Gospodarka, Kraj

Kolejne pudło Solidarnej Polski

Eurosceptyczny raport Solidarnej Polski o Europejskim Funduszu Odbudowy składa się z przekłamań, przemilczeń oraz zwyczajnych błędów. To wstyd, że coś takiego opublikowała partia współrządząca naszym krajem.

Czy partia, która jako część koalicji rządzącej wprowadzała warte kilkadziesiąt miliardów złotych programy socjalne, może wydać raport, w którym przywołuje się nagminnie anarchokapitalistę Rothbarda, guru austriackiej szkoły ekonomicznej Misesa oraz leseferystę Bastiata? Niemożliwe? Potrzymajcie piwo Solidarnej Polsce. Bo to pod jej egidą ukazał się raport Next Generation EU – koszty i ryzyka dla Polski. Tym razem miejsce Janusza Kowalskiego w roli naczelnego eurosceptyka ziobrystów zajął nie mniej barwny Tomasz Cukiernik, publicysta znany z określania Unii Europejskiej „eurokołchozem” i negacjonista klimatyczny. Ziobryści niejako więc zaprosili do mainstreamu człowieka, który dotychczas przebywał raczej na marginesie debaty publicznej, a jeśli ktoś go wpuszczał na łamy, to co najwyżej „Do Rzeczy”, a i oni nieczęsto. Teraz Cukiernik może się ogrzać w blasku partii współrządzącej naszym pięknym krajem.

Wydany przez kolegów Zbigniewa Ziobry raport to głównie strumień (nie)świadomości autora, który często i gęsto przywołuje swoich ulubionych myślicieli – właśnie tych trzech wyżej wymienionych. Na poparcie ich tez nie podaje za to żadnych twardych danych, tak jakby cytat z Murraya Rothbarda lub XIX-wiecznego ekonomisty Frédérica Bastiata miały moc o czymkolwiek przesądzającą. Tekst raportu w większości złożony jest z wolnorynkowych wyznań wiary, często też opiera się na danych z… głowy, np. wskazujących, że sektor prywatny zawsze jest dwukrotnie (!) bardziej efektywny niż publiczny (tzw. prawo Savasa).

Jak i gdzie pęka Zjednoczona Prawica

A jednak w tym nieporadnym intelektualnie wywodzie znajduje się kilka konkretów – liczb oraz tez dotyczących skutków wdrożenia Europejskiego Funduszu Odbudowy. Praktycznie wszystkie są w jakiś sposób przekłamane lub zmanipulowane. Z czego zresztą Cukiernik słynie – jego tekst Szaleństwo klimatyczne z „Do Rzeczy” został rozjechany nawet przez autorów kojarzonych raczej z prawicą. Czym innym jest jednak artykuł w skłonnym do foliarstwa tygodniku, a czym innym raport wydany pod szyldem partii, powtórzmy, współrządzącej Polską. Warto więc naprostować jego najważniejsze przeinaczenia. Oczywiście nie po to, żeby do czegokolwiek przekonać autora albo ziobrystów, bo to raczej niemożliwe, lecz dla elementarnej higieny debaty publicznej. Wszak gdy nam ktoś zwymiotuje na dywan, to zwykle go pierzemy, a nie zostawiamy, żeby zaschło.

Skąd się biorą dywidendy

Cukiernik na samym początku przywołuje przewidziane dla Polski kwoty z Europejskiego Funduszu Odbudowy, czyli 34,2 mld euro preferencyjnych pożyczek oraz 26,7 mld euro dotacji, które będą przyznawane w latach 2021–2023. Mowa więc łącznie o 274 mld zł, licząc kursem 4,5 zł za euro. Według niego to… niewiele znaczące kwoty. „Oznacza to, że te «olbrzymie» unijne granty będą stanowić zaledwie ok. 1,7 proc. polskiego PKB w tym czasie” – pisze autor raportu. Problem w tym, że 274 mld zł to naprawdę około 4,3 proc. trzyletniego PKB Polski, więc nieco (2,5 razy) więcej. „Kwotę Funduszu Odbudowy (granty plus pożyczki) warto też porównać do wymuszonych przez Brukselę kosztów transformacji energetycznej w Polsce, która według szacunków Konfederacji Lewiatan tylko w latach 2021–2040 będzie wymagała poniesienia nakładów inwestycyjnych na poziomie ok. 1,6 bln zł” – czytamy nieco dalej. Te 1,6 biliona złotych pojawia się w rządowej Polityce Energetycznej Polski 2040, a Konfederacja Lewiatan to jedynie zacytowała za tym dokumentem, ale to już jest szczegół.

Kluczowe jest co innego, a mianowicie to, że jeśli podzielimy te 1,6 bln zł przez 20 lat, wyjdzie nam 80 mld zł w skali roku – czyli jakieś 3,8 proc. obecnego PKB (a ono w tym czasie na pewno jeszcze znacznie wzrośnie). Inaczej mówiąc, Cukiernik na samym wstępie próbuje nas przekonać, że warty rocznie 4,3 proc. PKB Fundusz Odbudowy będzie miał znikomy wpływ na gospodarkę, za to inwestycje w transformację energetyczną warte 3,8 proc. PKB rocznie nas zrujnują.

Fundusz Odbudowy: czy są w Sejmie jacyś odpowiedzialni dorośli?

Następnie Cukiernik porównuje kwoty z Europejskiego Funduszu Odbudowy z dywidendami wypłacanymi w Polsce zagranicznym inwestorom. Według jego obliczeń w latach 2021–2026 wypłynie w ten sposób z Polski 458 mld zł, a więc znacznie więcej, niż otrzymamy z Funduszu Odbudowy (274 mld zł). W tym miejscu Cukiernik popełnia dwa błędy tak kuriozalne, że aż śmieszne. Po pierwsze zapomina, że Fundusz Odbudowy to mniejsza część kwot przypadających na unijną perspektywę budżetową na lata 2021–2027. Ze wszystkich unijnych funduszy otrzymamy bowiem w tym czasie około 750 mld zł (a licząc w cenach bieżących, nawet 776 mld zł). O tych pozostałych kwotach Cukiernik nie wspomina ani słowem – one w jego raporcie po prostu nie występują.

Poza tym autor raportu nie zwraca uwagi na oczywisty fakt, że wypływające z Polski dywidendy nie mają nic wspólnego z wpływającymi do Polski funduszami unijnymi. Te pierwsze są efektem napływających nad Wisłę inwestycji zagranicznych, których spora część zainstalowana tu została jeszcze przed naszym wejściem do UE. Gdybyśmy nie byli w UE, także musielibyśmy „płacić” dywidendy – to cena za przyjęte przez nas zagraniczne inwestycje (a nie za wstąpienie do Unii, choć bez akcesji tych inwestycji, a zatem również dywidend, byłoby z pewnością mniej). No chyba że Cukiernik zakłada, że powinniśmy się w ogóle zamknąć na napływ kapitału zagranicznego. Niewiele ma to jednak wspólnego z wolnorynkowymi naukami Rothbarda, Misesa czy Bastiata, na które autor powołuje się w dalszej części raportu.

A gdzie koszty alternatywne?

Jeśli Cukiernik posługiwałby się głową w sposób prawidłowy, to porównałby wydatki związane z zieloną transformacją energetyczną z analogicznymi wydatkami, które musielibyśmy ponieść, gdybyśmy z tej transformacji zrezygnowali. Przecież także wtedy będziemy musieli inwestować w energetykę. Według PEP2040, na której szacunki powołuje się Cukiernik, mówiąc o 1,6 bln zł, zielona transformacja będzie wymagać od samego sektora energetycznego nakładów wysokości 890 mld zł do 2040 roku. A ile musielibyśmy wydać, gdybyśmy zrezygnowali z unijnych planów neutralności klimatycznej?

Policzył to Polski Instytut Ekonomiczny – w takiej sytuacji nasze nakłady inwestycyjne na energetykę wyniosłyby… 1064 mld zł, czyli 174 mld zł więcej. A dlaczego? Skąd wzięły się te liczby? Chociażby z tego, że musielibyśmy w tym czasie zbudować dodatkowe 6GW mocy elektrowni węglowych (z powodu wzrostu zapotrzebowania na energię), a także zmodernizować istniejące bloki węglowe, których 80 proc. przekroczyło już przewidziany termin eksploatacji. A to wszystko przecież też będzie kosztować. Niestety problem koniecznej modernizacji polskiego systemu energetycznego dla Cukiernika nie istnieje – według niego nasz system energetyczny do 2040 roku może istnieć dokładnie w takim stanie, w jakim jest obecnie.

Ziobro twierdzi, że jesteśmy przez Europę Zachodnią eksploatowani. Sprawdzamy

Cukiernik przestrzega też przed zaciągnięciem pożyczek z Funduszu Odbudowy – mowa o tych 34 mld euro, które będą przyznane jako preferencyjne pożyczki, a nie dotacje. Zauważa, całkiem zresztą trafnie, że zaciągnięcie pożyczek w euro może skutkować ryzykiem kursowym. Oczywiście trzeba to mieć na względzie, niestety Cukiernik znów pokazuje najwyżej pół prawdy. Nie wspomina bowiem, że Unia Europejska jako całość może się zadłużać w ekstremalnie tani sposób. Jak bardzo tani? Przykładem niech będzie styczniowa emisja euroobligacji na pokrycie programu EU SURE (europejski instrument wsparcia w celu zmniejszenia zagrożeń związanych z bezrobociem). „Obligację 7-letnią wyceniono przy ujemnej rentowności na poziomie -0,497%. Oznacza to, że za każde 105 euro otrzymane przez państwa członkowskie zwracają one 100 euro w terminie zapadalności obligacji” – czytamy w oficjalnym komunikacie UE.

Kto zatem skorzysta na środkach płynących z Funduszu Odbudowy? Cukiernik nie ma wątpliwości, że jest to rozwiązanie tworzone w interesie eurokratów. „Tak więc pierwszym beneficjentem rozrostu unijnych wydatków będzie nie tylko unijna, lecz także i krajowa biurokracja, która zajmie się rozdzielaniem tych funduszy” – przekonuje. Niestety nie tłumaczy, w jaki sposób urzędnicy mieliby korzystać na rozdzielaniu unijnych dotacji.

Przecież nie pobierają od tego prowizji, nie mogą też ich przyznawać samym sobie. W raporcie Cukiernika Unia Europejska jest przedstawiona jako wielka biurokratyczna machina stworzona po to, żeby wyciągać z pieniądze z krajów członkowskich. To oczywiście znany motyw ogrywany wciąż przez eurosceptyków, według których instytucje UE kosztują nas gigantyczne pieniądze, unijni urzędnicy zaś zgarniają większość europejskiego tortu. Ten mit nie ma jednak żadnego pokrycia w rzeczywistości. Wydatki administracyjne UE stanowią niecałe 6 proc. unijnego budżetu. Dla porównania wydatki administracyjne państw członkowskich to 13 proc. ich budżetów. Proporcjonalnie więc unijne instytucje są tańsze w utrzymaniu niż krajowe, choć mają zarazem relatywnie mniej zadań do wykonania.

Rosja straci, nie zyska

Cukiernik widzi także innych beneficjentów dążenia UE do neutralności klimatycznej. „Okazuje się, że kontynuowanie polityki UE, realizując strategię Funduszu Odbudowy, jest korzystne nie dla środowiska naturalnego na świecie, a przede wszystkim dla Rosji, Chin czy Turcji i innych krajów”. Tymczasem prawda jest taka, że akurat Rosja straci na niej w pierwszej kolejności. A to dlatego, że spadnie wartość eksportu jej surowców energetycznych do Europy.

Rząd, który zaciekle bronił węgla, może być jego grabarzem

Według raportu McKinsey, jeśli Polska osiągnęłaby neutralność klimatyczną, to eksport Rosji nad Wisłę spadłby o prawie 11 mld euro (bo zakupy gazu ziemnego mają znaczenie w okresie przejściowym, tzn. zanim neutralność klimatyczna zostanie osiągnięta). A eksport Rosji do całej Unii Europejskiej w takiej sytuacji właściwie by się załamał, bo przecież z Rosji właściwie nie kupujemy niczego innego niż paliwa kopalne.

Prawdopodobnie straciłyby także Chiny. A to z kolei dzięki planowanemu przez UE podatkowi od śladu węglowego obciążającemu import towarów, których wytworzenie wiąże się z emisją znacznej ilości CO2. Takie produkty pochodzą w ogromnej mierze właśnie z Chin. Różnica między wyprodukowaną a skonsumowaną chińską emisją CO2 wynosi aż 1,5GT – więcej niż w jakimkolwiek innym kraju świata. Część tej 1,5GT CO2, która „trafia” do Europy w postaci importowanych przez nas towarów, zostałaby właśnie obciążona unijnym podatkiem od śladu węglowego. Który to podatek zresztą Cukiernik odsądza od czci i wiary, przekonując, że jego jedynym efektem będzie znaczny wzrost cen. I to nawet prawda, ale chodzi o wzrost cen towarów importowanych, m.in. z Chin właśnie. A taki kraj jak Polska, posiadający ogromną bazę przemysłową, na cłach węglowych pobieranych na granicach zewnętrznych UE może skorzystać, gdyż za ich sprawą bardziej opłacalna stanie się produkcja wewnątrzunijna.

Eurosceptyczny raport Solidarnej Polski o Europejskim Funduszu Odbudowy składa się więc z przekłamań, przemilczeń oraz zwyczajnych błędów. Uzupełnionych wolnorynkowymi wyznaniami wiary oraz cytatami z Rothbarda, Misesa i Bastiata. Przebija z niego skrajny eurosceptycyzm, natomiast chłodnej analizy nie ma w nim wcale. To wstyd, że coś takiego opublikowała partia współrządząca naszym krajem.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij