Kraj

POPiS-owe kombatanctwo

Na sobotniej konwencji Lewicy głos zabrali ci, o których tak często się ostatnio mówi, ale których tak rzadko się słucha. Natychmiast odezwały się głosy krytyczne. Lewicowa młodzież domagająca się godnej pracy, tanich mieszkań czy prawa do decydowania o własnym ciele wzburzyła starsze pokolenie.

Być może mieliśmy właśnie do czynienia z najbardziej znamienną konwencją wyborczą Lewicy od dobrych kilku lat. Znamienną przede wszystkim ze względu na to, „kto” mówił, a nie „co”.

Wbrew częstym twierdzeniom osób niechętnych parlamentarnej Lewicy, o mieszkaniach, prawie do aborcji, śmieciówkach i braku perspektyw dla młodych od Lewicy słyszymy ciągle. Rzadko jednak słyszymy to od samych młodych, a często od polityków i polityczek Lewicy po trzydziestce. Tymczasem wreszcie scenę dostali młodzi.

Na sobotniej konwencji Lewicy głos zabrali ci, o których tak często się ostatnio mówi, ale których tak rzadko się słucha. Jakby młody wiek był czymś wstydliwym, jakby o problemach śmieciówek i mieszkaniu wśród młodych mogli mówić tylko rozumiejący ich starsi. Często posiadający już mieszkanie i pracę na etat. Lewica dała jednak młodym scenę i efekt świeżości widać było gołym okiem.

Owszem, lewicowy zwrot młodzieży powoli zaczyna brzmieć jak samospełniająca się przepowiednia. Powoli zaczynają mówić o tym w polityce niemal wszyscy. Ale co innego mówić, a co innego oddać młodym całą konwencję i prawo głosu. W tym sensie Lewica odrobiła lekcje, a ich zwrot ku młodym, zwłaszcza kobietom, może okazać się najlepszym pomysłem politycznym od lat.

Lekcji nie odrobiły za to stacje telewizyjne. Otóż żadne z flagowych wydań informacyjnych telewizji TVP, TVN i Polsatu nie zająknęły się o konwencji Lewicy. Doprawdy można było odnieść wrażenie, że cała ta wolność mediów, te wszystkie hasła oburzenia przy kupnie Polskapresse polegają raczej na tym, że wolność rozumiana jest jako wolność pokazywania swoich i tylko swoich. A potem będzie zdziwienie, dlaczego nikt nie chce umierać za Fakty.

Najbardziej jednak znamienne okazały się głosy krytyczne. Lewicowa młodzież domagająca się godnej pracy nie na śmieciówce, budowy tanich mieszkań, a nie zakładania sobie na szyję pętli kredytowej, czy prawa do decydowania o własnym ciele – to wszystko wzburzyło starsze pokolenie. I nie, nie chodzi tylko o wolnorynkowe zastępy FOR, które tradycyjnie reagują histerycznie na każdy pomysł budowy tanich mieszkań. Chodzi także o Konfederację, a konkretnie Sławomira Mentzena, zwanego w sieci trafnie Memcenem, który na narzekanie Lewicy, że ta haruje na kasie, taksówce i przy słuchawce, stwierdził, że Lewica… nie chce pracować.

I żeby chodziło tu tylko o to, że Mentzen nie za bardzo potrafi czytać ze zrozumieniem, co jest, niestety, dość powszechne u konfederatów. Do chóru krytyków doszły jednak tysiące sympatyków Koalicji Obywatelskiej, którzy nagle stanęli ramię w ramię z… sympatykami PiS-u. Ten POPiS-owy sojusz ponad podziałami najlepiej ilustruje reżimowy dziennikarz Wojciech Biedroń opowiadający, jak to harował, a gówniarze tego nie rozumieją.

Od takich wpisów u sympatyków PO i PiS zaroiło się na Twitterze, jakby dawna Platforma Obywatelska Olechowskiego i PiS Lecha Kaczyńskiego nagle wstali i podali sobie dłonie. Setki przykładów, jak to oni, pokolenie lat 90. i przede wszystkim 80., harowali i jak to młodzi milenialsi nic nie rozumieją.

Pomijając jednak trudność w sprawdzeniu, kto naprawdę harował ciężej, tkwi w tym pewien zabawny paradoks. Oto bowiem przez lata słyszeliśmy od prawicy spod znaku PiS i PO, że w PRL to było: „czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”. Że tam imitowano pracę, że wszyscy się obijali i ustrój padł. A tymczasem, gdy przychodzi do porównania z pracą dzisiejszą, nagle od tych samych osób słyszymy, że za PRL wszyscy jednak harowali, i to o wiele ciężej niż ta współczesna gównażeria. No cóż, może pora się zdecydować, jak to w tym PRL było naprawdę?

Ale niech będzie, że 20, 30, 40 lat temu młodzi pracowali ciężej. Chociażby z racji postępu technicznego, który często czyni pracę lżejszą. Otóż najbardziej znamienne jest to, że sympatycy POPiS-u, którzy, jak twierdzą, harowali w pocie czoła, gromadnie nie chcą, żeby ich dzieciom było lepiej. Jest coś niesamowitego w tym race to the bottom i wbijaniu młodym do głowy, że skoro oni, rodzice i dziadkowie, się męczyli, to teraz ich dzieci męczyć się muszą także. Jakby życie, także społeczne, było jakąś karą, którą młodzi ludzie muszą ponieść tylko dlatego, że ponosili ją jej ojcowie, matki i dziadkowie czy babcie. Zamiast cieszyć się, że kolejne pokolenie, i to pokolenie własnych dzieci i wnuków, mogłoby mieć o wiele lepiej, tłumaczy się im, że hoho twój dziadek to wszędzie pieszo chodził, bo kiedyś aut nie było.

Konwencja młodych na Lewicy wygenerowała więc, jak się okazało, wcale nie tak egzotyczną koalicję Konfederacji, PO oraz PiS, której przedstawiciele na propozycję wspólnej walki o lepszą przyszłość zarechotali i rzucali swoje kombatanckie karty. Dzięki temu młodzi już wiedzą, z kim można lepiej lub gorzej zmieniać świat, a z kim absolutnie się zrobić tego nie da.

I powinni to sobie mocno zapamiętać.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Galopujący Major
Galopujący Major
Komentator Krytyki Politycznej
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej. Autor książki „Pancerna brzoza. Słownik prawicowej polszczyzny”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Zamknij