Kraj

Klaudii Jachiry taniec z gwiazdami

Mądrze pomyślane inwestycje publiczne są inwestycjami w dobrostan ludzi. Nie są kosztem. Nie są jak jachty kupowane przez miliarderów albo super drogie ciuchy – ornamentami przepychu dowodzącymi czyjegoś statusu. Szkoda, że niektórzy politycy i polityczki opozycji nadal tego nie rozumieją. Komentarz Kamila Fejfera.

„Ile będzie nas kosztował Polski ład? 650 mld zł to astronomiczna suma, dlatego postaram się ją przybliżyć. W galaktyce jest ok. 200 mld gwiazd, dlatego musielibyśmy dodać wszystkie gwiazdy Drogi Mlecznej, Andromedy i Trójkąta. 3 galaktyki – tyle będzie nas kosztował Polski ład!” – pisze na Twitterze posłanka Klaudia Jachira.

Zadziwiające jest denominowanie programu gospodarczego w gwiazdach, ale jednak pójdźmy kawałek tym tropem.

Według informacji rządowych nakłady na Polski Ład mają wynieść 650 mld zł (w to wliczają się również prywatne inwestycje). Oczywiście nie jednorazowo, tylko w perspektywie lat 2021–2030. Rocznie wychodzi więc 72,4 mld zł. Oczywiście to tylko szacunki władz, które – jak możemy wnosić choćby z historii odłożonej na półkę Strategii Odsiedzianego Rozwoju – niekoniecznie muszą pokrywać się z rzeczywistością. Weźmy je jednak za dobrą monetę.

W Drodze Mlecznej jest tak naprawdę około 400 miliardów gwiazd (w kolejnym tweetcie poprawiła to sama Jachira). Jeżeli z jakiegoś szalonego powodu potraktujemy jedną gwiazdę jako złotówkę (tania ta gwiazda), to na przykład plan Marshalla (który według „Forbesa” w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze wart był około 143 mld dolarów, czyli około 530 mld zł) kosztowałby 1,3 Drogi Mlecznej.

Mało tego. Polska w 2020 roku wydała na emerytury 177 mld zł. Jeżeli potraktowalibyśmy te wydatki jako koszt niezmienny (chociaż wiemy, że to nieprawda; jednak w krótkim okresie nakłady na emerytury nie zmieniają się drastycznie), to z naszej galaktyki wyprztykalibyśmy się już po 2,2 roku. Nie mówiąc o europejskim planie odbudowy wartym 1,8 mld euro, czyli 8,1 mld zł. To byłoby jakieś 20 Dróg Mlecznych.

Można jeszcze dorzucić żart o tym, jak polska klasa wyższa przerzuca swój kapitał z rynku nieruchomości, wykupując masowo gwiazdy w okolicach centralnej, masywnej czarnej dziury i licząc na zwyżkę kursu przed pochłonięciem ich przez Sagittariusa A*. Ba, sam bym sobie kupił jakąś gromadę gwiazd, jakby ich kurs był tak niski. Kto wie, może by się do czegoś w przyszłości przydały?

Ale co w zasadzie chciała zakomunikować tym autoparodystycznym tweetem Klaudia Jachira? Jaka była jej realna intencja? Chodziło o zakomunikowanie, hehe, astronomicznej wartości publicznych wydatków. A przecież te pieniądze mogłyby zostać wydane lepiej, nieprawdaż? Czytaj: zapewne mogłyby zostać, przynajmniej w części, w kieszeniach ludzi. A ci wydaliby je znacznie racjonalniej. Wiadomo przecież nie od dzisiaj, że suma jednostkowych racjonalności przedzierzga się w emergentną racjonalność systemu. Tyle tylko, że nie.

I nie jest to jedynie moje zdanie. Bankier.pl zapytał o Polski Ład komentatorów, w tym ekonomistów współpracujących z instytucjami finansowymi. „W sferze podatkowej «Polskiego Ładu» najważniejszą częścią jest zmiana modelu opodatkowania pracy z degresywnego na progresywny. Taki model jest najbardziej popularny w Europie i generalnie w krajach OECD” – mówił bankierowi Główny Ekonomista BGK Mateusz Walewski.

Dla kogo ten Ład? Gdula o przyszłości państwa opiekuńczego w Polsce

„Nasza prognoza wzrostu PKB na przyszły rok to 4,7 proc. Kształt tego programu wskazuje, że w przyszłym roku wzrost PKB może być wyższy, a więc może przekroczyć 5 proc.” – mówił z kolei główny ekonomista PKO BP Piotr Bujak. „Wśród najważniejszych elementów tego programu jest zmniejszenie obciążeń podatkowych dla osób mniej zarabiających i dla klasy średniej, oczywiście klasy średniej w polskich warunkach” – dodał. Zdaniem Bujaka zmiany zwiększą dochód rozporządzalny ponad połowy Polaków. To z kolei nakręci konsumpcję, ponieważ ci, którzy skorzystają, to jednocześnie grupa, która w przypadku zwiększenia dochodu niemal całość owej „górki” przeznaczy na konsumpcję. To nakręci gospodarkę oraz da wpływy z VAT.

Inny ekonomista, dr Jakub Sawulski z Polskiego Instytutu Ekonomicznego, mówił „Gazecie Wyborczej”, że wprowadzana przez Polski Ład progresja jest umiarkowana na tle państw Europy Zachodniej. Stwierdził również, że dyskurs o „dorzynaniu klasy średniej” jest dla niego „bardzo zaskakujący”.

„Wykładam na uczelni, dużo pracuję, jestem samodzielną matką. Jak uderzą mnie wyższe podatki, to koniec” [LIST]

Wreszcie, prof. Elżbieta Mączyńska, prezeska Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, na antenie radia Tok.FM stwierdziła, że tworzenie progresji podatkowej w Polsce to kierunek „niezbędny”. Zwłaszcza w kontekście wyzwań, jakie stawia przed nami popandemiczna (miejmy nadzieję) gospodarka. „Kierunkowo jest to słuszne rozwiązanie”, podsumowała.

Jasne jest, że nie cały program to tylko podatki (te mają stanowić 108 mld zł – jedną czwartą Drogi Mlecznej, hehe). Duża część Polskiego Ładu to również zdrowie (koszt 122 mld zł). Jasne, że można (i trzeba) mieć zastrzeżenia do niektórych części rządowych pomysłów. Na przykład część dotycząca mieszkalnictwa wygląda jak przepis na wzrost cen mieszkań oraz dopłacanie do zysku banków i deweloperów.

W tym umiarkowanie błyskotliwym wpisie Jachiry najgorsze nie jest to, że jest on po prostu kuriozalny. Najgorsze jest to, że inwestycje publiczne są tam potraktowane właśnie jako (astronomiczny) koszt. Argumentem przeciw nim jest to, że… są ponoszone.

Tymczasem wydatki publiczne bardzo często są – no właśnie – inwestycjami z dużą stopą zwrotu. Nakłady na dobrą edukację pozwalają wyłuskać najlepsze talenty, które w przypadku kiepskiej edukacji po prostu przepadłyby gdzieś w małych miasteczkach. Wydatki na ochronę zdrowia (a to przecież ma być priorytet rządu; trzymajmy kciuki, żeby chociaż to się udało) to pieniądze na lekarzy i pielęgniarki. Inwestycja w kadrę medyczną to więcej uratowanych żyć. Poza oczywistą etyczną wartością uniknięcia największych tragedii jest to zysk dla gospodarki. Zdrowsze społeczeństwo jest bardziej produktywne.

Z kolei odciążenie z części zobowiązań podatkowych najbiedniejszych oznacza nie tylko poprawę ich losu (co jest najważniejsze), ale również – o czym wspomniał wyżej cytowany Piotr Bujak, ekonomista z PKO BP – nakręcanie koniunktury.

Inwestycje publiczne, jeśli tylko są mądrze pomyślane, nie są kosztem. Nie są jak jachty kupowane przez miliarderów albo super drogie ciuchy – ornamenty przepychu dowodzące czyjegoś statusu. Są inwestycjami. I mówią o tym nie tylko ekonomiści-akademicy, ale również analitycy z instytucji finansowych. Tylko jeszcze niektórzy politycy i polityczki opozycji nie zrozumieli, że pieniądze przeznaczane na poprawę dobrostanu ludzi to nie kosmiczne wydatki. Tylko podstawowe obowiązki nowoczesnego państwa.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kamil Fejfer
Kamil Fejfer
Publicysta ekonomiczny
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: „O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia chociaż więcej pracuje” oraz „Zawód”.
Zamknij