Kraj

To właśnie Prawo i Sprawiedliwość jest cywilizacją śmierci

W Pszczynie w wyniku wstrząsu septycznego zmarła kobieta. Była w 22. tygodniu ciąży, w szpitalu potwierdzono zdiagnozowane wcześniej wady płodu i bezwodzie. Płód obumarł w trakcie hospitalizacji, potem zmarła pacjentka. Nie traktowałem pojęcia „cywilizacji śmierci” poważnie, ale zmieniam zdanie – pisze Jakub Majmurek.

Od ponad trzydziestu lat Kościół i katolicka prawica straszą nas „cywilizacją śmierci”. Przyznam, że zawsze wydawało mi się absurdalne, że „cywilizacja śmierci” to dla tych sił nie cywilizacja, która wywołała dwie wojny światowe, zmieniła Kongo w wielki, morderczy obóz pracy czy na trupach budowała Kanał Białomorsko-Bałtycki. Nie, „cywilizacja śmierci” to dla partii narodowo-kościelnej liberalne społeczeństwa Zachodu, w których dzieją się tak „straszne” rzeczy jak to, że ludzie mogą się rozwieść, kobieta może podjąć decyzję, czy urodzić dziecko, czy przerwać ciążę, a pary jednopłciowe mogą sformalizować swój związek.

Dlatego też nigdy nie traktowałem pojęcia „cywilizacji śmierci” poważnie. W ostatnich miesiącach po raz pierwszy sam mam jednak ochotę, by użyć tego terminu. Bo chyba tak właśnie trzeba opisać to, co dzieje się w Polsce, gdzie rząd PiS świadomie prowadzi politykę prowadzącą do śmierci, których można by uniknąć naprawdę niewielkim kosztem.

Tortury w imię abstraktu

Te śmierci mają różny wymiar, od setek tysięcy anonimowych zgonów w covidowych statystkach po konkretne, pojedyncze przypadki. Niedawno cała Polska usłyszała o jednym z nich.

W szpitalu w Pszczynie w wyniku wstrząsu septycznego zmarła kobieta. Była w 22. tygodniu ciąży, w szpitalu potwierdzono zdiagnozowane wcześniej wady płodu i bezwodzie. Płód obumarł w trakcie hospitalizacji, potem zmarła pacjentka. Jak w oświadczeniu napisała pełnomocniczka rodziny zmarłej, z SMS-ów wysyłanych przez kobietę ze szpitala wynika, że „lekarze przyjęli postawę wyczekującą, powstrzymując się od opróżnienia jamy macicy do czasu obumarcia płodu”. Kobieta wiązała to z „obowiązującymi przepisami ograniczającymi możliwość legalnej aborcji”.

Sprawa zmarłej z Pszczyny szybko została podchwycona przez polityków. Lewica i liberałowie za tragedię winią rządy PiS, a zwłaszcza wyrok Trybunału Przyłębskiej zakazujący terminacji ciąży w przypadku ciężkiego uszkodzenia płodu. Przedstawiciele prawicy twierdzą z kolei, że jeśli ktoś jest winny, to lekarze – do szpitala ma wejść kontrola prokuratury. Choć są i tacy, jak niezastąpiony Marek Suski, którzy na całą sprawę publicznie machają ręką, bo „to, że ludzie umierają, to biologia, zdarzają się niestety błędy lekarskie, zdarzają się osoby po prostu chore […] niestety wciąż czasem przy porodach kobiety umierają”.

Wywodów Suskiego nie ma sensu komentować. Jeśli chodzi o winę lekarzy, to oczywiście należy sprawdzić, czy zrobili wszystko, co mogli, w ramach obowiązującego prawa, by ratować kobietę. Istota problemu polega jednak na tym, że lekarze nie powinni być stawiani przed dylematem: ratować pacjentkę czy ryzykować kłopoty z prokuraturą i sądem oraz utratę prawa do wykonywania zawodu. Prawo powinno ułatwiać lekarzom wykonywanie ich pracy, a nie ją utrudniać, a nawet uniemożliwiać. To, że lekarze zastanawiają się, czy mogą bez ryzyka wizyty prokuratora przeprowadzić ratujący życie zabieg, jest winą, nawet jeśli nie bezpośrednio wyroku TK, to z pewnością atmosfery, jaką wokół aborcji stworzyła rządząca w Polsce partia.

Po śmierci w Pszczynie kobiety zaczynają mówić publicznie o swoich podobnych doświadczeniach. „Oczekiwanie na śmierć dziecka w łonie matki, gdy z góry wiadomo, że nie przeżyje, jest obecnie stałą praktyką w szpitalach. Skąd wiem? Bo sama to przeżyłam” – pisze w przejmującej relacji dziennikarka Onetu Alicja Wirwicka. Tamta sprawa skończyła się dobrze, „natura zrobiła swoje”, mógł z ulgą powiedzieć wypisujący kobietę lekarz. W Pszczynie się nie udało – i jeśli prawo i podejście do aborcji się nie zmienią, podobnych tragedii będzie więcej.

Wszystko, co chciałaś wiedzieć o aborcji, ale dziadersi woleli, żebyś nie pytała

W imię abstraktu, jakim jest „życie poczęte”, torturuje się kobiety, stwarza zagrożenie dla ich zdrowia, a nawet życia. W imię ideologicznego totemu świętej, polskiej, katolickiej rodziny pomnażającej „biologiczną substancję narodu” niszczy się rodziny istniejące – kobieta z Pszczyny zostawiła męża i dziecko.

Tragedii w Pszczynie można było zapobiec nawet bez legalizowania aborcji. W Sejmie leży przecież „ratunkowa” ustawa lewicy, znosząca kary dla lekarzy za wykonanie zabiegu. Zamiast nią Sejm zajmie się jednak obywatelskim projektem przygotowanym przez Fundację Pro Prawo do Życia. Jego zapisy nie tylko całkowicie delegalizują aborcję – nawet jeśli ciąża pochodzi z gwałtu – ale także zrównują kary za jej świadome przeprowadzenie z karami za zabójstwo. Za usunięcie ciąży z premedytacją mogłoby grozić nawet dożywocie. Karane miałoby być też „sprowadzenie niebezpieczeństwa i narażenie na niebezpieczeństwo życia płodu”. Także wtedy, gdy „sprawczynią” jest matka – choć tu sąd mógłby znacznie złagodzić karę, a nawet odstąpić od jej wymierzenia. Jak to będzie wyglądało w praktyce, pokazuje przykład takich państw jak Salwador, gdzie każde poronienie oznacza dla kobiety widmo kłopotów z prawem. Ileś kobiet niezdolnych przerwać zagrażającej życiu ciąży po prostu umrze. Zdziwiłbym się, gdyby w imię swoich relacji z fundamentalistycznym skrzydłem Kościoła PiS nie skierował tego barbarzyńskiego projektu do dalszych prac w komisjach.

Biejat: Zakaz aborcji to nie zasłona dymna. PiS odbiera kobietom prawa świadomie, kawałek po kawałku

Wyłączenie empatii jako patriotyczny obowiązek

Drugi front naszej cywilizacji śmierci znajduje się na polsko-białoruskiej granicy. W lasach, na bagnach między Polską a Białorusią znajdowane są ciała migrantów próbujących przedostać się przez granicę strefy Schengen, wypychanych przez polskich pograniczników na białoruską stronę.

Oczywiście, sprawa jest skomplikowana. Główną winę za ten stan rzeczy ponosi reżim Łukaszenki, prowadzący cyniczną grę za pomocą zdesperowanych ludzi z takich miejsc jak Irak czy Syria. PiS realizuje na granicy politykę nieodbiegającą w swoich założeniach od tego, co robią inne rządy granicznych krajów strefy Schengen, w tym te ideologicznie znacznie bardziej sympatyczne niż coraz bardziej skrajna prawica z Nowogrodzkiej.

Nawet biorąc to wszystko pod uwagę, to, co rząd robi w sprawie granicy, domaga się reakcji. W imię partykularnych interesów politycznych, dla narzucenia opinii publicznej wygodnego dla siebie sporu wokół „ochrony granic” PiS prowadzi politykę, która pogłębia kryzys humanitarny, stwarza zagrożenie dla zdrowia i życia próbujących ją forsować ludzi. Oczywiście, można argumentować, że te osoby próbują przekraczać granicę nielegalnie. Że duża część z nich nie spełnia kryteriów, by ubiegać się w Polsce o status uchodźcy. Tylko karą za nielegalne przekroczenie granicy nie powinna być śmierć, odmrożenia, wychłodzenie, głód, ukrywanie się po lasach.

Postulat numer jeden to „zero śmierci na granicach”. I za to odpowiada państwo

Alternatywa, jaką przedstawił Polakom rząd – humanitarne podejście do migrantów albo bezpieczeństwo granic – jest nie tylko fałszywa, ale też głęboko obłudna. Stoi za nią nawet nie błędna diagnoza tego, co jest racją stanu, ale cyniczna kalkulacja dotycząca polityki wewnętrznej, próba budowania politycznego kapitału na strachu. Można skutecznie zabezpieczyć granicę, jednocześnie zachowując minimum człowieczeństwa wobec migrantów: nie wypychając ich do lasów, rozpatrując zgodnie z procedurami ich wnioski o ochronę międzynarodową, udzielając podstawowej humanitarnej pomocy, deportując ich do kraju pochodzenia w cywilizowany sposób.

Rząd tymczasem, nakręcając retorykę zagrożenia, wysłał społeczeństwu wyraźny sygnał, iż wyłączenie empatii wobec osób na granicy jest nie tylko czymś moralnie usprawiedliwionym w obliczu „wojny hybrydowej Łukaszenki”, ale wręcz pożądanym. Programowy brak empatii wobec migrantów stał się dziś w Polsce patriotyczną cnotą. Rządowe zaplecze, głównie medialne, bardzo wiele energii poświęca, by wyśmiać i pozbawić legitymacji sądy na temat sytuacji na granicy oparte na względach moralnych i humanitarnych. Zwolennicy takiego podejścia w najlepszym wypadku przedstawiani są jako naiwne pięknoduchy, nierozumiejące twardej Realpolitik, w najgorszym zaś jako zdrajcy ojczyzny, grający w orkiestrze Putina i Łukaszenki.

Ten dyskurs napotyka społeczny opór. Społeczeństwo obywatelskie, w tym ludzie z przygranicznych terenów objętych stanem wyjątkowym, organizuje się, by pomagać migrantom. Ale do wielu ludzi ten język trafia, utwardza i zmienia ich postawy. Czy można bezkarnie wyłączyć sobie empatię dla całej grupy ludzi? Oczywiście nie. Gdy kryzys na granicy się skończy – co wcale nie musi nastąpić szybko – obudzimy się po tym wszystkim z potężnym moralnym kacem.

Przed czwartą falą

Wreszcie jest ostatni wymiar tego równania: covidowy. Od początku pandemii do końca września 2021 roku Polska odnotowała 140 tysięcy nadmiarowych zgonów. Śmierci, których zgodnie ze statystykami umieralności, długości życia itd. w tym okresie powinno nie być. Część z tej grupy umarła na COVID-19, część dlatego, że przeciążony walką z pandemią system ochrony zdrowia nie był w stanie leczyć innych chorób.

Oczywiście, tak jak w wypadku sytuacji na granicy, pisząc o pandemii, warto wystrzegać się uproszczeń. Trudno wskazać europejski rząd, który z sytuacją z ostatnich prawie dwóch lat poradziłby sobie dobrze. Można jednak wskazać, że rząd PiS na własne życzenie z wieloma wyzwaniami pandemicznymi poradził sobie fatalnie.

Kraj niepotrzebnej śmierci

Latem 2020 przedwcześnie „odwołano pandemię”, bo Andrzej Duda walczący o reelekcję potrzebował poprawy nastrojów społecznych. Stąd premier przekonujący, że wirusa nie ma co się bać i trzeba iść głosować. Sam Duda puszczał oko do antyszczepionkowego elektoratu, gdy na debacie z samym sobą w Końskich zapewniał, że jest przeciw obowiązkowym szczepieniom. Rząd zupełnie nie przygotował ochrony zdrowia na jesień 2020 i zimę w sezonie 2020–2021. Trzecia i czwarta fala uderzyły wtedy w Polskę ze szczególną siłą, to w tym okresie miało miejsce wiele śmierci, których lepsza polityka mogłaby uniknąć.

Teraz zbliża się czwarta fala. Polska wchodzi w nią z jednym z najniższych wskaźników wyszczepienia z krajów europejskich. Znów jest to wina zaniechań rządu. Nowoczesne państwo ma przecież narzędzia, by nawet oporne osoby skłonić do szczepień bez wprowadzania bezpośredniego przymusu. Wystarczyłyby choćby paszporty covidowe, jak we Francji, gdzie Macron sprowokował nie masowe demonstracje, ale masowy skok osób zaszczepionych.

Polski rząd nie zrobił z tym jednak nic. Nie uruchomił nawet najpopularniejszych polityków PiS, by jeździli po szczególnie opornych na szczepienia powiatach i przekonywali do wakcynacji – tak się składa, że są to też powiaty, gdzie partia rządząca notuje rekordowe poparcie.

Teraz powtarza się scenariusz z ostatniej jesieni i zimy. Rośnie liczba dziennych zakażeń, szpitale otwierają i powiększają oddziały covidowe, słyszymy o tym, że konieczne będzie uruchamianie szpitali tymczasowych. Ileś osób nie przeżyje czwartej fali. Część zabierze COVID-19, część przeciążenie nim systemu ochrony zdrowia. Rząd mógł zminimalizować tę tragedię. Wybrał jednak polityczną grę z antyszczepionkowym elektoratem, przestraszony, że inaczej weźmie go Konfederacja.

Tak, czasami określenie „cywilizacja śmierci” faktycznie ma sens.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij