Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Konfederacja razy dwa. Jak wojna w Ukrainie przetasowała polską scenę polityczną

Wojna w Ukrainie nie wywróciła w Polsce stolika PO-PiS, ale postawiła go na bardziej chwiejnym gruncie. Język solidarności i braterstwa ustąpił retoryce „twardego polskiego interesu”, a rząd nie ma pomysłu, jak zatrzymać rosnącą w siłę na antyukraińskich emocjach radykalną prawicę.

ObserwujObserwujesz
Serce
Płacz

3

Wojna w Ukrainie trwa już cztery lata, niewiele krócej niż pierwsza wojna światowa. Jakkolwiek się nie skończy, pozostanie istotną cezurą w historii XXI wieku, po której nic nie będzie takie samo – i to nie tylko w Rosji i w Ukrainie. Już dziś widać, jak bardzo ta wojna zmieniła polską politykę. Nawet jeśli ciągle toczy się w ramach znanej od 2005 roku polaryzacji PO-PiS, to sytuacja za naszą wschodnią granicą zmieniła cały szereg istotnych dla tej polaryzacji parametrów.

Największy paradoks wpływu rosyjskiej wojny na polską politykę polega na tym, że choć z jednej strony pokazała dobitnie, jakie zagrożenie stwarza rewanżystowska Rosja Putina, to z drugiej stworzyła warunki, w których możliwe było powstanie partii cieszącej się parlamentarną reprezentacją i poparciem zbliżonym nawet do 10 proc., otwarcie kontestującej zakorzenienie Polski w strukturach Zachodu i z nadzieją patrzącą na nowy „wielobiegunowy” porządek.

Czytaj także Wojna będzie trwać, z Telegramem czy bez Paulina Siegień

Jak łatwo zgadnąć, chodzi o Konfederację Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Podobne poglądy bywały wcześniej artykułowane w środowiskach LPR czy Samoobrony, jednak nigdy nie mieliśmy w polskiej polityce środowiska tak silnego i aż tak jawnie antyzachodniego i prorosyjskiego.

Zwrot ku bezpieczeństwu

Co ciekawe, żadna analogiczna siła nie pojawiła się po lewej stronie – przynajmniej nie na poziomie zorganizowanej politycznej reprezentacji – co bardzo dobrze świadczy o polskiej lewicy politycznej i jej elektoracie. Obie zasiadające dziś w parlamencie lewice wpisały się gładko w „zwrot sekurytystyczny”, jaki odmienił polską politykę po 24 lutego 2022 roku.

Nawet jeśli niektóre lewicowe liderki – jak Joanna Senyszyn w kampanii prezydenckiej w 2025 roku – wyrażały sceptycyzm wobec wzrostu wydatków na zbrojenia, to nikt po lewej stronie nie kwestionował zachodniej orientacji polskiej polityki. Wojna nie stworzyła koniunktury na „antyimperialistyczną” czy „pacyfistyczną” lewicę polityczną, zdolną przy pomocy pozornie progresywnego języka wprowadzać do polskiej polityki treści zgodne z rosyjską narracją i rosyjskimi interesami.

„Zwrot sekurytystyczny” był pierwszą, odruchową i nieuniknioną reakcją na to, co stało się cztery lata temu. PiS próbował dokonać go już wcześniej, latem 2021 roku, gdy w odpowiedzi na kryzys na granicy wywołany przez hybrydowe działania rządu Łukaszenki wprowadzony został stan wyjątkowy na przygranicznym terenie. PiS nie udało się jednak wtedy przekonać do swojej narracji całego społeczeństwa; polityka na granicy była początkowo bardzo gwałtownie kontestowana przez opozycję, a zwłaszcza przez związanych z nią aktorów społeczeństwa obywatelskiego. Czemu trudno było się dziwić, biorąc pod uwagę choćby otwarcie rasistowski, dehumanizujący język, jakim PiS często wypowiadał się o uchodźcach, jak i fakt, że twarzą całej operacji uczynił tak niepopularnych polityków jak Mariusz Błaszczak i Mariusz Kamiński.

Polityka PiS w pierwszych miesiącach wojny z Ukrainą nie wywoływała jednak żadnej istotnej opozycji. Prawie cała scena polityczna zaakceptowała, że bezpieczeństwo staje się teraz głównym tematem i że Polska musi być gotowa za nie zapłacić, zwiększając odpowiednio wydatki za zbrojenia. Wojsko, obrona cywilna, wzmacnianie zdolności obronnej – tematy kiedyś funkcjonujące niemal wyłącznie na prawicy stały się nagle modne także w kręgach liberalnych, a nawet lewicowych. W debacie publicznej zaczęły się pojawiać nawet takie tematy jak obowiązkowe przeszkolenie wojskowe obywateli.

Zanim do Białego Domu nie wrócił Trump ze swoją antagonistyczną wobec Unii Europejskiej strategią, niemal cała nasza klasa polityczna pozostawała zgodna, że Polska powinna szukać bezpieczeństwa pod podwójnym, europejsko-amerykańskim parasolem. W czasach Bidena także obóz dziś tworzący koalicję rządową postrzegał Waszyngton jako wiarygodnego, niezbędnego Polsce sojusznika, a PiS nie miał za oceanem partnera do gry przeciw Unii.

Wybuch wojny pozwolił też Andrzejowi Dudzie i rządowi PiS nawiązać nowe, bliskie relacje z administracją Bidena. Dał im też nową przestrzeń do działania na arenie europejskiej, gdzie jednak – na co PiS wyraźnie liczył – zaangażowanie Polski w pomoc Ukrainie nie zamroziło konfliktu o praworządność ani nie odblokowało przysługujących Polsce środków z KPO.

Efektu flagi nie było

W kraju wojna nie wytworzyła też efektu gromadzenia się wokół flagi, który sprzyjałby władzy PiS. W pierwszych tygodniach wojny sondażowa średnia partii wzrosła co prawda z 37 do 39 proc., ale już od kwietnia zaczęła spadać. Ostatecznie w wyborach w 2022 roku PiS zdobył 35,38 proc., zbyt mało, by być w stanie utworzyć rząd.

Na ten wynik złożyło się wiele czynników, w większości niezwiązanych z wojną: pandemia, piątka dla zwierząt, niepopularność Polskiego Ładu, naturalne zmęczenie ekipą sprawującą władzę przez osiem lat, konflikt z Unią Europejską, prymitywizm partyjnej propagandy lejącej się z TVP. Wojna z pewnością dołożyła jednak swoją cegiełkę do utraty władzy przez PiS.

Czytaj także Gordyjski węzeł rosyjsko-dezinformacyjny, czyli drugie dno rolniczych protestów Daniel Petryczkiewicz

Ze swoją polityką zdecydowanego wspierania Ukrainy partia Kaczyńskiego znalazła się w konflikcie z częścią swojego prawicowego elektoratu, od lat kształtowanego przez politykę pamięci w centrum polsko-ukraińskiej historii stawiającej ukraińskie zbrodnie na Wołyniu. Znaczenie odegrały też napięcia związane z obecnością migrantów i uchodźców z Ukrainy w Polsce oraz problemy z obecnością ukraińskiego zboża na polskim rynku.

Wszystkie te napięcia wykorzystywała zachodząca PiS z prawej flanki Konfederacja, a partia z Nowogrodzkiej nigdy nie umiała znaleźć sensownej odpowiedzi na to wyzwanie. Sama w ciągu kilkunastu miesięcy dzielących luty 2022 roku do kampanii wyborczej latem i jesienią 2023 odbiła się od jednej ściany, by zderzyć się z drugą: od formułowanych na jej opiniotwórczym zapleczu fantazji o polsko-ukraińskiej unii, stanowiącej przeciwwagę dla Niemiec i Rosji w regionie, do Mateusza Morawieckiego zapewniającego na przedwyborczej konwencji w katowickim Spodku, że PiS będzie „bronić polskiego rolnictwa przed ukraińskimi agrooligarchami”.

Czytaj także Bitwa o Grenlandię, czyli geopolityczny prezent dla Rosji Andrzej Goworski, Marta Panas-Goworska

Dziś język PiS na temat Ukrainy i Ukraińców w Polsce znacznie bardziej przypomina język Konfederacji Bosaka i Mentzena niż ten, jakim partia Kaczyńskiego posługiwała się przez większość 2022 roku. Można wręcz odnieść wrażenie, że PiS wstydzi się swojej polityki ukraińskiej z tego okresu, a przynajmniej, że traktuje ją jako wyborcze obciążenie – choć obok socjalnej korekty polskiego modelu społeczno-gospodarczego to właśnie polityka ukraińska w pierwszych miesiącach wojny jest najjaśniejszym elementem ostatnich rządów PiS.

Ten nowy język wobec Ukrainy – „naiwnemu” entuzjazmowi, poczuciu solidarności i braterstwa z pierwszych miesięcy wojny przeciwstawiający „twardy polski interes” – przejęły prawie wszystkie siły polityczne poza lewicą. Pojawia się on też w wypowiedziach polityków PSL czy KO, łącznie z samym Tuskiem, niemającym innego pomysłu na to, jak zatrzymać rosnącą w siłę na antyukraińskich emocjach radykalną prawicę.

Podwójne atlantyckie pęknięcie

Choć przyczyn rosnących sukcesów obu Konfederacji nie da się zredukować wyłącznie do wojny, to właśnie lata wojenne są czasem wyjątkowego rośnięcia w siłę skrajnej prawicy. Stoi za tym nasilenie antyukraińskich emocji związanych z napięciami wokół coraz większej liczby Ukraińców mieszkających w Polsce, ale też lęk przed „wciągnięciem Polski w wojnę”, na który szczególnie podatni są młodzi mężczyźni, zakładający, że to oni w razie czego zostaną wysłani na front.

Atmosfera wojennego zagrożenia okazała się szczególnie żyznym gruntem dla mentzenowskiego darwinizmu z jego egoizmem i odmową jakiejkolwiek solidarności, jak i dla neoendeckiego języka „interesu narodowego”, także w jego braunowskiej wersji, przekonującej nie tylko, że to „nie nasza wojna” i że nie powinniśmy się „dać skłócić z Rosją”, ale otwarcie proponującej Polakom, by przemyśleli, czy demokratyczny Zachód faktycznie jest przestrzenią, z którą powinniśmy wiązać naszą przyszłość. Fakt, że odkąd Trump wrócił do Białego Domu, sam Zachód pęka gdzieś pośrodku Atlantyku, przydaje wagi podobnym pytaniom, które jeszcze 10 lat temu sytuowały się w Polsce na zupełnym marginesie.

To „atlantyckie pęknięcie” przekłada się w podwójny sposób na polską politykę. Z jednej strony dzieli prawicę: PiS stanowi dziś jej biegun MAGA-atlantycki, gotowy do spółki z Trumpem osłabiać Europę, a jednocześnie przekonany wbrew wszystkim dostępnym danym, że trumpowska polityka wobec Rosji i naszego regionu koniec końców okaże się nową wersją polityki reaganowskiej. Z kolei Konfederacja Korony Polskiej Brauna oferuje już prawicowość postatlantycką. Na niedawnym kongresie KINGS, gromadzącym eksperckie zaplecze tego środowiska, padały między innymi propozycje dołączenia Polski do państw BRICS czy Szanghajskiej Organizacji Współpracy oraz pytania „dlaczego właściwie nie powinniśmy wysłuchać, czego by chciała od nas Rosja w zamian za reset?”. Konfederacja Bosaka i Mentzena mieści się gdzieś między tymi dwoma biegunami.

Czytaj także Program SAFE. PiS i Konfederacja w rytualnym sprzeciwie wobec miliardów z UE Piotr Wójcik

Po drugie, wyraźne „pęknięcie atlantyckie” widać także między proamerykańskim PiS-em a bardziej stawiającym na Europę obozem rządowym. Jednocześnie, jak można przypuszczać, to pęknięcie ograniczają doświadczenia pierwszych miesięcy wojny, gdy Europa okazała się bezradna wobec inwazji, Stany znów objawiły się jako zwornik Zachodu i ostateczny gwarant jego bezpieczeństwa, a europejskie elity polityczne, przestraszone „ryzykiem eskalacji”, były niechętne do zdecydowanej pomocy Ukrainie. Te doświadczenia umocniły przekonanie polityków PiS, że w razie czego możemy liczyć tylko na Stany, a i po stronie rządowej osłabiają entuzjazm do szukania głównie europejskich rozwiązań bezpieczeństwa.

Wyzwania zostaną

Wojna w Ukrainie nie wywróciła więc w Polsce stolika PO-PiS, ale postawiła go na trochę innym, bardziej chwiejnym gruncie. Przy tym do następnych wyborów jest jeszcze dość czasu, by duopol był w stanie odpowiedzieć na wyzwania ze strony nowych graczy, szczególnie obu Konfederacji.

Jednocześnie nawet jeśli do następnych wyborów dojdzie na wschodzie do jakiejś formy zawieszenia broni, polska polityka będzie musiała zmierzyć się z szeregiem powojennych wyzwań związanych z obecnością Ukraińców w Polsce, udziałem Polski w odbudowie Ukrainy i siłach pilnujących zawieszenia broni, czy wreszcie z członkostwem Polski w Unii. W naszym interesie jest zatrzymanie jak największej liczby Ukraińców w kraju, uruchomienie sensownej polityki integracyjnej oraz akcesja Ukrainy do Unii z okresami przejściowymi sensownie chroniącymi np. polskie rolnictwo – choć interesy rolnicze w całym procesie nie mogą otrzymać prawa weta paraliżującego całą politykę państwa.

Biorąc pod uwagę poziom polaryzacji w ramach duopolu oraz jego podatność na populistyczne ataki z prawej flanki, czy uda się w Polsce wypracować sensowny konsensus, który mógłby się stać podstawą polityki całego państwa w warunkach powojennych? To pytanie trzeba dziś niestety pozostawić bez twierdzącej odpowiedzi.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie