Kraj

Pociąg do historii

Mateusz Morawiecki i Jarosław Kaczyński jadą do Kijowa, by przejść do historii. Jarosław jedzie do Kijowa w 2022, jak jego brat do Gruzji w 2008 roku. Czy możemy wybaczyć ten wielkościowy odruch starzejącemu się nieuchronnie mastermindowi polskiej polityki?

W Kijowie i obwodzie kijowskim od dzisiejszego wieczoru przez dwie kolejne doby będzie obowiązywać godzina policyjna. Miasto szykuje się do obrony przed szturmem wojsk rosyjskich. W dzielnicach mieszkalnych już spadają bomby, które zabijają ludzi. I to właśnie teraz czwórka polityków z Europy Środkowej postanowiła odwiedzić stolicę Ukrainy, by wyrazić jej wsparcie swoje, nasze i całej Unii Europejskiej. Gdy piszę te słowa, pociąg z delegacją przekroczył już polsko-ukraińską granicę.

Michał Dworczyk zdradził, że decyzja o podróży zapadła podczas europejskiego szczytu w Wersalu, ale była utrzymywana w tajemnicy, podobnie jak przygotowania do wyjazdu. W ustach szefa Kancelarii Premiera deklaracje o tajemnicy brzmią co najmniej kuriozalnie i zostaje tylko mieć nadzieję, że przygotowując podróż swoich pryncypałów, zaczął w końcu korzystać z zabezpieczonej rządowej skrzynki mailowej, a przynajmniej z ProtonMaila. Ale odłóżmy na razie żarty na bok, zdążymy do nich wrócić.

Jak dowiedzieliśmy się dzisiaj, wizyta polskiego premiera Mateusza Morawieckiego, wicepremiera i przewodniczącego Komitetu ds. Bezpieczeństwa Narodowego i Spraw Obronnych Jarosława Kaczyńskiego, premiera Czech Petra Fiali i premiera Słowenii Janeza Janšy została uzgodniona z szefem Rady Europejskiej Charles’em Michelem i przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen. Czwórka panów będzie reprezentować nie tylko swoje kraje, ale całą Unię Europejską i jej jednoznaczne wsparcie dla niepodległości i integralności terytorialnej Ukrainy. Politycy spotkają się z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim i premierem Denysem Szmyhalem, którym przedstawią „szeroki pakiet wsparcia dla państwa i społeczeństwa ukraińskiego”. Będzie konferencja prasowa, będą błyski fleszy.

Trudno się czepiać. Jest wojna, nasz bliski sąsiad został napadnięty przez kraj, wobec którego i tak tradycyjnie odczuwaliśmy co najmniej rezerwę i nieufność. Wielu z nas identyfikuje się z walką Ukraińców, wspiera ich na co dzień na różne sposoby, czy to przyjmując uchodźców, czy zbierając i wysyłając na Ukrainę pomoc humanitarną i obronną, czy mobilizując na rzecz Ukrainy opinię publiczną w kraju i za granicą.

Jeśli premier Polski jedzie w tej sytuacji do Kijowa, by okazać wsparcie ukraińskim przywódcom, których niezmiennie od początku wojny podziwiamy, to wydaje się, że jest to misja honorowa. Jeśli reprezentuje Unię Europejską, to powinno być nam jeszcze przyjemniej, chociaż w głębi duszy odzywa się lekkie niedowierzanie, że to właśnie Morawiecki, a już zwłaszcza Kaczyński zostali do tej misji zatwierdzeni.

Wojna ocali prezydenturę Dudy?

W ogóle można zadać sobie pytanie, czemu akurat ta czwórka, a nie inna. Może chodziło o to, by pojechali tam politycy z Europy Środkowej, którą trudniej winić za utuczenie putinowskiego złotego cielca niż reprezentantów Francji lub Niemiec? A może po prostu nikt inny nie chciał jechać do ogarniętego wojną kraju?

Premierów Czech i Słowenii weźmiemy w nawias, na pewno są w ich krajach felietoniści zdolni ocenić ich motywacje do udziału w kijowskiej delegacji. Wróćmy na własne podwórko, na którym po prawie trzech tygodniach widać wyraźnie, że z powodu wojny w Ukrainie Polska nie przestała wcale być Polską. Innych władz nie mamy, więc muszą nas reprezentować te, ale ani Morawiecki nie przestał być Morawieckim, a już na pewno Jarosław Kaczyński nie przestał być sobą. I nigdzie nie zniknął kontekst, który sprawia, że kiedy słyszymy o podobnym przedsięwzięciu, to w naszych głowach kłębią się same wątpliwości.

Po pierwsze, mamy sporo przesłanek z niedalekiej przeszłości, żeby nie dowierzać polskim służbom, że są w stanie zapewnić przedstawicielom państwa bezpieczeństwo. Nie będę nawet nazywać tutaj dat i wydarzeń, wszyscy przecież mamy je wyryte w sercach, zaraz obok słów: „Arek, zmieścisz się” (nawet jeśli to lekka kompilacja, to właśnie tak to zapamiętaliśmy).

Dlatego jesteśmy spokojniejsze, że premierzy wybrali pociąg jako środek lokomocji. Biorąc pod uwagę działania zbrojne wokół Kijowa, bombardowania i walki o lotniska, która trwają od pierwszych dni wojny, można zaryzykować tezę, że nawet Lech Kaczyński dałby się przekonać, żeby odpuścić lotniczą eskapadę. Tak jak nie zrobił tego w 2008 roku, kiedy trwała wojna w Gruzji, a mimo to i wbrew procedurom bezpieczeństwa naciskał pilota na lądowanie w Tbilisi.

Więc teraz słusznie wybrano pociąg, po europejsku i ekologicznie, Greta Thunberg byłaby zadowolona. Przy czym zakładam, że ten pociąg z premierami jest na pewno o wiele skromniejszy niż odkryty niedawno przez ukraińskich aktywistów złoty pociąg Wiktora Medwedczuka. Najważniejsze, że jakieś wnioski z poprzednich katastrof i incydentów zostały wyciągnięte.

Pewnie wiele z nas wolałoby, by w naszym imieniu z Ukrainą w Kijowie jednoczył się kto inny, może Adrian Zandberg, może Marcelina Zawisza, kto inny widziałby tam Donalda Tuska lub Rafała Trzaskowskiego. Z Morawieckim sprawa jest jasna. To premier Polski, co do tego, że wybory były demokratyczne, się zgodziliśmy, nie możemy teraz wybrzydzać. Z dnia na dzień władzy nie zmienimy, a w ogóle słusznie pytają nas Rosjanie, którym radzimy obalać Putina, byśmy najpierw się uporali ze swoim bałaganem, skoro uważamy, że to takie proste.

Jednak obecność w tej delegacji Jarosława Kaczyńskiego to już spory zgrzyt dla wszystkich, którzy wierzą w europejskie wartości. Gorszą twarzą Unii Europejskiej mógłby być chyba tylko premier Węgier Viktor Orbán, ewentualnie z naszej stajni jeszcze Zbigniew Ziobro. Poza tym Kaczyński nie jest wielkim amatorem zagranicznych wyjazdów, prawie w ogóle nie jeździ w oficjalne delegacje poza Polskę, zadowalając się regularnymi wycieczkami na Wawel. Do tego rząd, którego jest faktycznym liderem, chociaż ostatnio nieco przygasłym, Ukrainę odłożył na polityczną półkę z etykietą „mniej ważne” i w relacjach ze strategicznym sąsiadem koncentrował się głównie na nierozwiązanych problemach z przeszłości.

Przeszłość stanowi tutaj podpowiedź, zresztą zagadki wcale nie ma, bo Mateusz Morawiecki mówi wprost: „W tak przełomowych dla świata chwilach naszym obowiązkiem jest być tam, gdzie wykuwa się historia; bo nie chodzi o nas, tylko o przyszłość naszych dzieci, które zasługują, by żyć w świecie wolnym od tyranii”. Obaj z Kaczyńskim, chociaż dałabym sobie rękę uciąć, że ten drugi milion razy mocniej niż ten pierwszy, jadą do Kijowa, by przejść do historii. Jarosław jedzie do Kijowa w 2022 roku, jak jego brat do Gruzji w 2008 roku, by zapamiętano go jako tego, który już nie tylko stoi tam, gdzie wtedy, ale i tam, gdzie po drugiej stronie stoi rosyjska armia, reprezentująca dziś dla wolnego świata czyste zło. Kaczyński chce stanąć koło Zełenskiego z nadzieją, że zdjęcie, które zrobią im fotoreporterzy międzynarodowych agencji, trafi do kilku podręczników do historii. Dla Morawieckiego to raczej polityczne złoto, przydatne tu i teraz, z którego trzeba wykuć kapitał na najbliższą przyszłość.

Czy możemy wybaczyć ten wielkościowy odruch starzejącemu się nieuchronnie mastermindowi polskiej polityki, który w ostatnich miesiącach coraz częściej zapodziewał gdzieś swój rzekomy geniusz? Pewnie mogłybyśmy, ale nie zapominajmy, że to właśnie nieopanowany pociąg do historii jest motorem działań innego starzejącego się i zagubionego w świecie polityka, który nawet pancernym wagonem nie odważy się już wyjechać ze swojego bunkra na Uralu.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Siegień
Paulina Siegień
Dziennikarka i reporterka
Dziennikarka i reporterka związana z Trójmiastem, Podlasiem i Kaliningradem. Pisze o Rosji i innych sprawach, które uzna za istotne, regularnie współpracuje także z New Eastern Europe. Absolwentka Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego i filologii rosyjskiej na Uniwersytecie Gdańskim.
Zamknij