Kraj

Tysiące sportowych prekariuszy zostało na lodzie

Fot. Mark Bertulfo/Unsplash

Opinia społeczna, ale i zarządzający obecnym kryzysem zdają się nie widzieć trudnej sytuacji sportowych prekariuszy. Materiały w mediach na temat problemów w sporcie dotyczą głównie piłki nożnej i najwyższej klasy rozgrywkowej – mówi Natalia Organista, adiunktka w Katedrze Nauk Humanistycznych i Społecznych AWF Warszawa.

Joanna Wiśniowska: Dużo się mówi o sporcie w kontekście koronawirusa, niektórzy uważają, że aż za wiele. Ale sport to nie tylko Messi i Ronaldo. Zapomnieliśmy o kimś?

Natalia Organista: Obraz sportu przedstawiany w mediach zdominował nasze wyobrażenie również o profesjach z nim związanych. Widzimy sportowców zawodowych, ale nie dostrzegamy obecnie całej grupy innych zawodów związanych ze sportem. A przecież są jeszcze instruktorzy, trenerki, terapeuci, managerki, najemcy hal, ale i osoby pracujące przy wydarzeniach sportowych.


To ogromna grupa, która znalazła się w bardzo trudnej sytuacji, ale tego się nie dostrzega. Opinia społeczna, ale i zarządzający obecnym kryzysem zdają się nie widzieć trudnej sytuacji sportowych prekariuszy. Materiały w mediach na temat problemów w sporcie dotyczą głównie piłki nożnej i najwyższej klasy rozgrywkowej.

Wiemy, ile to osób?

Nie, tego nie wiadomo. Wprowadzenie w 2013 roku przez Jarosława Gowina – wówczas ministra sprawiedliwości – deregulacji zawodu instruktora i trenera spowodowało, że może nim być każdy. Jedyne twarde dane, które mamy, to takie, że w Polsce w 2018 roku było ok. 15 tys. klubów sportowych, do których należało 1 mln osób, z czego 72 proc. to osoby poniżej 18. roku życia. Przy czym pamiętajmy, że kluby to nie tylko zawodnicy.

Ale oprócz deregulacji istnieje też inny problem: ta grupa nie ma żadnej organizacji, która by ją reprezentowała, dlatego też pozostaje niewidoczna i zatomizowana. Dlatego trudno o niej pamiętać i walczyć o jej prawa. Kilka dni temu premier przedstawił plan „odmrażania gospodarki”. W czwartym etapie pojawiło się „otwarcie siłowni i klubów fitness”, jakby nie istniały inne kluby sportowe.

Trochę nadziei

Wydaje się, że nawet rząd nie dostrzega, że w tym sektorze pracuje mnóstwo osób, które najprawdopodobniej 11 marca straciły źródło dochodu. Zdecydowana większość z nich zatrudniona jest na umowach cywilnoprawnych, a część pracuje na czarno. A jeśli już podpisują kontrakty, to są ono krótkoterminowe, np. od września do czerwca. W wakacje muszą poszukiwać kolejnych możliwości zarobku, np. na koloniach czy obozach, a wiemy już z zapowiedzi premiera, że tych prawdopodobnie w tym roku nie będzie.

Cała odpowiedzialność i zarządzanie ryzykiem zawodowym spada na nich, mamy więc do czynienia w sporcie z prekariatem na szeroką skalę. Standing pisał, że sprekaryzowane grupy zawodowe mierzą się z „nieznanymi nieznanymi” – obecna sytuacja świetnie to obrazuje.

Trudno też robić coś innego, bo wydaje się, że ich praca rozciąga się na cały dzień.

Muszą być do dyspozycji klientów. Często mają małą kontrolę nad swoim czasem. Pracują rano, bo klient chce potrenować przed pracą, w ciągu dnia mają zajęcia z dziećmi, a wieczorem znowu trening z dorosłymi. Trudno cokolwiek zaplanować. A kiedy odniosą kontuzję – co zdarza się często – to tracą zarobki, wypadają z zawodu, a inni czekają na ich miejsce.

O wakacjach też mogą pomarzyć?

To jest dylemat. Nie pracujesz, nie zarabiasz. Trudno odważyć się, by zostawić klientów i po prostu wyjechać na wakacje. To jeszcze trudniejsze, gdy masz swój klub czy szkółkę.

O ubezpieczeniu pewnie też mogą zapomnieć?

I to nie tylko trenerzy czy instruktorki, ale i medaliści olimpijscy. Dobitnie pokazał to przypadek polskiej łyżwiarki – Natalii Czerwonki, która miała wypadek podczas zgrupowania w Spale. Wjechała w ciągnik rolniczy zaparkowany na poboczu. Okazało się, że nie była ubezpieczona – założyła, że robi to związek.

Wiele mówi się o wykupywaniu voucherów do fryzjerów czy kosmetyczek, które wykorzystamy po kryzysie, ale rzadko wspomina się o klubach fitness, joga parkach i innych, tymczasem wielu z nas – za darmo – korzysta z zajęć online, które prowadzą.

Są już osoby, które prowadzą zbiórki, bo są w trudnej sytuacji, ale to prawda, o nich też nie możemy zapominać.

Pojawiła się także platforma Yes2Move, z której mogą korzystać klienci niektórych dużych sieci fitness w zamian za zgodę na odwieszenie płatności za karnety. A wracając do trenerek i instruktorów – jak ich sytuacja wyglądała w poprzednim systemie?

W PRL-u wielu trenerów zatrudnionych było w klubach milicyjnych, wojskowych czy górniczych. Niektórzy radzili sobie, mając etaty w szkołach, ale obecnie tych przecież też jest coraz mniej. Gdy to się rozpadło, nikt w sposób systemowy nie zajął się tą grupą.

Polska transformacja: czy była modernizacyjna alternatywa?

Dlaczego ich pominięto?

W Polsce do sportu podchodzi się jak do niewinnej rozrywki i zabawy. Nie traktujemy tej części naszego życia społecznego poważnie. Nie patrzymy na sport, czy w ogóle na aktywność fizyczną, jako na możliwość edukowania społeczeństwa, wdrażania prozdrowotnych zachowań czy integracji społecznej. Nie kojarzymy sportu z dziećmi, osobami starszymi czy z niepełnosprawnościami, tylko z Messim i Ronaldo.

Dlaczego tak jest?

Transformacja była momentem, w którym musieliśmy ustalić priorytety – sport pominięto. A przecież obecnie – pomijając epidemię koronawirusa – od lat mierzymy się z epidemią chorób cywilizacyjnych. Polskie dzieci tyją najszybciej w Europie. Potrzebujemy aktywności fizycznej, żeby mieć zdrowe społeczeństwo, a to pozwoli na ogromne oszczędności w państwowym budżecie.

Sport to także nauka wielu istotnych umiejętności społecznych – dyscypliny, komunikacji, współpracy, integracji różnych grup społecznych czy po prostu zdrowego spędzania wolnego czasu. Musimy przestawić nasze myślenie o sporcie, bo nie można redukować go – jak wielu z nas czyni – do rozgrywek piłkarskich.

Jak bandyci przejęli Wisłę Kraków

czytaj także

Tymczasem ludzie, którzy powinni nam pomagać w tym, żeby sport był ważnym elementem naszego życia, zatrudniani są na umowy krótkoterminowe. To powoduje, że wielu ich bliskich czy klientów nie traktuje ich zawodu poważnie. Jeżeli nie stać ich na rozwój, popadają w bierność zawodową, stają się wyalienowani.

Brakuje jakiejś organizacji, która zrzeszyłaby sportowy prekariat?

Zwłaszcza teraz widać, jak poszczególne grupy zawodowe próbują walczyć o pewne rozwiązania korzystne dla nich – np. pracodawcy. Ale wielu ludzi, którzy pracują w sporcie, nawet nie wie, że może być inaczej. Przecież nikt od lat nie mówił, że ich sytuacja jest zła, teraz też brakuje głosów wsparcia i solidarności. Wielu z nich podchodzi więc do tematu na zasadzie – no widocznie tak musi być. Rozproszenie pracowników i atomizacja utrudnia wykształcenie tożsamości zawodowej i wspólną walkę o poprawę sytuacji na rynku pracy.

A ministerstwo sportu coś robi w tej sprawie?

Widziałam, że pani minister spotkała się z premierem, ale ich rozmowy dotyczyły otwarcia Ośrodków Przygotowań Olimpijskich – czyli znowu dbamy o wąską liczbę osób. Rozumiem, że są to osoby ważne z punktu widzenia państwa – sportowcy zawodowi dbają o wizerunek Polski na międzynarodowej arenie – ale to maleńka grupa pracowników sportu. Warto, żeby ministerstwo dbało także o tych, którzy są niewidoczni. Na razie w tym kontekście pojawiły się zapowiedzi zwiększenia środków na program grantowy Klub. Nie wiadomo jednak jeszcze, czy skala pomocy będzie odpowiednia skali potrzeb.

 

Zły czyni dobro w polskim futbolu

Coś mi się wydaje, że jak będą potrzebne pieniądze – a będą – to jedną z pierwszych gałęzi, które będzie trzeba podciąć, będą pieniądze dla związków sportowych.

Też się obawiam, że tak będzie. Tylko że polskie związki sportowe to nie jest tylko Polski Związek Piłki Nożnej, który nie bierze pieniędzy od państwa. Wiele związków, które nie są tak medialne, jeszcze przed epidemią było w trudnej sytuacji. Ciężko mi sobie wyobrazić, co będzie, jak zmniejszy się im dofinansowanie, a co za tym idzie, zagrożone będą kolejne miejsca pracy i wypłaty dla zawodników.

Jeżeli chcemy mieć w przyszłości zarówno zawodowych sportowców – z których sukcesów cieszą się kibice – jak i zdrowe społeczeństwo, należy dbać o jak najszerszą ofertę dostępnych dyscyplin sportowych. Nie możemy myśleć tylko przez pryzmat medialnych dyscyplin sportowych czy popularnych w dużych miastach sieci klubów fitness.

Musimy pamiętać, że dostępność do aktywności fizycznej jest uwarunkowana zasobnością portfela, wiekiem, a czasami nadal i płcią. Społeczeństwo powinno dbać o sport dzieci i młodzieży, ale i osób starszych czy osób z niepełnosprawnościami.

Polskie dzieci tyją najszybciej w Europie.

Sportowcy nalegają, żeby mogli powrócić do treningów – wielu z nas to dziwi, ale przecież to zawód, którego zazwyczaj nie da się wykonywać w domu. Nie każdy ma przecież willę z basenem i siłownię.

Mówisz o sportowcach zawodowych, którzy oprócz tego mierzą się z dwoma problemami. Jeden to brak zawodów, a co za tym idzie, brak zarobków. Drugi to odcięcie możliwości trenowania, co powoduje ogromną niewiadomą co do tego, czy powrócą do formy, a co za tym idzie, czy będą zarabiać.

Kobiecy sport był do tej pory mniej poważany i mniej opłacany. Czy kryzys związany z pandemią może jeszcze pogorszyć jego sytuację?

Niestety tak. Gdy związki czy kluby będą dysponowały mniejszymi budżetami, przerzucą finansowanie na te obszary, które są bardziej rozpoznawalne, czyli na męskie drużyny czy kadry, uważane za rdzeń sportu.

Do tego dochodzą kwestie nierówności płciowych. To, co w przypadku innych zawodów wydaje nam się normalne, czyli urlop macierzyński, wzbudza wiele emocji w sporcie. Zawodniczki mają w umowach klauzule, które zabraniają im zajść w ciążę. Sport jest mężczyzną, dlatego standardy, które są wyznaczane, to męskie standardy. W ostatnim czasie to zaczęło się zmieniać, jednak obecny kryzys i mniejsze pieniądze na sport mogą sprawić, że powrócimy do dawnych schematów.

Gdy kryzys się skończy, chciwość znowu narzuci swoje prawa

Wiele mówi się o tym, że kryzys przynosi szansę na udoskonalenie pewnych dziedzin naszego życia. W przypadku sportu ta szansa zostanie zaprzepaszczona?

W przypadku sportu ratowane będzie to, co za sport uchodzi w powszechnej świadomości – a jak już powiedziałam, nie jest to ani ogromna liczba ludzi zatrudniona na śmieciówkach w tej branży, ani sport powszechny. Po tym kryzysie może być wręcz tak, że jeszcze trudniej będzie nam pomyśleć, że istnieje w sporcie coś poza sportem zawodowym.

**

Natalia Organista – adiunktka w Katedrze Nauk Humanistycznych i Społecznych AWF Warszawa, prowadzi badania z zakresu gender studies i sportu.

Joanna Wiśniowska – dziennikarka współpracująca z „Gazetą Wyborczą Trójmiasto”, „Wysokimi Obcasami” i „Tygodnikiem Powszechnym”.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać