⚠️ Polska ma bardzo wysoki poziom możliwych do uniknięcia zgonów (ok. 120 tys. rocznie), co przy niskiej liczbie urodzeń pogłębia kryzys demograficzny.
💸 Głównym problemem systemu zdrowia jest chroniczne niedofinansowanie NFZ, które wynika m.in. z wadliwych przepisów i niższych niż w krajach OECD nakładów na ochronę zdrowia.
🏥 Oszczędności i chaotyczne reformy (zamykanie porodówek, ograniczanie świadczeń, utrudniony dostęp do badań) pogarszają dostęp do leczenia i mogą zwiększać liczbę niepotrzebnych zgonów.
We wtorek 7 kwietnia, czyli w Światowym Dniu Zdrowia i Pracowników Służby Zdrowia, przed ministerstwem zdrowia demonstrowały związki zawodowe. Pod hasłem „Pracownicy ochrony zdrowia TO NIE KOSZT – to fundament!” protestowały zarówno NSZZ „Solidarność”, jak i OPZZ, które na co dzień, delikatnie rzecz ujmując, nie pałają do siebie sympatią. Sytuacja stała się jednak na tyle dramatyczna, że nawet nielubiące się związki poszły ręka w rękę w sprzeciwie wobec obarczania winą za kryzys personel medyczny. Ma to związek z regularnie powtarzającymi się opiniami, że za fatalny stan finansów placówek medycznych odpowiadają podwyżki płac.
Ustawowe niedofinansowanie
Aktualny stan publicznego systemu ochrony zdrowia w Polsce dobrze obrazuje najnowsza edycja raportu „Health at Glance” OECD. W 2024 roku niemal 4 proc. mieszkańców kraju deklarowała niezaspokojone potrzeby medyczne. To dziewiąty najwyższy wynik wśród krajów tej organizacji. Średnia to niespełna 3,5 proc., jednak w Czechach, Holandii i Niemczech w takiej sytuacji jest mniej niż jeden procent obywateli.
Niezaspokojone potrzeby medyczne nawarstwiają się i prowadzą do kumulacji chorób, którym trudno w takiej sytuacji zapobiec. Pojedynczo każda z nich mogłaby zostać spokojnie wyleczone, szczególnie jeśli zostałaby wcześnie wykryta. Finalnie często kończy się to śmiercią pacjenta. Niepotrzebną, gdyż następującą w rezultacie uleczalnych chorób.
Według danych OECD co roku w Polsce na uleczalne choroby umiera 316 os./100 tys. mieszkańców. W skali kraju daje to 120 tys. niepotrzebnych zgonów. Przypomnijmy, że w 2025 roku urodziło się 238 tys. dzieci, więc skala przypadków możliwych do uniknięcia zgonów to połowa rocznej dzietności. Polska wymiera nie tylko z powodu zanikania zachodzenia w ciążę, ale również niedomagającej opieki medycznej. Średnio w OECD umiera 222 os./100 tys., więc wynik Polski jest aż o połowę wyższy.
Główną przyczyną dramatu polskiej ochrony zdrowia jest jej notoryczne niedofinansowanie. Co więcej, to niedofinansowanie jest wręcz wpisane do aktów prawnych. Według nowelizacji przepisów, wprowadzonej w ramach „Polskiego Ładu” w 2021 roku, publiczne nakłady na opiekę medyczną powinny osiągnąć 7 proc. PKB w 2027 roku. Problem w tym, że w ustawie jest drobny haczyk – otóż to PKB jest liczone według danych sprzed dwóch lat. W ten sposób co roku teoretycznie ustawa jest wypełniana, ale w praktyce wciąż nie możemy dogonić rzeczywistości.
Według danych Monitora Finansowania Ochrony Zdrowia, w 2025 roku Polska powinna przeznaczyć 6,5 proc. PKB na publiczny system. W rzeczywistości przeznaczyła 5,8 proc. PKB, chociaż licząc według ustawy, byłoby to nawet 6,6 proc. W tym roku powinniśmy wyłożyć z publicznej kasy 6,8 proc. PKB, ale realnie przeznaczymy ledwie 6 proc. Inaczej mówiąc, ustawa powszechnie nazywana „7 proc. PKB na zdrowie” zawiera w sobie przepisy, które trwale uniemożliwiają przeznaczenie 7 proc. PKB na zdrowie. Trudno o lepsze podsumowanie mechanizmu finansowania opieki medycznej w Polsce.
Jak to wygląda na tle państw Zachodu? Według danych OECD, w 2023 roku Polska przeznaczyła z finansów publicznych na zdrowie 5,7 proc. PKB. Niewiele więcej niż wolnorynkowe Chile (5,5 proc.). Średnia całej organizacji to 8,4 proc. PKB. W Niemczech to 7,5 proc. PKB, a w Czechach, które przodują pod względem niskiej liczby niepotrzebnych zgonów, na publiczną opiekę medyczną przekazuje się aż 8,9 proc. PKB.
Spojler na dachu turbokaretki
Zamiast znaleźć dodatkowe finansowanie, ministerstwo zdrowia desperacko poszukuje oszczędności. Najbardziej obrywa się porodówkom, które są masowo zamykane w związku ze spadającą liczbą urodzeń.
Od 2010 roku do początku 2026 roku liczba oddziałów położniczych spadła w całym kraju z 406 do 266. W ciągu ledwie półtora dekady zamknięto więc co trzecią porodówkę w Polsce. Pojawia się więc błędne koło – spadająca dzietność skłania rząd do ograniczania dostępu do oddziałów położniczych, co skutkuje jeszcze bardziej spadającą dzietnością. Testowaliśmy już to przy cięciach na kolei, które również wymuszone zostały oszczędnościami, a ich efektem było dalsze zniechęcanie ludzi do korzystania z usług PKP. Niczego to rządzących nie nauczyło.
Oczywiście rzekomo odpowiedzialny i profeministyczny rząd nie zamierza zostawić rodzących kobiet samych sobie. Od lutego w szpitalach, w których promieniu 25 km nie ma żadnego oddziału położniczego, SOR-y powinny przygotować tak zwaną izbę porodową, gdzie całą dobę musi dyżurować położna. Teoretycznie może ona samodzielnie odebrać poród, ale tylko fizjologiczny i gdy ciążą przebiega bez zakłóceń i nie grozi powikłaniami. A także wtedy, gdy rodząca kobieta nie zażąda obecności lekarza ginekologa lub na przykład cesarskiego cięcia.
Problem w tym, że w izbach czy też salach porodowych na SOR lekarz ginekolog dyżurować będzie jedynie od 10 do 18. Co cię stanie, jeśli po tych godzinach na SOR pojawi się rodząca kobieta w zaawansowanym stadium porodu i ze skomplikowaną ciążą?
I tutaj robi się już naprawdę „ciekawie”, gdyż ministra zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda najpewniej nie zrozumiała przepisów, które sama ustanowiła w drodze rozporządzenia. Otóż każdy SOR z izbą porodową musi zapewnić możliwość przetransportowania rodzącej kobiety do najbliższego oddziału położniczego w ciągu… 15 minut. A przecież mowa jest o szpitalach, które dzieli od najbliższego takiego oddziału ponad 25 km. Ostrożnie więc przyjmując, że odległość wynosi 30 km, w celu literalnego zastosowania się do kuriozalnych przepisów ministerstwa, karetka powinna pędzić z rodzącą ze średnią prędkością 120 km/h. I to po wąskich drogach krajowych na prowincji, bo to właśnie tam najczęściej są problemy z dostępem do porodówek.
Inaczej mówiąc, ministerstwo zdrowia wymaga od kierowców karetek nie tylko drastycznego łamania przepisów, gdyż średnią prędkość rzędu 120 km/h można osiągnąć co najwyżej na odcinku autostrady lub ekspresówki, ale również skrajnie ryzykownej jazdy.
W wyniku tego absurdalnego rozporządzenia powinno się wprowadzić dodatkową kategorię prawa jazdy dla kierowców erek, o oznaczeniu dajmy na to Kat. Sport, w której kandydaci będą musieli najpierw wykazać się wysokimi umiejętnościami podczas rajdów terenowych i na torze wyścigowym. A w samych karetkach powinno się umieszczać spojler na dachu i turbosprężarkę. Natomiast cały kraj powinien trzymać kciuki, by nie doszło do żadnej drogowej tragedii z udziałem takiej turbokaretki z ciężarną na pokładzie.
Rak może poczekać
Polski Ład wprowadził ogromne zamieszanie w systemie podatkowym i ukrył trwałe niedofinansowanie systemu opieki medycznej pod płaszczykiem jej dofinansowania. Oprócz tego zawierał jednak kilka bardzo dobrych zmian. Przede wszystkim zniósł limity w odniesieniu do opieki ambulatoryjnej (AOS), czyli wizyt u lekarzy specjalistów oraz szeregu badań diagnostycznych. Poza tym za rządów PiS budżet regularnie dopłacał do NFZ kwoty, które umożliwiały mu płacenie za nadwykonania świadczeń limitowanych, czyli operacji i zabiegów nieratujących życia (np. wstawienia stawu biodrowego czy operacji zaćmy oka).
Poszukujący oszczędności rząd koalicyjny wszystko to zamierza wyrzucić do kosza. Od początku kadencji drastycznie ograniczył wypłaty za nadwykonania świadczeń limitowanych, co od 2024 roku doprowadziło do corocznego kryzysu w ostatnim kwartale – skutkującego przesuwaniem umówionych zabiegów. Była już (na szczęście) ministra zdrowia Izabela Leszczyna utyskiwała nawet na poprzedników za to, że przyzwyczaili szpitale do tych nadwyżkowych wypłat pieniędzy.
Na początku marca prezes NFZ zapowiedział natomiast, że za wykonanie czterech drogich badań diagnostycznych (tomograf, rezonans, kolonoskopia i gastroskopia) ponad wartość ustaloną w kontrakcie placówka będzie otrzymywać jedynie 40 proc. stawki i to dopiero po rozliczeniu roku, czyli w pierwszym kwartale następnego. Aktualnie NFZ rozlicza się z placówkami w miarę regularnie co kwartał. Jakby tego było mało, prezes wprowadził te zmiany z datą wsteczną, gdyż od początku roku. Inaczej mówiąc, rząd de facto wprowadził – i to przedatowane – limity na świadczenia nielimitowane.
Jeśli ktoś pomyślał, że to oksymoron, to dobrze pomyślał. A to przecież nie wszystko. Podobne zmiany dotkną całą AOS, więc również zwykłych wizyt u specjalistów. Właściciele prywatnych gabinetów lekarskich zacierają ręce, natomiast pacjenci je załamują. Organizacje chroniące prawa pacjentów słusznie stwierdziły, że osłabi to opiekę onkologiczną, gdyż wymienione wyżej badania diagnostyczne służą między innymi do wykrywania nowotworów. Ale spokojnie, rak nie zając.
Oliwy do ognia dolał Maciej Berek, sprawujący najdziwniejsze stanowisko w historii III RP. Otóż Minister do spraw Nadzoru nad Wdrażaniem Polityki Rządu (wydawałoby się, że tym zajmuje się premier, ale aktualna koalicja lubuje się w surrealizmie) w rozmowie z Radiem Zet stwierdził, że domaganie się pełnej stawki za „nadwykonania świadczeń nielimitowanych” (kolejny oksymoron) jest… nieuczciwe.
„To nie jest uczciwe, że umawiamy się z tobą na X, a ty robisz dwa razy X i mówisz: proszę mi zapłacić za wszystko. Czym wtedy jest ten kontrakt?” – mówił minister Berek, który najwyraźniej nie rozróżnia świadczeń limitowanych od nielimitowanych. W przypadku tych drugich placówka określa prawdopodobną liczbę usług, a nie dokładną, gdyż tej drugiej przewidzieć się nie da. Ludzie nie chorują na rozkaz albo dla przyjemności, bo gdyby mogli, to w ogóle u lekarzy by się nie zjawiali.
Zmiany te, nawet jeśli zostaną w pełni wprowadzone, przyniosą oszczędności rzędu kilku miliardów złotych, problem w tym, że w NFZ w tym roku brakować będzie około 23 mld zł. Można więc się spodziewać kolejnych innowacyjnych pomysłów na rozwiązanie problemu „krótkiej kołdry”, która trapi fundusz od dekad.
Trwa chociażby łączenie szpitali powiatowych, co ma doprowadzić do optymalnego rozłożenia oddziałów i pacjentów pomiędzy łączone placówki. Niestety, ci drudzy będą musieli często udawać się do sąsiedniego powiatu, co przy braku auta i fatalnych połączeniach autobusowych na prowincji może skutkować całodniową wycieczką.
Pomysły świetne inaczej
Politycy tradycyjnie zaczęli się obarczać nawzajem winą. Minister finansów Andrzej Domański w Polsat News wytknął prezydentowi, że ten zawetował ustawę o podwyżce opłaty cukrowej, co miało przynieść MFZ dodatkowy miliard złotych. Domański nie wspomniał, że on sam stał za ustawą zmniejszającą składkę zdrowotną dla najzamożniejszych samozatrudnionych i przedsiębiorców, co miało zabrać z NFZ pięć razy więcej – gdyby nie weto Andrzeja Dudy.
Tymczasem problemy NFZ rosną w tempie ekspresowym. Według głównego ekonomisty Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) Łukasza Kozłowskiego w 2028 roku deficyt w funduszu wyniesie zawrotne 90 mld zł, czyli ponad 40 proc. tegorocznego budżetu. PSL zapowiedział więc zgłoszenie drogą poselską projektu ustawy, przygotowywanej wspólnie z FPP, która miałaby uzdrowić, nomen omen, sytuację w publicznym systemie zdrowia. Opiera się on na kilku pomysłach, z których każdy jest wątpliwy.
Pierwszy mówi o ustanowieniu tak zwanych szpitali wiodących, które obsługiwałyby kilka powiatów. Ich liczba to 49, co oczywiście nie jest przypadkowe, gdyż odpowiada dawnej liczbie województw. Można więc przypuszczać, że PSL w ten sposób przywróci dawny podział administracyjny, tylko że wyłącznie w obszarze opieki medycznej. To jednak będzie skutkowało dokładnie tym samym, co łączenie szpitali powiatowych – wydłuży drogę potrzebną, by dostać się do placówki medycznej.
Kolejny pomysł to przeniesienie do NFZ składki chorobowej. Miałoby to dać funduszowi dodatkowe 6 mld złotych. Problem w tym, że tym samym przeniesie się na NFZ obowiązek wypłacania chorobowego, więc nie będzie to oznaczać żadnego zastrzyku pieniędzy, a jedynie zastrzyk nowych zadań. Tak naprawdę NFZ może na tej zmianie stracić, gdyż fundusz chorobowy sam notuje deficyt.
Według PSL fundusz lepiej będzie kontrolować prawidłowość wystawiania zwolnień i przeciwdziałać nadużyciom, co jest argumentem z gatunku „bo tak”. W rzeczywistości może się okazać, że pracownicy NFZ co prawda będą mieli więcej zadań, ale za to ochrona zdrowia będzie mieć mniej pieniędzy, które pójdą na łatanie dziury w funduszu chorobowym.
Pomysłem naprawdę świetnym inaczej jest jednak 10-procentowy odpis od podatku PIT, z którego będą mogły skorzystać osoby odwiedzające prywatne gabinety lekarskie i komercyjne placówki medyczne. Czyli ogromna część podatników – około jednej piątej lub nawet jednej czwartej łącznych nakładów na zdrowie w Polsce pochodzi z kieszeni prywatnych.
W ten sposób budżet straci miliardy złotych, więc będzie miał mniejsze możliwości łatania deficytu w NFZ dotacjami. Za to prywatne gabinety lekarskie będą opływać w jeszcze większych pieniądzach, a ceny komercyjnych usług medycznych jeszcze bardziej wzrosną. W ostatnich latach rosły dwukrotnie szybciej niż wynosiła ogólna inflacja.
Od tych pomysłów aż odechciewa się chorować. Być może rządzący taki właśnie mają plan – chcą wprawić pacjentów w osłupienie, by ich organizmy doznały tak głębokiego szoku, że się zmobilizują na niespotykaną skalę i same będą zwalczać wszelkie choroby. Kto wie, czy w przyszłości to rewolucyjne rozwiązanie nie stanie się standardem i dawną przysięgę Hipokratesa zastąpi przysięga Sobierańskiej-Grendy „po pierwsze, nie choruj”, którą dla odmiany będą składać pacjenci.



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.