Kraj

Preppersi, koronawirus i Trump jako zbawiciel

Fot. marjanblan/unsplash

Pyta pani, co teraz, jak już zrobiłam zakupy. To ja pani powiem – ja teraz nie mam czasu na nic. Siedzę w domu i myślę. Oglądam w internecie filmy, szukam informacji, dołączam do nowych grup na Facebooku. Bo wie pani, ja czuję nadchodzący kataklizm. Koronawirus? Nie, proszę pani, koronawirus to poligon. Prawdziwa wojna ma dopiero nadejść.

Trzynasty marca 2020, dziesiąta rano. W bielańskiej kawiarni Kiljan pustki, z okna widać ulicznych handlarzy pierwszych tulipanów i warzyw. Tuż obok stoi sprzedawca zniczy i walczy z niechcącym się rozłożyć stolikiem. Siwa pani z ogromnym wózkiem w kratę kupuje ziemniaki (pięć kilo?), czerwone tulipany (pęczek, 24 sztuki), przez chwilę duma nad zniczami i odchodzi szybkim krokiem, zakrywając twarz szalikiem. Piję niesmaczną kawę i przez chwilę zastanawiam się, czy znicze w sprzedaży pojawiły się w tym miejscu przed ogłoszeniem stanu zagrożenia epidemicznego, czy jednak już po.


– Podpaski wykupiłam, z dziesięć opakowań wzięłam na zaś – docierają do mnie fragmenty rozmowy zza lady.

– Ja to papier, mąkę i ryż. Wszyscy kupują teraz, nawet w Lidlu obok mnie mało było, musiałam Staszka do Biedronki wysłać.

Przypominam sobie szał, który odbywał się poprzedniego dnia w gocławskich supermarketach. Naręcza papieru, wózki pełne konserw, ogórków konserwowych, pasztetów w puszkach, mydła. Półki z makaronem, kaszą i ryżem wyczyszczone do zera. Przy kasach kolejka, w oczach ludzi – panika.
Telefon wibruje mi w kieszeni, więc wyciągam i czytam wiadomość na Messengerze.
„Proszę przyjść jednak do lokalu, do którego lokalizację zaraz wyślę. W twoim otoczeniu jest za dużo osób”. Dopijam kawę, wpisuję lokalizację w aplikację Bolt. Wychodzę z kawiarni i przyglądam się smudze na niebie, którą zostawił  samolot bez pasażerów. Chodnikiem przebiega dziewczyna w białej masce zakrywającej nos i usta.

Powrót do zamkniętego pokoju, w którym straszy

Mijając stoisko ze zniczami, dostrzegam rozłożoną na stoliczku gazetę. Tytuł krzyczy: „Koronawirus – wróg już u bram”. Zastanawiam się, czy to przypadek, czy jednak działanie w myśl zasady – reklama dźwignią handlu, po czym wsiadam do Bolta i jadę na spotkanie z pierwszym preppersem.

Dbam o siebie i swoje dzieci

W drugiej kawiarni oprócz mnie i Pawła są cztery osoby. Dwie pochłonięte pracą przy laptopach i dwie dziewczyny za ladą. Mają na rękach lateksowe rękawiczki, kawę wydają w papierowych kubkach. Przed kasą kartka o tym, że płatność możliwa jest tylko bezgotówkowo. Zamawiam kawę dla Pawła i idę się z nim przywitać. Wyciągam rękę. Stoję z nią przez kilka sekund zawieszoną w powietrzu, zanim zorientuję się, że łamię właśnie pierwszą zasadę, o której od kilku dni trąbią media. Nie witamy się za pomocą uścisku dłoni.

Koronawirus: epidemia paniki vs. epidemia ignorancji

– Nie szkodzi, ciężko się przyzwyczaić, rozumiem! – Paweł proponuje skorzystać z pomysłu naszego premiera, by styknąć się łokciami, więc nieco niezgrabnie przyciskamy je do siebie i siadamy przy stoliku.

– Przyjechałaś metrem? Pamiętaj, że jeśli już musisz korzystać z metra, siadaj zawsze w pierwszym wagonie. Przez ruch powietrza wszystkie zarazki idą do tyłu. Im bliżej początku, tym tych zarazków mniej. Preppersi nie korzystają z komunikacji, a jeśli muszą to zrobić, zakładają maski, a drzwi dotykają tylko przez jednorazowe, foliowe torebki. Ekologia schodzi w tym wypadku na drugi plan, bo za każdym razem, gdy dotkniesz klamki, to taką torebkę musisz wyrzucić do śmieci. Po wyrzuceniu najlepiej jest zdezynfekować sobie dłonie płynem antybakteryjnym. Ja mam w tym momencie przy sobie swój własny, zrobiony domowymi sposobami, mocno alkoholowy. Tak, pewnie, że możesz użyć.

Co jeszcze umiem zrobić? Stół, krzesła, szafę. Poważnie! Rzemiosło to coś, czego powinniśmy zacząć się uczyć jak najszybciej. Świat nie będzie już taki sam, prawdopodobnie cofniemy się do czasów sprzed ery internetu.

Oprócz tego robię podstawowe środki czystości, przetwory, obiad z suszonych warzyw, które po zalaniu wrzątkiem pęcznieją. Mam w szafkach w domu sporo takich gotowych mieszanek, kaszy, ryżu, produktów, które mogą przetrwać kilka miesięcy. No i środki higieny. Jestem miejskim preppersem, zresztą – znalazłaś mnie na fejsbukowej grupie Domowy survival – więc skupiam się na tym, by zapewnić sobie zapas produktów potrzebnych do przetrwania w warunkach domowych, w bloku. A w co wierzę? W siebie, w swoje przygotowanie i umiejętności radzenia sobie w ciężkich sytuacjach.

Pytam Pawła, o co chodzi z tym papierem toaletowym. W ciągu ostatnich kilku dni supermarkety pękają w szwach, a w social mediach trwa przepychanka – ludzie kupujący na potęgę rolki Reginy nazywani są przez innych motłochem i ciemnotą. Ludziom nazywającym kupujących papier ciemnotą i motłochem obrywa się z kolei za klasizm i brak empatii.

Polscy pisarze dzielą się w związku z tym zawiłymi przemyśleniami na temat solidarności społecznej i publikują posty o przesycie publikacji postów o koronawirusie. O papierze toaletowym powstają memy, łańcuszki, a nawet filtry na Instagramie. Jakim papierem toaletowym jesteś?

Jak z koronawirusem radzą sobie państwa, które nie działają – level Europa Wschodnia

Paweł nie wie, jakim jest papierem, bo Instagrama nie używa, za to wie, że tego typu zakupy wszyscy powinni zrobić już dawno temu. Preppersi, którzy uważnie śledzą media i starają się być zawsze o krok dalej niż statystyczny Kowalski, na koronawirusa przygotowani byli już od stycznia. Dla Pawła bycie preppersem to zapewnienie sobie tego, czego nie zapewni mu państwo. Zabezpieczenie się na temat najgorszego.

– A co z budowaniem wspólnoty, z kolektywnym myśleniem? – dopytuję, bo przecież katastrofa klimatyczna, przecież dbanie o dobro naszej wspólnej planety, przecież debaty o konieczności odbudowania wspólnoty.

Czy da się ochronić klimat bez katastrof i pandemii?

– Dbam o siebie i swoje dzieci. Żeby przeżyć. Czy podzieliłbym się zapasami w przypadku katastrofy? Nie wiem, może i bym się podzielił, ale dokładnie wydzieloną ilością. Nie, nie wpuściłbym nikogo do siebie do domu. Nawet teraz nie mogę zdradzić miejsca zamieszkania. Gdy zabraknie jedzenia i tego papieru, o którym teraz tyle się mówi, to gdzie wszyscy przyjdą? No właśnie – do mnie.

Koronawirus to ofensywna broń biologiczna

Spotkanie z Łukaszem, moim drugim rozmówcą, nie może odbyć się na mieście. Wieczorem, trzynastego marca premier podejmuje decyzje o ograniczeniu działania lokali do przygotowywania jedzenia na wynos. Wiele firm przechodzi w tryb pracy zdalnej, życie towarzyskie z pubów przenosi się do sieci. Na instagramowych stories coraz częściej wrzucane są screeny z wideokonferencji, na Facebooku popularna staje się nakładka na zdjęcie profilowe z napisem „Stay home”. Restauracje prześcigają się w pomysłach na zainteresowanie klienteli ofertą dowozu posiłków do domu.

7 doskonałych internetowych inicjatyw na czas epidemii

Lekarze błagają, by zamiast przysyłania pizzy, kanapek z oryginalną włoską wędliną („Nasza firma wspiera lekarzy i wysyła nasze pyszne, pożywne kanapki, by odzyskali siły”) przedsiębiorcy podarowali maseczki i kombinezony, których ciągle brakuje. Pojawiają się fejsbukowe apele o zachowanie zdrowego rozsądku i nieoddawanie psów do schronisk. Autorzy artykułów w stylu 10 pomysłów na to, co robić w domu dzielą się linkami do jogi online czy wirtualnego oprowadzania po Zachęcie.

Czytam samotny post o tym, czy ktoś zainteresował się sytuacją bezdomnych. Dziesiątki postów o tym, że idzie krach finansowy i kryzys gorszy niż w roku 2008. Setki wpisów o chwiejnej sytuacji na rynku pracy. Jedni znajomi piszą o depresji, drudzy wrzucają boomerangi z piwem Corona używając hashtagu #coronaparty.
A na grupach preppersów w social mediach? Względny spokój.

Komu potrzebna sterowana przez smartfona żarówka?

– Jest spokój, bo grupy preppersów są przeważnie moderowane. Nie chcemy paniki.

Większość z nas jest przygotowana na ewentualność spędzenia kilku miesięcy bez wychodzenia z domu. Dlatego na naszych grupach znaleźć można praktyczne informacje, które przydadzą każdemu w tym czasach. Jak zrobić płyn do dezynfekcji? Jak ukisić kapustę, dobrze zawekować żywność? Ja już od stycznia wiedziałem, jak ta sytuacja w Polsce się rozwinie. Dlatego byłem przygotowany. Urban preppers przygotowany jest na takie zagrożenia jak pandemia, brak wody, brak prądu. Czym jest dla mnie to „najgorsze”, co może nadejść? Myślę, że blackout. Pięć dni bez prądu w mieście może wywołać panikę, zamieszki.

Z Łukaszem rozmawiam przez telefon.

Ja już od stycznia wiedziałem, jak ta sytuacja w Polsce się rozwinie.

– Skupiam się na proponowaniu rozwiązań dla ludzi w mieście. Jak widać obecnie – potrzebna jest edukacja o mądrym robieniu zapasów, bo ludzie kupują produkty z krótkim terminem ważności. Śmieją się z ludzi, którzy są przygotowani na epidemię, pytają o to, czy czekamy na zombie. A potem wyrzucają swoje zapasy na śmietnik, bo się zepsuły.

Preppersi w mediach często przedstawiani są w sposób podkoloryzowany. Jak w Ameryce, gdzie każdy preppers ma broń, bunkier, interesuje się militariami i jest zawsze gotowy na ucieczkę do lasu. Szkoda, że dziennikarze piszą w tytule artykułu: Zobacz koniecznie, co Mirek upchał w swoim garażu, bo wzbudza to śmiech i lekceważenie. A zobacz, sytuacja dynamicznie się zmienia. Wczoraj śmiano się z upychania przez Mirka ogórków w wiaderka, a dziś Polacy rzucają się do sklepów, bo nie wiedzą, jak długo jeszcze będą otwarte.

Zapytany o dbanie o wspólnotę Łukasz mówi, że w tym wypadku kolektywizm oznacza izolację. Dbanie o wspólne dobro to separacja i jak najmniejszy kontakt bezpośredni z drugim człowiekiem.

Kolejne pozytywne efekty lewackiego wirusa

– Od koronawirusa możemy się nauczyć solidarności, kolektywnego myślenia. Mycia rąk też, no pewnie. Nie wiem, jaki procent Polaków wiedział wcześniej, że nie wystarczy dziesięciosekundowe płukanie dłoni. Fajnie by było, jakby więcej środków poszło na służbę zdrowia, na uświadamianie obywateli o realnych zagrożeniach. Może to banał, ale myślę, że nauczymy się też doceniać to, co mamy. Zdaliśmy sobie sprawę, że podróże, swobodna konsumpcja – to nie są rzeczy dane nam na zawsze. W czasach Kapuścińskiego podróżowaliśmy odpowiedzialnie, z szacunkiem dla innych kultur, ludzi, wyznań. A teraz? Kupujemy tanie bilety, niszczymy miejsca kultu, byle tylko cyknąć ładną fotkę na insta.

Kończę rozmowę z Łukaszem krótkim pytaniem o to, skąd wiedział o koniecznych przygotowaniach już w styczniu.

– Cóż, to, że to nie jest wirus naturalny, to pewna sprawa, wiedzieliśmy o tym już wtedy. Możliwe, że wirus był opracowany i w Stanach, i w Chinach, jednocześnie. Albo w jakiś sposób wyciekł, albo został celowy wprowadzony. To ofensywna broń biologiczna, ma na celu wprowadzić chaos gospodarczy.

Rosja po epidemii stanie się biedniejsza, ale i bardziej opresyjna

Oho!

– Morderstwo w białych rękawiczkach – kończy Łukasz i życzy dobrej nocy. Oddycham głęboko. Mój prosty materiał o zapasach preppersów trafia szlag, a ja zarywam nockę, penetrując prepperskie grupy w social mediach w poszukiwaniu teorii spiskowych. Śni mi się QAnon, szyszynka, kosmici kupujący dzieci od Stanów Zjednoczonych i Trump, który podarowuje światu szczepionkę na koronawirusa.

Rano na Messengerze oprócz reklamy skarpetek z nadrukowanym rysunkiem wirusa („20% ze sprzedaży przekażemy lekarzom!”), widzę wiadomość od nieznanej mi kobiety. „Pani Olu, widziałam Pani ogłoszenie na prepperskiej grupie – bardzo chętnie porozmawiam, proszę o kontakt!”.

Pięć grzechów głównych polskiego biznesu

Kobieta-preppers (prepperka?), świetnie się składa – chwytam za telefon, wykręcam numer i już po chwili słyszę:

– Dzień dobry, Basia z tej strony. Coś w środku mnie podpowiedziało mi, że mam się odezwać. Od razu pani muszę powiedzieć, że rozmawia pani z czarownicą.

Ludzie w kolejce patrzyli na mój koszyk z podziwem

– Tak, nie przesłyszała się pani – zaczyna pani Basia – czuję się taką współczesną czarownicą. Ma pani czas? To wspaniale! Proszę wszystko zapisywać – na prawdzie mi zależy. Koleżanki mówią teraz: „Basia, przepowiedziałaś wszystko. Taka rozważna, rozsądna osoba, a taka magiczna intuicja w tobie jest”. Proszę pani, ja jeszcze do września nie wiedziałam, że istnieje takie słowo jak „preppersi”. Z bardzo dziwnych przyczyn zaczęłam się tym interesować.

Nasze czarownice też odczyniają uroki jajkiem

Wszystkiego, co pani zaraz usłyszy, nie jestem w stanie do końca wytłumaczyć. Po prostu – pewnego dnia dostałam nagle olśnienia. Ja, poważna osoba, architektka, dostałam nagle dziwnych stanów lękowych, zaczęłam przeczuwać, że nadchodzi katastrofa, kataklizm. Proszę mnie nie pytać – dlaczego.

Zacznę od początku. Ma pani jakiś notes? Proszę notować. Od dzieciństwa uwielbiam jeść jajka. Jajecznica, jajka na twardo, sadzone – w każdej formie. Tak, to ważne. W ubiegłym roku poczułam pilną potrzebę, by zmienić dietę. Zaczęłam od laktozy. Po kilku dniach całkowicie odstawiłam nabiał. Mój organizm nagle odrzucił pewne produkty. W tym ulubione jajka. Zaczęłam jeść dużo mniej, proszę pani, jeśli mam być szczera, to w ogóle nie czułam głodu. Od grudnia, zaraz sprawdzę – słyszę szelest przerzucanych kartek – tak… od grudnia  jestem na diecie Raw, czyli surowej. Coś mi mówiło: „Basia, ograniczaj jedzenie, będziesz musiała tak funkcjonować. Nadejdą takie czasy, że będziesz sobie to jedzenie wydzielać”.

Na dwóch łyżkach siemienia lnianego z mlekiem kokosowym mogłam przejechać sto kilometrów na rowerze! Wie pani, dlaczego? Mój organizm się oczyszczał. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, po co. Teraz wiem – zaczynał się zbroić i przygotowywać. Na co? Na to, co ma jeszcze nadejść. Im bardziej się oczyszczałam, tym więcej miałam czarodziejskich zachowań.

Organizm, który jest niezabałaganiony glutenem, nabiałem, mięsem sprawia, że w głowie zaczyna mieszkać jasność. Tego nie da się opisać słowami, to trzeba przeżyć. Czasem w filmach przyrodniczych kamerzysta robi zbliżenie na małe stworzonka, na przykład na mrówki w trawie, prawda? No to ja się, proszę pani, jak ta mrówka czułam. Która już przeczuwa, że coś z ziemią się zaczyna dziać, a ona wie to przed człowiekiem, który spokojnie sobie siedzi na ławce i patrzy na przyrodę, nic nie widząc i niczego nie przeczuwając.

Znów słyszę szelest kartek i bardzo żałuję, że nie mam możliwości porozmawiania z panią Basią na żywo. Jak wygląda jej zeszyt z zapiskami? Co w nim jest? Od jak dawna go prowadzi? Cóż, póki trwa kwarantanna, nie będę mogła się tego dowiedzieć.

– Pod koniec lipca – kontynuuje pani Basia – codziennie budziłam się z myślą „Basia, musisz iść do sklepu, żeby zrobić zapasy”. Pojechałam do Lidla, zrobiłam ogromne zakupy. Co kupiłam? Dużo wody, Nutellę, batony energetyczne, ryże, kasze, kiszonki. Ja, proszę pani, już wtedy byłam intuicyjnie preppersem. Kupiłam jedzenie, do którego przygotowania nie trzeba prądu. Zaczęłam etap zakwaszania żołądka. Piłam sok z buraka, jadłam kiszoną kapustę. I, proszę pani, nie złapałam od tamtej pory żadnej infekcji. Powiem pani, że gdy teraz o tym myślę, to mam przeczucie, że jestem nie do zniszczenia. Niekiedy czuję, że łapię tego wirusa i go, proszę pani, miażdżę.

Jak zwalczyć kryzys w dobie pandemii? „Zamiast tarczy potrzebujemy regeneracji” apelują naukowcy

W tle – nerwowe wertowanie kartek.

– Pani Olu, to ja przeskoczę do czwartku tego, co teraz był. Bo ja te zakupy, co zrobiłam w sierpniu, to zjadłam we wrześniu. Te Nutelle i batony, kasze. Więc w czwartek wydałam dwa tysiące złotych w Lidlu. Czy to dużo? Nie wiem. Były to przemyślane zakupy, ludzie w kolejce patrzyli na mój koszyk z podziwem. Dużo pomarańczy, jabłek, buraków, cytryn. Energetyczne batoniki, bardzo dużo soków, Nutella, wafle ryżowe, masło orzechowe. Wykupiłam wszystkie ogórki kiszone w wiaderkach. Mam w nich dosłownie cały garaż. Warto kupić też coca-colę. Ale nie w dużych butelkach, tylko takie małe, w puszkach! Dlaczego? Mała colę można wymienić potem na coś innego. Trzeba mieć, proszę pani, nie tylko małe nominały gotówki, ale też produkty na ewentualną konieczność handlu wymiennego.

W środę, już pani mówię, czy na pewno w środę – szelest (Notesu? Segregatora?) – tak, w zeszłą środę, proszę pani, coś w mojej głowie powiedziało: „Basia, masz kupić walutę”. Na kursach się nie znam, ale poszłam wymienić złotówki na kilka innych walut. Proszę pani, ja już w grudniu trąbiłam, że trzeba wyciągać gotówkę z bankomatu. To był… – chwilowa pauza na sprawdzenie w notatkach – piątek na początku grudnia. Była pełnia. Dlaczego to ważne? Ja, proszę pani, bardzo się interesuję feng shui – od 2019 roku żyję według Kalendarza Dobrych Dni. Pełnia nie jest zazwyczaj dobrym czasem na podejmowanie decyzji.

Co nas nie zabija, wywołuje w nas panikę

czytaj także

Pyta pani, co teraz, jak już zrobiłam zakupy. To ja pani powiem – ja teraz nie mam czasu na nic. Siedzę w domu i myślę. Oglądam w internecie filmy, szukam informacji, dołączam do nowych grup na Facebooku. Bo wie pani, ja czuję nadchodzący kataklizm. Koronawirus? Nie, proszę pani, koronawirus to poligon. Prawdziwa wojna ma dopiero nadejść. Czy wierzę w teorie spiskowe w internecie? Proszę pani, jak tyle osób pisze o tym, że to broń biologiczna, że on przenosi się przez ruch, przez powietrze, przez fale 5G, to ja już naprawdę nie wiem, w co mam wierzyć. Podobno zbawicielem ma być Trump, a tego wirusa to masoni, iluminaci wypuścili. I on, ten koronawirus, powoduje depresję. Brudzi mózg i trzecie oko, czyli szyszynkę. Pani sobie poogląda na YouTube takie kanały jak Prawda istnieje i Kosmiczne ujawnienie, o QAnonie pani sobie poczyta, to pani sama zobaczy, co mówią. Że kosmici tak naprawdę nami rządzą. Że jesteśmy tylko nadajnikiem.

I jak tu żyć w takich czasach? Jest w internecie tyle informacji, że człowiek nie ma czasu, żeby sam pomyśleć. Czy ja myślę, że to prawda? Sama nie wiem. Że to cisza przed burzą – to pewne. Ale że kosmici, że galaktyczna wojna idzie – to chyba raczej nie. Ja to bym chciała, żeby mnie tak znowu olśniło, żebym dowiedziała się jak będzie. Bo ja to, proszę pani, chciałabym zobaczyć tę przyszłość i móc wtedy na spokojnie rzucić wszystko i na wieś wyjechać, rośliny uprawiać, warzywa. Bo jak apokalipsa nadchodzi, a my nie wiemy, jak konkretnie będzie wyglądać, to człowiek zwariować może od tego.

Jak zostałem antyszczepionkowcem

Nie oceniam tych ludzi, którzy w teorie z internetu wierzą. Przecież w naszych czasach w coś trzeba, prawda?

Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.

**

Aleksandra Pakieła polonistka, uczennica Polskiej Szkoły Reportażu. Od kilku lat recenzuje polską literaturę współczesną, jest związana z redakcjami: „Więź”, G’rls Room i Szajn. Pisze o książkach, feminizmie, rynku pracy.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać