Kraj, Michał Sutowski

Weto może Kaczyńskiemu wybuchnąć w rękach

Prezes zapowiada weto dla unijnego budżetu i funduszu na walkę z kryzysem pandemicznym. Byłoby dziwne, gdyby na użytek wyborców Kaczyński dziś kartą antyeuropejską nie zagrał. Ale na groźbie wet i nonpossumusów PiS może się wyłożyć.

Był taki przywódca ZSRR, co chciał zreformować komunizm, a rozmontował imperium. I taki radziecki generał, co dla sławy bardzo chciał zdobyć Lwów, więc jego kolega przegrał bitwę pod Warszawą i potem całą wojnę. Krzysztof Kolumb chciał dopłynąć do Indii, a trafił na Karaiby. David Cameron chciał uspokoić jastrzębie we własnej partii, a w referendum wyprowadził kraj z Unii Europejskiej. Historia to wielki festiwal niezamierzonych konsekwencji, na dobre i na złe. I mam przeczucie, że podobnie będzie z groźbą weta polskiego rządu, jaką w wywiadzie dla „Gazety Polskiej Codziennie” wystosował właśnie Jarosław Kaczyński.


Prezes mówi najpierw, że nawet w tym strasznym PRL-u, mimo presji Moskwy, było indywidualne rolnictwo i Kościół – „oczywiście szykanowany, prześladowany, brutalnie gnębiony” – działał, za to dziś „instytucje Unii Europejskiej, jej przeróżni urzędnicy, jacyś politycy, których Polacy nigdy nigdzie nie wybierali, żądają od nas, byśmy zweryfikowali całą naszą kulturę, odrzucili wszystko, co dla nas arcyważne, bo im się tak podoba […]. Na takie działania nie będzie zgody. Będziemy bronić naszej tożsamości, naszej wolności, suwerenności za wszelką cenę”.

Nic nowego pod słońcem: Unia jak Sowiety, wstajemy z kolan, nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, to w PiS-ie dość zdarta płyta. Kaczyński idzie jednak krok albo i dwa dalej: „Nie damy się terroryzować pieniędzmi. Nasza odpowiedź na te działania będzie jasna: nie”. Znaczy co konkretnie? Weto dla unijnego budżetu i funduszu na walkę z kryzysem pandemicznym? Zgadliście: „Będzie weto […]. Jeśli groźby i szantaże będą utrzymane, to my będziemy twardo bronić żywotnego interesu Polski. Weto. Non possumus”. I dalej, że my jesteśmy po dobrej stronie, a Zachód upada.

No i teraz wróćmy do niezamierzonych konsekwencji. Gdzie są te Indie (Lwów, demokratyczny socjalizm…) Kaczyńskiego? Racjonalnych powodów do zapowiedzi twardego kursu w Europie jest aż nadto. Rozróby Zbigniewa Ziobry mogły zasiać u części wyborców niepewność, czy „główny nurt” PiS nie bywa aby za miękki, technokratyczny, zbyt letnio patriotyczny. Wojna z futrzarzami i rolnikami to już kryzys pełną gębą – twardy elektorat doznał nie tylko uszczerbku materialnych interesów ze strony władzy, ale także ideologicznego afrontu, gdy nad obyczaj i tradycję prezes przedłożył jakieś wielkomiejskie fanaberie. Na Górnym Śląsku zamyka się kopalnie, spółki energetyczne cienko przędą. Gospodarka nieźle się trzyma po pierwszej fali COVID-19, ale eksplozja zachorowań jesienią, a zwłaszcza przeciążenie szpitali mogą dojechać ten rząd, jak go – parafrazując Zbigniewa Stonogę – nikt jeszcze nie dojechał. No i wreszcie, pojawia się konkretny pretekst, czyli dociskanie celów klimatycznych przez UE i zapowiedzi wiązania unijnych środków z praworządnością.

Morawski: Lepszy dług publiczny niż miliony bezrobotnych

Krótko mówiąc, byłoby dziwne, gdyby na użytek wyborców Kaczyński dziś kartą antyeuropejską nie zagrał. Zwłaszcza że z boku są i tacy, co wbijają mu szpilki, nawet jeśli to Konfederaci, a nie wilki. I zakładam, że w zamyśle ma to być raczej cyrk mobilizacyjny dla ludu, na rynek krajowy. A za granicą – podbicie stawki w brukselskich bojach o pieniądze, warunki ich wydawania i różne okresy przejściowe w sprawie klimatu.

Tyle że takie akcje wymykają się nieraz spod kontroli lub, mówiąc bardziej obrazowo, taki prowizoryczny granat zaczepny (Kaczyński powiedziałby, że tylko obronny) wybucha czasem w rękach. Na dziś widzę trzy kierunki, na których w związku z groźbami wet i nonpossumusów Jarosław Kaczyński może się wyłożyć i rozbić sobie dziób.

Jeśli rząd wylicytuje w Brukseli za mocno, ktoś w końcu potraktuje to jako pretekst, by Polski naprawdę tych środków finansowych pozbawić. Jest praworządność (znaczy, nie ma, jest problem praworządności); jest graniczące z negacjonizmem zmiany klimatu opóźnianie odejścia od węgla (nie tylko w Polsce, Niemcy ostatnio nieźle ładują do pieca, ale to naprawdę mało kogo obejdzie); teraz jeszcze by doszło zablokowanie pierwszej naprawdę udanej inicjatywy unijnej od lat czy transferu góry pieniędzy do państw, regionów, biznesów i pracowników na walkę ze skutkami kryzysu i wielką, cyfrowo-energetyczną transformację.

I co wtedy? Po przejściu tsunami wirusa, bez dodatkowych europejskich środków polscy pracownicy w fabrykach zrobią się jeszcze tańsi; po latach niedofinansowania, a teraz jeszcze gnojenia ochrony zdrowia („problemem jest zaangażowanie części personelu medycznego”, copyright by minister Sasin) nasi lekarze i pielęgniarki jeszcze chętniej wyjadą w cholerę do Niemiec i Skandynawii. A z kraju się zrobi specjalną strefę ekonomiczną, minister Gowin polubi to. W tym scenariuszu ktoś ten rząd w końcu wyniesie na widłach, acz nie mam wątpliwości, że wtedy opozycja będzie już dawno na uchodźstwie.

Brakuje lekarzy i pielęgniarek. Potrzebni medycy z zagranicy

Jeśli z kolei rząd w Brukseli wylicytuje za słabo, to w rozumieniu części elektoratu rzuci słowa na wiatr. A zatem będzie jazda z COVID-em, szkołą i ochroną zdrowia, jazda z rolnikami – i wymarzony grunt pod wzrost wpływów Konfederacji. Już nie na fali anty-COVID-owej, lecz przez ogólne zniechęcenie prawicowych wyborców do władzy. Tej, co nie tylko nie ogarnia narastającego chaosu, nie tylko wlepia horrendalne mandaty za nienoszenie maseczek i niezachowanie dystansu, ale jeszcze do tego wszystkiego nie ma cojones, czy mówiąc po słowiańsku jaj, a jej lider to coraz bardziej zdziwaczały pierdoła. Raczej nie będzie wideł, za to drugi Weimar, czyli polityczny chaos; opozycja też z czasem będzie na uchodźstwie, jak zdąży.

Jest i kierunek trzeci. Może wreszcie, niezależnie od tego, co rząd w Brukseli uzyska lub nie, wyciągniemy poważne wnioski z twierdzeń, że Zjednoczona Prawica prowadzi Polskę w przepaść. Jeśli nie teraz, to kiedy? Prawo i Sprawiedliwość już nagrabiło sobie we własnym elektoracie. Za chwilę jakaś jego część będzie leżeć pod respiratorami – oczywiście, jeśli starczy dla nich urządzeń i lekarzy do ich obsługi. Rodzice zaraz przestaną kurwić na nauczycieli, że dzieci uczą się z domu, za to zaczną się bać, że dziadek z babcią przez to całe chodzenie do szkoły nie dotrwają do świąt. A teraz jeszcze mamy posłać na drzewo całą tę Unię Europejską wraz z jej pieniędzmi po to, żeby w Polsce można było bez obaw tłuc gejów na ulicy, zmuszać kobiety do donaszania martwych ciąż i prześladować sędziów za niezgodne z linią władzy wyroki.

Obecna polityka obozu władzy – przy założeniu business as usual, czyli „róbmy tak dalej” – prowadzi kraj od stref wolnych od LGBT ku specjalnej strefie ekonomicznej, którą Polska stanie się w całości, jeśli wypadnie na peryferie Europy. Po drodze grozi nam zupełny rozkład usług publicznych, a potem więzi społecznych i przemoc na ulicach. W efekcie sam prezes PiS zostanie emerytowanym, ale grabarzem cywilizowanego narodu.

Pomysł prezesa PiS, by właśnie teraz stawiać sprawy w Unii na ostrzu noża, to ostatni dzwonek mobilizacyjny i dla opozycji, i obywateli poza polityką. Wybory są za trzy lata, ale alternatywy polityczne i idee na to, co będzie po PiS, wykuwają się właśnie teraz. Ja myślę, że to jest początek długiego końca Kaczyńskiego. Ale kto zorganizuje nowy początek, bynajmniej nie jest rozstrzygnięte.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.