijskie wsparcie podczas referendum niepodległościowego w Barcelonie Fot. Jakub Szafrański

Obecnie nastroje w Kraju Basków są inne niż w Katalonii.

Gdy w 2017 roku Katalończycy próbowali przeprowadzić referendum niepodległościowe, ciekawa byłam, co na to Baskowie. Wydawało się, że to idealny moment, żeby się dołączyć. Kiedy, jak nie teraz? Baskowie poparli Katalończyków, wielu z nich pojechało do Barcelony. Na baskijskich ulicach widać było hasła poparcia, manifestacje. Ale pojawiło się wiele głosów, i to z obu stron, że to jednak za mało. Może to zniechęcenie, zmęczenie, złamanie, brak woli, pomysłu i celu? Może Baskowie nie wierzą już w niepodległość? Jeden z moich rozmówców powiedział mi, że dziś niepodległy Kraj Basków jest już tylko marzeniem. Ale inny stwierdził, że nie wszystko jest stracone. Kto wie, co przyniesie przyszłość. W końcu o języku baskijskim, który dziś prężnie się rozwija, mówiono, że zniknie. Baskowie potrafią zaskoczyć.

**

Katarzyna Mirgos (ur. 1980) – antropolożka kultury, pracuje w Instytucie Archeologii i Etnologii Uniwersytetu Gdańskiego. Bada zagadnienia związane z migracją, antropologią rodziny, kulturami i językami mniejszościowymi. Jest autorką i redaktorką prac poświęconych kulturze baskijskiej, tłumaczeń z języka baskijskiego na polski, organizatorką warsztatów, wystaw, konferencji i pokazów filmowych związanych z kulturami Hiszpanii. Jej książka Gure. Historie z Kraju Basków ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Joanna Wiśniowska
Joanna Wiśniowska
Dziennikarka
Dziennikarka związana z „Gazetą Wyborczą Trójmiasto” i „Wysokimi Obcasami”, publikowała m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, newonce.sport i magazynie „Kopalnia. Sztuka Futbolu”.
Zamknij