Kraj

Krawczyk: Sygnalistki

Wszyscy słyszeli o Snowdenie, ale czy wiecie, kim są Laura Poitras i Sarah Harrison?

– Laura, na tym etapie musisz uwierzyć mi na słowo. Jestem rządowym pracownikiem zatrudnionym w agencji wywiadu. Kontakt z tobą jest obciążony ogromnym ryzykiem. Mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę. Zanim napiszę więcej, muszę wiedzieć, czy jesteś w stanie zastosować odpowiednie środki ostrożności. Obiecuję, że nie będzie to dla ciebie stratą czasu – tymi słowami rozpoczyna się film Citizenfour. Kończy się sceną, w której Glenn Greenwald i Edward Snowden – dwóch znanych już wtedy na całym świecie mężczyzn – ustalają, że upublicznią kolejne skandaliczne wiadomości na temat globalnego systemu inwigilacji.

Nie tylko początek i koniec są w tym filmie istotne. Pomiędzy też jest całkiem ciekawie. Okazuje się między innymi, że Snowden nie jest wcale rozdygotanym nerdem obgryzającym ze stresu paznokcie, tylko inteligentnym, spokojnym, momentami nawet zabawnym informatykiem, który po prostu nie czuł się do końca w porządku z tym, że jego zleceniodawca, CIA, może wedle własnego uznania przeglądać prywatne maile i rozmowy telefoniczne obywateli.

Twórcy Citizenfour udowodnili również, że można zrobić emocjonujący film sensacyjno-dokumentalny, pokazując przez prawie dwie godziny faceta kręcącego się w kółko po hotelowym pokoju. Piszę zupełnie bez ironii; nie spodziewałem się, że tak wciągnie mnie oglądanie Snowdena siedzącego w szlafroku i nasłuchującego alarmu pożarowego.

I mimo że ani Edward Joseph Snowden, jak przedstawia się w jednej ze scen główny bohater, ani Glenn Greenwald, ani nawet Ewen MacAskill (obaj to dziennikarze „Guardiana” piszący o działaniach NSA) nie przypominają w niczym hollywoodzkich kowbojów, to jednak po obejrzeniu Citizenfour można odnieść wrażenie, że to grupka praworządnych facetów wypowiedziała wojnę masowej inwigilacji.

Tylko że to nieprawda. Nie tylko mężczyźni ryzykowali własne bezpieczeństwo, żeby upublicznić tę historię.

Kim jest Laura?

Film otwiera wiadomość adresowana do Laury. Nie jest to bynajmniej pseudonim jednego z dziennikarzy „Guardiana”. Chodzi o Laurę Poitras, reżyserkę, dokumentalistkę, aktywistkę.

Greenwald był, co prawda, pierwszą osobą, do której Snowden zgłosił się z propozycją współpracy przy „największym wycieku z historii”. Ale dziennikarz nie był za bardzo zainteresowany kontynuowaniem korespondencji z kimś, kto posługując się nickiem „Cincinnatus” w dość enigmatyczny sposób oferował mu materiały „mogące zmienić bieg historii”. Mówiąc mniej oględnie, Greenwald potraktował go jak kolejnego szaleńca, który chciał mu sprzedać cynk o spisku iluminatów.

Dopiero kiedy zbuntowany technik CIA napisał do Poitras, sprawy nabrały tempa. Miała więcej zaufania dla anonimowego informatora. Zastosowała się do wszystkich wymogów bezpieczeństwa i przeszła szybki kurs z obsługi kodowania treści, której udzielił jej Snowden, ukrywający się wówczas pod pseudonimem „Citizenfour”. Po kilku tygodniach korespondencji Laura, na prośbę swojego – wciąż jeszcze anonimowego – źródła, skontaktowała się z Greenwaldem i namówiła go na wspólne spotkanie ze Snowdenem w Hongkongu. Dalszy ciąg historii wszyscy mniej więcej znamy.

Jakie artystki lubi Bush

Snowden bardzo starannie wybrał swoich współpracowników. Regularnie czytał książki i publikacje Greenwalda na Salon.com, widział też filmy Poitras, między innymi krótkometrażowy The Program o inwigilacji NSA. Oboje dowiedli nie raz, że są w stanie zaryzykować wiele, żeby upublicznić skandale. Sęk w tym, że mimo że ich wkład w nagłośnienie przestępstw i nadużyć NSA jest porównywalny, to rozpoznawalność mężczyzny w tym tandemie jest znacznie większa.

Dlatego warto przypomnieć, że Citizenfour jest zwieńczeniem filmowej trylogii zapoczątkowanej przez dokumentalistkę w 2006 roku. Wówczas nakręciła Mój kraju!, zdając relację z samego serca amerykańskiej okupacji w Iraku. Amerykańska akademia filmowa nominowała Poitras za ten dokument do Oscara, ale statuetkę zdobyła dopiero za historię o Snowdenie. W 2010 roku premierę miał jej kolejny głośny film, Przysięga. Tym razem autorka pojechała do Jemenu, żeby tam przygotować materiał o byłym ochroniarzu Osamy bin Ladena. Film był jednocześnie bezlitosną krytyką sposobu prowadzenia wojny z terroryzmem przez amerykański rząd, a w szczególności więzień w zatoce Guantanamo.

Łatwo się domyślić, że Poitras nie była ulubioną artystką Georga W. Busha. Na sympatię Baracka Obamy też nie ma co liczyć.

Przypominały jej o tym długotrwałe, uciążliwe kontrole, które przechodziła na lotniskach. Od 2006 roku jej nazwisko widnieje na liście pasażerów, którzy muszą przejść dodatkowe procedury bezpieczeństwa. Wielokrotnie była tymczasowo aresztowana, a jej notatki, filmy i kamery konfiskowane. Natomiast w grudniu 2014 emerytowany oficer marynarki Horace Edwards pozwał Poitras przed sądem federalnym w Kansas za „pomoc oraz wsparcie przy kradzieży i upublicznieniu tajnych rządowych dokumentów”. Edwards mówi, że złożył swój pozew „w imieniu całej populacji Stanów Zjednocznych”.

Z powodu agresywnych kontroli i przesłuchań na amerykańskich lotniskach Laura Poitras przeprowadziła się trzy lata temu do Berlina. Tam mieszka i pracuje. Jest odpowiedzialna za materiały wizualne publikowane na łamach The Intercept, serwisu prowadzonego przez dziennikarzy śledczych zajmujących się tematem inwigilacji.

Laura Poitras, fot. John D. and Catherine T. MacArthur Foundation, Wikimedia Commons

Prawniczka u boku Snowdena

Poitras zastanawiała się, czy nie włączyć do swojego ostatniego filmu fragmentów, w których pojawia się przed kamerą. Ostatecznie zdecydowała, że znacznie lepiej czuje się po drugiej stronie. Jednak Poitras nie jest jedyną kobietą, której brakuje w Citizenfour.

Po wyjściu z pokoju hotelowego w Hongkongu Snowden ukrywał się przed mediami. Wtedy dołączyła do niego Sarah Harrison, brytyjska dziennikarka, badaczka prawa międzynarodowego, redaktorka WikiLeaks. Zapewniła „najbardziej poszukiwanemu człowiekowi na świecie” bezpieczny przelot do Moskwy. Po wylądowaniu na lotnisku Szeremietiewo asystowała Snowdenowi przez kolejne kilkadziesiąt dni, ukrywając się wraz z sygnalistą w strefie tranzytowej. To ona była autorką wniosków o azyl wysłanych w imieniu Snowdena do 21 krajów – również tego wniosku, który z nieskrywaną przyjemnością odrzucił Radosław Sikorski, ówczesny szef MSZ.

Sarah Harrison jest obecnie dyrektorką fundacji Courage skupiającej się na dostarczaniu pomocy prawnej, wsparcia dyplomatycznego i medialnego sygnalistom. Oprócz reprezentowania interesów Snowdena fundacja zajmuje się również sprawą Jeremy’ego Hammonda, hakera i aktywisty odsiadującego dziesięcioletni wyrok za upublicznienie dokumentów firmy wywiadowczej Stratfor. W ponad pięciu milionach dokumentów, które Hammond przesłał WikiLeaks, można odnaleźć między innymi dowody na nadużycia amerykańskiego rządu i nielegalne działania Goldman Sachs.

Brytyjska dziennikarka nie była osobą anonimową przed wylotem do Hongkongu. Rozpoczęła swoją współpracę z WikiLeaks już w 2009 roku, kiedy to jako stażystka The Centre for Investigative Journalism została oddelegowana do tematu przecieków z wojny w Afganistanie. Po ukończeniu stażu dołączyła na stałe do zespołu WikiLeaks. A od czasu przymusowego pobytu Juliana Assange’a w ekwadorskiej ambasadzie w Londynie jest jedną z kluczowych postaci tej organizacji. W mediach Harrison określana jest jako „najbliższa doradczyni” Assange’a. W rzeczywistości zajmowała się między innymi prezentacją przecieków dotyczących wojny w Syrii.

Podobnie jak Poitras, Harrison mieszka w Berlinie. Obawia się powrotu do Londynu ze względu na Terrorism Act 2000, prawo uchwalone przez brytyjski parlament piętnaście lat temu. – Gdybym znalazła się na granicy, posłużono by się „Schedule 7” [zapis z Terrorism Act 2000 – przyp. red.], żeby mnie zatrzymać. Nie chcę odpowiadać na żadne pytania, ponieważ mogłoby to narazić dziennikarzy, źródła i pracowników WikiLeaks. Terrorism Act 2000 odbiera prawo milczenia, odmowa udzielenia odpowiedzi byłaby w oczach rządu przestępstwem. Oskarżenie o „terroryzm” miałoby dla mnie poważne konsekwencje – pisała przed rokiem Harrison w artykule dla „Guardiana”.

Co ma płeć do sygnalisty

W przypadku upubliczniania zbrodni, przestępstw i rządowych nadużyć płeć jest nie bez znaczenia. Nie mam jednak zamiaru robić tutaj tanich psychologizacji. Nie wiem, czy to kobiety, czy mężczyźni są bardziej skłonni do przyjęcia niełatwej roli sygnalisty. Dlatego nie przekonuje mnie autorka biznesowego magazynu „Fortune”, twierdząca, że kobiety mają wrodzone predyspozycje do opieki i troski, swoisty „gen macierzyństwa”, który pozwala im łatwiej się zdobyć na odwagę w obronie publicznego dobra. Można bowiem powołać się na książki Carol Gilligan i stwierdzić, że cały system edukacji i wychowania prowadzi de facto do tego, żeby pozbawić dziewczynki, a później kobiety, silnego głosu sprzeciwu.

Płeć ma znaczenie w tym sensie, że w chwili, w której uruchomiony zostaje bezlitosny mechanizm propagandowy wymierzony w sygnalistę bądź sygnalistkę, to mężczyźnie jest się łatwiej bronić.

W Citizenfour widzimy, że bohaterowie, ze Snowdenem na czele, dobrze zdają sobie sprawę, że amerykański rząd zrobi wszystko, aby przedstawić sygnalistę jako osobę niezrównoważoną i niestabilną. To samo dotyczy nie tylko odważnych pracowników wywiadu czy żołnierek, ale również dziennikarek, prawników, dokumentalistek i wszystkich innych, którzy wolą grać po stronie obywateli, a nie globalnego aparatu inwigilacji.

Nie żyjemy w czasach pionierów psychiatrii. Jean-Martin Charcot nie organizuje już pokazów histeryczek w paryskim szpitalu Salpêtrière. Histeria nie jest już synonimem kobiecości, a od kilkudziesięciu lat teza o intelektualnej równości kobiet i mężczyzn zadomowiła się w naszym świecie całkiem nieźle. Wystarczy jednak zapoznać się z aktami w sprawach o gwałt, żeby odnaleźć te same mechanizmy, które rząd wykorzystuje przeciwko sygnalistom i sygnalistkom. Najskuteczniejszy sposób na spacyfikowanie ofiary, to przedstawienie jej zeznań jako niewiarygodnych. Szaleniec nie może wypowiedzieć prawdy. A wciąż łatwiej odmówić racjonalności kobiecie niż mężczyźnie.

O tych podwójnych standardach i znaczeniu płci mogliśmy się przekonać, czytając o Chelsea Manning, chyba najważniejszej kobiecej postaci w historii amerykańskiego oporu przeciwko „wojnie z terroryzmem”. Transgenderowość Manning była dla konserwatywnych publicystów dodatkowym orężem w walce o przedstawienie jej jako osoby niestabilnej, rozedrganej, niepoczytalnej. „Kto o zdrowych zmysłach chciałby być kobietą” – zdawali się sugerować obrońcy interesów NSA.

Na polskim terenie i w nieco bardziej stonowany sposób wtórował im korespondent „Gazety Wyborczej”, Mariusz Zawadzki. – [Manning] miał problemy z tożsamością płciową, czasami przebierał się w sukienki i myślał nad operacją zmiany płci. Nawet w dobie pełnej tolerancji dla mniejszości seksualnych wydaje się zaskakujące, że młodzieniec o tak skomplikowanej psychice miał dostęp do ściśle tajnych raportów największego mocarstwa – pisał przed dwoma laty.

Same przeciw systemowi

Uwzględnienie kobiecych postaci w powstającej właśnie historii oporu przeciwko „wojnie z terroryzmem” pozwoliłoby spojrzeć na nią z nowej perspektywy. Zwłaszcza że sama figura sygnalisty nie potrzebuje zmian w wyobraźni – można posługiwać się nią bez naruszenia patriarchalnego porządku. W popkulturze mamy pełno „ostatnich sprawiedliwych” – bohaterów komiksów, filmów i powieści, którzy decydują się przeciwstawić niesprawiedliwości. Sami przeciwko systemowi. Trudno o bardziej męskie wyobrażenie oporu.

Rzeczywistość nie ma jednak wiele wspólnego ze zgranymi kliszami. Sygnaliści nigdy nie działają sami. Bez reżyserek, prawniczek i „najbliższych doradczyń” nikt by o nich nie usłyszał. I przede wszystkim: są też bohaterki-sygnalistki. Warto o nich pamiętać.

 

**Dziennik Opinii nr 66/2015 (850)

Bio

Dawid Krawczyk

| Reporter Krytyki Politycznej
Autor reportaży, wywiadów, analiz i recenzji. Absolwent Filozofii i Filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. W Krytyce Politycznej od 2011 roku. Redaktor działu Narkopolityka poświęconego krajowej i międzynarodowej polityce narkotykowej. Publikował między innymi w Magazynie Świątecznym "Gazety Wyborczej" oraz polskiej edycji "Le Monde Diplomatique". Tłumaczenia jego tekstów ukazywały się w językach: angielskim, czeskim, rumuńskim, węgierskim i włoskim.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.