Kraj

Wybory 28 czerwca: Stracona szansa Lewicy i wyścig Hołowni z Trzaskowskim

Fot. Adrian Grycuk, Silar/wikimedia commons

Pojawienie się Rafała Trzaskowskiego nie namieszało w wyścigu wyborczym, ale jego kandydatura sprawiła, że na scenie politycznej wszystko wróciło do normy, czyli starcia dwóch największych obozów politycznego konfliktu w kraju: PiS i anty-PiS.


Marszałek Sejmu Elżbieta Witek ogłosiła dzisiaj, że wybory na prezydenta RP odbędą się 28 czerwca. Oznacza to, że termin drugiej tury wyborów, o ile do niej dojdzie, zgodnie z konstytucją wypadnie na 12 lipca.

Co dynamika najnowszych sondaży mówi nam o wyborach i szansach kandydatów opozycji? Sprawdziliśmy to.

Duda prowadzi w pierwszej połowie. Potem zwrot akcji

Od tygodni kolejne prasowe nagłówki donoszą, że sondażowe poparcie dla Andrzeja Dudy topnieje. Czy to oznacza, że jego reelekcja stoi pod znakiem zapytania? Ostanie sondaże, w tym m.in. United Surveys dla „Dziennika Gazety Prawnej” i RMF FM, sugerują, że kandydat PiS ma sporą przewagę nad swoimi oponentami, ale tylko w pierwszej turze.

– Jeśli wybory odbędą się 28 czerwca, to do drugiej tury obok Andrzeja Dudy wejdzie najprawdopodobniej kandydat Koalicji Obywatelskiej Rafał Trzaskowski, ale po piętach depcze mu Szymon Hołownia – mówi prof. Radosław Markowski, politolog kierujący Centrum Studiów nad Demokracją Uniwersytetu SWPS.

Lepszy Rafał w garści niż Robert na dachu?

Sytuacja wygląda zgoła inaczej, gdy ankietowani odpowiadają na pytania o drugą turę. W niej Duda nie mógłby już czuć się pewnie, a dynamika sondażowa pokazuje, że urzędujący prezydent traci głosy i może przegrać wyścig o prezydenturę na rzecz Rafała Trzaskowskiego lub Szymona Hołowni.

We wszystkich opcjach należy wziąć pod uwagę, że część respondentów nie podjęła jeszcze jednoznacznej decyzji. Odpowiedź „nie wiem” na sondażowe pytanie może ulec zmianie podczas faktycznego głosowania przy urnie, a to każe przypuszczać, że chwiejność szali zwycięstwa jest wysoka i nie pozwala dziś jednoznacznie wskazać faworyta.

Analizie sondażowej poddano także też inne scenariusze drugiej tury. Wynika z nich m.in., że w starciu dwóch kandydatów remis nastąpiłby w wariancie PiS kontra PSL, a przedstawiciele obu partii mogliby liczyć na 45,3 proc. poparcia. Nadzieje Władysława Kosiniaka-Kamysza na udział w dogrywce wydają się jednak niewielkie, ponieważ lidera ludowców w pierwszej turze znacząco wyprzedzają oponenci, a jego sondażowy elektorat nie przekracza 10 proc.

Z Atlanty na wieś [Sierakowski rozmawia z Kosiniakiem-Kamyszem]

– W ogóle nie widzę, by Kosiniak-Kamysz komukolwiek deptał po piętach. Jeśli wziąć pod uwagę większość badań przeprowadzanych w ostatnim okresie, ma marginalny procent poparcia, czasami udaje mu się doskoczyć do 7 czy 8 proc., ale to raczej przypadek niż stale utrzymująca się tendencja – twierdzi prof. Radosław Markowski, politolog z Uniwersytetu SWPS i dyrektor działającego na tej uczelni Centrum Studiów nad Demokracją, które od ogłoszenia stanu epidemicznego w Polsce regularnie sprawdza preferencje polityczne nad Wisłą.

Opozycja ma szansę te wybory wygrać

Z badania, które opublikowało Centrum Studiów nad Demokracją SWPS pod koniec maja, można wysunąć taki właśnie wniosek. Elektorat Andrzeja Dudy skurczył się w stosunku do wcześniejszej analogicznej analizy i wynosi dziś około 32 procent. Gdy prezydent traci, zyskują jego kontrkandydaci. Wyborcze zaplecze Hołowni wzrosło o 3 punkty procentowe do ok. 22 proc. Na więcej głosów może zaś liczyć Rafał Trzaskowski, który cieszy się już 25-procentowym poparciem, choć jego kampania dopiero się rozpoczęła.

Z badania SWPS wynika ponadto, że Andrzej Duda w drugiej turze przegrałby z kretesem zarówno z eks-prezenterem TVN-u (w stosunku 61 do 39 proc.), jak i prezydentem Warszawy (57:43 proc.). Choć oficjalna kampania wyborcza na dobre się nie rozpoczęła, bo marszałek Sejmu Elżbieta Witek dopiero dzisiaj ogłosiła datę nowych wyborów, Hołownia i Trzaskowski toczą ostrą batalię o głosy wyborców. Ale to tego drugiego publicyści i eksperci w wyścigu prezydenckim nazywają czarnym koniem kandydatów opozycji.

Prof. Radosław Markowski podkreśla, że wystawienie nowego kandydata przez KO przyniosło raczej spodziewane rezultaty. Jego zdaniem nie powinniśmy mówić o tym, że start Trzaskowskiego namieszał w wyborczym pojedynku, a jedynie pokazał, że „na scenie politycznej wszystko wróciło do normy”. Słowem – tradycji stało się zadość i znów bój toczy się między dwoma biegunami politycznego duopolu: PiS-em i KO.

– Jeśli mówimy o jakimkolwiek chaosie, to głównym winowajcą jest cała sprawa z nieprzemyślanymi i nieprzeprowadzonymi wyborami, które miały się odbyć 10 maja. Kandydująca wówczas z ramienia Koalicji Obywatelskiej na urząd prezydenta Małgorzata Kidawa-Błońska słusznie powiedziała, że nie będzie brała udziału w maglu politycznym, zatem nie jej poparcie wtedy spadło, tylko wyborcy KO byli zdezorientowani. W badaniach, które prowadzimy widzieliśmy, że aż 90 proc. elektoratu Koalicji Obywatelskiej deklarowało, że nie pójdzie na wybory. Teraz, gdy wszystko wróciło do normy, Rafał Trzaskowski ma spodziewane, ponad 20-procentowe poparcie. Podobnie jak partia, która za nim stoi – wskazuje Markowski dodając, że jeśli wybory odbędą się 28 czerwca, liczyć będzie się tylko trójka kandydatów.

– Trudno na dzisiaj powiedzieć, czy druga tura na pewno się odbędzie, ale jeśli tak, to przeciwnikiem Dudy będzie Hołownia lub Trzaskowski. Choć wiele się jeszcze może zmienić, moim zdaniem największe szanse ma kandydat KO. Choćby z tego względu, że ma silne zaplecze polityczne o dużych możliwościach – mówi prof. Markowski.

Czy ludzie pójdą na wybory?

– Pamiętajmy, że właściwie dopiero teraz, czyli na początku czerwca, możemy należycie badać preferencje prezydenckie, czyli prowadzić badania metodą twarzą w twarz – wskazuje prof. Markowski. Wcześniej uniemożliwiały to ograniczenia związane z pandemią Covid-19.

Tymczasem wątpliwości u wyborców budzi już sama legalność i konstytucyjność wyborów, o których tak naprawdę nadal niewiele wiemy. To jeden z powodów, dla których zdecydowana większość Polek i Polaków (69 proc. w badaniu Centrum Studiów nad Demokracją SWPS) nadal jest zadania, że głosowanie na przełomie czerwca i lipca to zły pomysł. Ci sami respondenci odpowiadają, że z wyborami należałoby zaczekać do jesieni, a może nawet przyszłej wiosny.

Marszałek Sejmu Elżbieta Witek ogłosiła dziś, że pierwsza tura wyborów prezydenckich odbędzie się 28 czerwca, a głosować będziemy metodą mieszaną: w lokalach wyborczych i korespondencyjnie. Przypomnijmy, że Sejm zakończył we wtorek głosowanie nad poprawkami do ustawy o wyborach prezydenckich, które dzień wcześniej debatował i zatwierdził Senat. Andrzej Duda ustawę podpisał jeszcze tego samego dnia, a ustawa została natychmiast opublikowana w Dzienniku Ustaw.

Część senackich poprawek została przez przyjęta, ale te zdaniem opozycji kluczowe zostały przez prawicową większość odrzucone. Chodzi m.in. o zapisy dotyczące kalendarza wyborczego i propozycję, żeby w kalendarzu wyborczym było co najmniej 10 dni na rejestrację komitetu wyborczego i zebranie podpisów. PiS odrzucił także możliwość wyrażenia poparcia dla kandydatów na prezydenta za pomocą elektronicznej platformy usług administracji publicznej ePUAP. To – w opinii opozycyjnych parlamentarzystów i parlamentarzystek, m.in. Marcina Kierwińskiego z KO, otwarta droga do „manipulowania wyborami” i „ograniczania kandydatom opozycyjnym możliwości prowadzenia kampanii wyborczej”.

A co z Lewicą?

Jak te kilka tygodni wykorzysta kandydat lewicy Robert Biedroń? Czy obecnie liczy się już tylko trójka Hołownia-Duda-Trzaskowski?

Zdaniem prof. Radosława Markowskiego wielkimi przegranymi tych wyborów są Władysław Kosiniak-Kamysz i Robert Biedroń. Nasz rozmówca ocenia, że dla Lewicy prezydencki wyścig okazał się „straconą szansą”. Europoseł z Wiosny w sondażach zdobywa dziś poparcie w okolicach 4-6 proc. Co poszło nie tak?

– Robert Biedroń to ten sam casus, co Kosiniak-Kamysz. Jeśli ktoś myśli, że wystarczy po prostu pojawić się i rozemocjonowanym głosem wykrzykiwać codziennie te same hasła, to zderzy się w końcu ze ścianą znużenia społecznego. W ten sposób nie prowadzi się kampanii wyborczej. Gwoździem do trumny obu kandydatów była zgoda na to, by za wszelką cenę wybory się odbyły. Niezależnie od formy i procedury, by mieć je z głowy, im szybciej tym lepiej. Najwyraźniej w PSL-u i na Lewicy kończą się zasoby, energia, a może i wola walki – ocenia prof. Markowski i dodaje, że dla Lewicy szczególnie wybory prezydenckie to „całkowicie zmarnowana szansa” na budowanie mocnej pozycji w polityce.

Biedroń: Bojkot wyborów nie jest rozwiązaniem. Trzeba walczyć do końca

– Ci, którzy uważają, że w Polsce nie ma lewicowego czy progresywnego elektoratu, są w błędzie. Niektóre badania opinii publicznej lub socjologowie o limitowanych zdolnościach metodologicznych próbują nam to wmawiać od wielu lat, ale taki elektorat jest. I jest bardzo liczny. Tylko że partie lewicowe nie potrafią go do siebie przekonać. Polska to tak naprawdę kraj-raj dla partii lewicowej – uważa Markowski podkreślając, że istnieje wiele socjokulturowych jak i ekonomiczno-redystrybucyjnych powodów, dla których lewica w naszym kraju powinna być silna.

Polska to „jedno z biedniejszych państw w UE, potrzebujące rozdziału od średniowiecznego Kościoła” – mówi politolog z SWPS. Ale to nie jedyne kwestie kontekstowe, które sprzyjają lewicowej narracji. Oprócz tego lewica ma do dyspozycji sprzyjające jej pod każdą szerokością geograficzną tematy: konsekwencje zmian klimatycznych, jakość transportu publicznego, smog czy zakorkowanie miast.

– Okoliczności społeczno-ekonomiczne wydają się wprost podane lewicy na tacy i stwarzają szansę, by nie tylko grać ważną rolę na scenie politycznej, ale również na niej wygrywać. Niestety w czasie, gdy partie lewicowe i progresywne na świecie proponują wiele ciekawych rozwiązań, w Polsce mamy problem już na poziomie podstawowym – organizacyjnym. Bo wygląda na to, że konglomerat lewicy parlamentarnej, czyli Razem, Wiosny i SLD, nie jest do końca zjednoczony – zauważa Markowski.

Jak uratować kampanię Biedronia?

– Moim zdaniem formuła Lewicy w całości wymaga zmiany. Z różnych powodów. Włodzimierz Czarzasty ma problematyczną przeszłość, która się za nim ciągnie. Adrian Zandberg to postać niezwykle interesująca, bardzo sprawna intelektualnie, ale nadająca się do kawiarnianych debat, a nie kandydat na prezydenta, który trafi pod strzechy i uzyska co najmniej 30-proc. poparcie w wyścigu wyborczym. Dramat lidera Razem, podobnie jak i Wiosny polega na tym, że są oni ulokowani w społeczeństwie, które politycznie czy publicznie jest dość peryferyjne i niewyrafinowane. Dlatego Robert Biedroń, kandydat progresywny, wydaje się trudny do zaakceptowania jako prezydent w kraju o dość silnej tradycji i wpływie instytucji Kościoła, która petryfikuje ludzkie umysły od kolebki do grobu. By może jeszcze w Polsce na to za wcześnie – podsumowuje nasz rozmówca.

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Paulina Januszewska

| Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.