Gospodarka

Pięć grzechów głównych polskiego biznesu

Fot. Thomas Hawk/flickr.com CC BY-NC 2.0

Tarcza antykryzysowa będzie gigantycznym wsparciem państwa dla biznesu. Powinien jej więc towarzyszyć pakiet pokryzysowych reform, które udaremnią polskiemu biznesowi dotychczasowe, skandaliczne praktyki. Bo teraz zapłacimy za nie wszyscy, niektórzy nawet zdrowiem lub życiem, gdy zabraknie dla nich miejsca w szpitalu.


Gospodarczy lock-down okazał się tak dużym wstrząsem dla środowisk biznesowych, że związki pracodawców momentalnie porzuciły swoją niedawną narrację „wystarczy nam nie przeszkadzać”, a przedsiębiorstwa już ustawiają się w kolejce po zapomogi. Prawda jest jednak taka, że wiele praktyk polskiego biznesu sprawi, że kryzys związany z globalną pandemią wirusa SARS-CoV-2 może w Polsce przebiec szczególnie nieprzyjemnie.

Prowadzona na masową skalę optymalizacja podatkowa zubożyła polską opiekę medyczną, przez co już przy kilkuset zakażonych wiele placówek zaczęło zgłaszać, że nie daje rady. Jeśli tak wielu zatrudnionym na umowach cywilnoprawnych oraz na przymusowym samozatrudnieniu trzeba będzie wypłacać dochód podstawowy wysokości 80 procent pensji minimalnej, to głównie dlatego, że pracodawcy tak chętnie korzystali z pozakodeksowych form zatrudnienia. Inaczej mówiąc, biznes przez lata korzystał z różnych form obniżania danin publicznoprawnych, zwiększając swoje zyski, a teraz za negatywne konsekwencje tych praktyk będziemy musieli zapłacić wszyscy ze środków publicznych.

Koronawirus i przedsiębiorcy: jak trwoga, to do państwa

Zaproponowana przez rząd tarcza antykryzysowa przybrała taki kształt, że możemy już powiedzieć na pewno, że znów będziemy mieli do czynienia z prywatyzacją zysków i uspołecznieniem strat. Jeśli za sprawą praktyk polskiego biznesu dwumiesięczny lock-down gospodarki grozi zawaleniem się całego porządku społecznego, to rozwiązaniom z pakietu pomocowego powinny towarzyszyć takie propozycje przepisów, które uniemożliwią te praktyki w przyszłości. Przedsiębiorcy są obecnie raczej skorzy do współpracy, licząc na pomoc w przetrwaniu najbliższych dwóch miesięcy bez zanotowania większych strat. Szkoda byłoby więc nie wykorzystać obecnego kryzysu do wprowadzenia rozwiązań, które ukrócą pięć grzechów głównych biznesu w Polsce.

1. Optymalizacja podatkowa

Przedsiębiorstwa w Polsce ochoczo korzystają z optymalizacji podatkowej, nie tylko sztucznie pompując swoje koszty, ale też wyprowadzając część zysków do krajów o „przyjaznych stawkach podatkowych”. Według raportu Polskiego Instytut Ekonomicznego w 2015 roku spółki działające na terenie naszego kraju wyprowadziły 17 miliardów zł za granicę, a w 2017 roku – aż 21 miliardów. Nic dziwnego, skoro w tym okresie liczba kontroli w CIT przeprowadzonych przez urzędy skarbowe spadła z niemal trzech tysięcy do 1,3 tysiąca, a odsetek skontrolowanych w ciągu roku przedsiębiorstw spadł z 0,8 do 0,4 procent. Tak: niecałe pół procenta podatników CIT rocznie jest kontrolowanych przez skarbówkę. A mimo to wciąż słyszymy o nieustannych kontrolach polskiego fiskusa.

Oczywiście najsłynniejszym przykładem było wyprowadzenie przez polski koncern odzieżowy LPP praw do jego marek (między innymi Cropp i Reserved) na Cypr, a następnie do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. W 2015 roku spółka zaniechała tego procederu, jednak przez te lata Skarb Państwa zubożał o 24 miliony złotych – tyle wyniósł domiar podatku, który ustalił polski fiskus. Z tym już spółka LPP nie chciała się zgodzić i złożyła odwołanie. Pod koniec stycznia „Gazeta Wyborcza” informowała, że według spółki sprawa wciąż jest w toku. Inaczej mówiąc, najpewniej LPP wciąż nie zapłaciło nam tych pieniędzy [Zgodnie z oświadczeniem Biura Prasowego LPP wysłanego do redakcji Krytyki Politycznej po publikacji tego tekstu, spółka dokonała korekty zeznań podatkowych oraz wpłaciła dodatkową kwotę zobowiązań podatkowych w wysokości łącznej 30.864.235 złotych, powiększoną o należne odsetki za zwłokę – przyp. red.].

Jak widać, biznes chętnie przenosi część swoich zysków za granicę, za to gdy przychodzi do otrzymywania pomocy, to pierwszy się zgłasza do polskiego budżetu. Skoro tak, to należy przy okazji ograniczyć możliwości tego typu optymalizacji. W pakiecie pokryzysowym powinny się więc znaleźć chociażby rozwiązania proponowane przez autorów raportu PIE. Mowa na przykład o uniemożliwieniu wrzucania w koszty wydatków na niektóre usługi niematerialne – takie jak właśnie opłaty licencyjne, które służą głównie przenoszeniu dochodów do krajów przyjaznych kapitałowi. A także uniemożliwić lub ograniczyć zaliczanie do kosztów uzyskania przychodu kosztów finansowania dłużnego, gdyż spółki zagraniczne często zamiast zasilać kapitał zakładowy spółek zakładanych w Polsce, formalnie pożyczają im pieniądze, dzięki czemu odsetki od spłaty tych pożyczek mogą być zaliczane jako koszty.

2. Omijanie umów o pracę

Pozakodeksowe formy zatrudnienia to polska specjalność. Według GUS liczba osób pracujących tylko na umowie zlecenie lub o dzieło wyniosła na koniec 2018 roku 1,3 miliona i w stosunku do roku poprzedniego była wyższa o osiem procent . Dokładnie taką samą liczbę podano dla osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą, które nikogo nie zatrudniały na umowie o pracę – czyli dla samozatrudnionych, których liczba także wzrosła o osiem procent w stosunku do 2017 roku. W sytuacji pandemii tak duża liczba osób pracujących na pozakodeksowych formach zatrudnienia będzie olbrzymim stresorem dla systemu społecznego – można je w błyskawiczny sposób odciąć od powiązań z organizacją, przez co momentalnie tracą środki do życia. Przejdą więc pod parasol państwa, co jeszcze zwiększy konieczne wydatki, które z powodu samej epidemii i tak są wysokie.

Koronawirus. Oto jedyny sensowny plan antykryzysowy dla polskiego rządu

Przez lata jednym z czołowych przykładów takiej polityki kadrowej była Stocznia Crist z Gdyni. Jej praca opierała się głównie na osobach zatrudnianych do poszczególnych projektów, których liczba w szczycie dochodziła do dwóch tysięcy. Jednak na etacie pracowała tam jedynie garstka inżynierów. Prezes spółki tłumaczył to w dosyć kuriozalny sposób: „W stoczni w Dubaju, z którą konkurujemy, jest hala, nabrzeże i dwustu stałych pracowników. Gdy jednak wchodzi duży statek na remont, w ciągu tygodnia z całego świata – Filipin, Indonezji, Malezji – zjeżdża dwa tysiące pracowników.” Jak widać w nadwiślańskim kapitalizmie można bez zażenowania powoływać się a bliskowschodnie standardy.

W pakiecie pokryzysowym powinny się więc znaleźć rozwiązania, które drastycznie ograniczą możliwość korzystania z nietypowych form zatrudnienia. Można rozważyć chociażby pomysł wprowadzenia jednolitego kontraktu, który już w 2014 r. proponowali analitycy związani z Instytutem Badań Strukturalnych. Poziom ochrony zwiększałby się wraz ze stażem pracy, dzięki czemu polski rynek pracy nie byłby podzielony na dwa segmenty – bezpiecznych etatowców i niepewnych prekariuszy – a polski system ubezpieczeń społecznych nie byłby już drenowany ze składek.

3. Tępienie związków zawodowych

Poziom uzwiązkowienia oraz powszechność układów zbiorowych są w Polsce na fatalnym poziomie. Jeszcze pod koniec ubiegłego wieku prawie 30 procent zatrudnionych nad Wisłą należało do związków zawodowych, podczas gdy obecnie należy niecałe 13 procent. Układami zbiorowymi objętych jest ledwie 17 procent pracowników znad Wisły. W sytuacjach nagłych kryzysów, gdy trzeba bronić interesów klasy pracującej, mającej zdecydowanie gorszą pozycję niż właściciele kapitału, ta słabość związków zawodowych jest szczególnie bolesna. Niechęć Polaków do związków zawodowych nie jest jednak kluczowym czynnikiem wpływającym na niskie uzwiązkowienie. Dużo ważniejsza jest niechęć do związków ze strony polskich pracodawców, którzy niejednokrotnie zwyczajnie je tępili.

Rozwadowska: Wszyscy jesteśmy frajerami, póki prezes korporacji płaci 19% podatku

Jedną z najbardziej głośnych historii była oczywiście walka ze związkami, jaką przeprowadzono w Lidlu Polska. W 2013 roku Justyna Chrapowicz założyła tam zakładową komórkę „Solidarności”. Gdy związek wszedł w spór zbiorowy ze spółką, poziom napięcia szybko sięgnął zenitu, a szefowa związku wraz ze swoim zastępcą zostali zwolnieni – oczywiście dyscyplinarnie, gdyż formalnie nie można rozwiązać umowy o pracę ze związkowcem. Pracownicy byli tak zastraszeni, że nikt nie chciał wejść do nowego zarządu, więc następca Chrapowicz musiała związek rozwiązać po dwóch i pół roku jego istnienia. Co ciekawe, w niemieckim Lidlu związki zawodowe działają bez przeszkód. Lidl nie jest zresztą wyjątkiem –  w ostatnim czasie związkowców zwolniły chociażby Poczta Polska, nasz narodowy czempion LOT, Polskie Radio czy Castorama Polska.

Gospodarczy pakiet pokryzysowy powinien więc zawierać rozwiązania, które realnie wprowadzą organizacje pracownicze do polskich zakładów pracy. W firmach zatrudniających powyżej 10 osób powinien być obowiązek istnienia rady pracowniczej, a w przedsiębiorstwach powyżej 250 pracowników obowiązek funkcjonowania przynajmniej jednej zakładowej komórki związkowej. W tych ostatnich powinny też obowiązywać układy zbiorowe. Wszystkie te obowiązki powinny być opatrzone sankcjami za ich nieprzestrzeganie – czyli grzywnami sięgającymi dziesiątek tysięcy złotych za każdy miesiąc.

4. Brak odpowiedzialności za środowisko

Stan środowiska naturalnego w Polsce należy do najgorszych w Europie. Fatalny stan powietrza jest dobrze znany, jednak równie fatalna jest chociażby czystość polskich wód. Według monitoringu przeprowadzonego w 2017 roku spośród 1159 przebadanych jednolitych części wód powierzchniowych w dobrym stanie były dokładnie cztery. Jeziora są czystsze niż rzeki, ale i tak ich stan pozostawia wiele do życzenia – na 860 przebadanych jezior w dobrym stanie było 126. Polskie lasy i łąki są regularnie zaśmiecane przez dzikie wysypiska, z których ochoczo korzystają przeróżne przedsiębiorstwa, by w ten sposób obniżyć swoje opłaty komunalne. Według GUS na koniec 2017 roku w całej Polsce istniało 1,7 tysiąca dzikich wysypisk, za to zlikwidowano ich aż 13 tysięcy.

Pakiet pokryzysowy powinien zawierać rozwiązania, które realnie wprowadzą organizacje pracownicze do polskich zakładów pracy.

Tymczasem kary za zanieczyszczanie środowiska przez przedsiębiorstwa, nakładane przez różnego rodzaju instytucje, głównie wojewódzkie inspektoraty ochrony środowiska, są śmiesznie niskie. Saur Neptun Gdańsk za to, że przez trzy dni zrzucał ścieki do Motławy, otrzymał karę wysokości 323 tysięcy złotych. Tymczasem do rzeki trafiło 100 milionów litrów zanieczyszczeń – każdy litr kosztował więc jedną trzecią grosza. Gdy do potoku Olszanickiego trafiły zanieczyszczenia z pobliskiego lotniska Balice, inspektorzy WIOŚ nałożyli na lotnisko karę w wysokości… 500 zł. Zdecydowanie większą karę otrzymała od GIOŚ spółka Green-Tec Solutions za wielki pożar jej składowiska odpadów, który zatruwał powietrze mieszkańcom Zgierza. Kara wyniosła milion złotych – problem w tym, że firma nie bardzo chciała ją zapłacić i rok od nałożenia kary pieniądze wciąż nie zostały przelane.

Jeśli biznes wyciągnie teraz ręce do państwa po pomoc, powinien też zgodzić się na bardzo wyraźne podwyższenie kar administracyjnych za różnego rodzaju zanieczyszczanie środowiska. Przykładowo przekroczenie norm hałasu powinna kosztować 500 zł za każdy decybel ponad normę, a nie, jak obecnie, 65 zł, co jest stawką wprost śmieszną.

5. Pompowanie szarej strefy

Nie tylko wielki biznes ma swoje na sumieniu, także sektor małych i średnich przedsiębiorstw stosuje wiele skandalicznych praktyk, za które musimy płacić wszyscy. Głównym grzechem polskiego sektora MSP jest przede wszystkim działalność nierejestrowana, która tworzy tak zwaną szarą strefę. Ta szara strefa jest w Polsce ogromna. Według Polskiego Instytutu Ekonomicznego w 2018 roku wartość szarej strefy wyniosła 280 miliardów zł, z czego prawie ćwierć biliona złotych to sprzedaż bez faktur lub paragonu, a pozostałe kilkadziesiąt miliardów to efekt „płacenia pod stołem”. Wg raportu PIE tylko w latach 2013-2018 polski sektor finansów publicznych został uszczuplony o kwotę 275-550 miliardów złotych. Trudno wręcz sobie wyobrazić, jak wiele za tę kwotę można by wybudować mieszkań komunalnych, szpitali czy linii kolejowych.

Wiele z tych firm, które okradły nas w ostatnich latach na łączną sumę połowy biliona złotych, ustawi się teraz w kolejce po pomoc państwa – czyli nas wszystkich. Redukcja szarej strefy o jeden punkt procentowy rocznie w ciągu sześciu lat mogłaby łącznie przynieść sektorowi finansów publicznych nawet dodatkowe 128 miliardów złotych. Jeśli biedne MSP staną teraz w kolejce po zasiłek, to powinny też zgodzić się na wnikliwe i masowe kontrole skarbówki, gdy epidemia już ustanie. Skoro nieustannie kontrolowani są beneficjenci pomocy społecznej, którzy muszą spowiadać się ze swoich miesięcznych budżetów, to nie ma powodu, by okradające nas z setek miliardów złotych drobne biznesy nie musiały czynić tego samego.

Progresywna polityka w interesie średniaków

Tarcza antykryzysowa będzie gigantycznym wsparciem państwa dla polskiego biznesu – zarówno tego dużego, jak i małego. Trudno już teraz oceniać, jakie ostatecznie przyniesie efekty. Faktem jest, że trzeba chronić miejsca pracy, które znikną, jeśli przez sektor przedsiębiorstw przepłynie fala upadłości. Jednak skoro tak, to razem z tarczą antykryzysową należy wprowadzić pakiet pokryzysowych zmian, które udaremnią polskiemu biznesowi wyżej opisane praktyki, za które obecnie zapłacimy wszyscy, niektórzy nawet zdrowiem lub życiem, gdy zabraknie dla nich miejsca w szpitalu.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Piotr Wójcik

| Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.