Kraj

Do fajnych chłopaków

Jesteś młodym i fajnym chłopakiem wychowanym w starym i chujowym świecie. Przez dwadzieścia lat obserwowałeś swoich rodziców. Ich nawyki, pracę, podział obowiązków w domu. Przesiąkłeś do kości. Patriarchat masz w postawach, sposobie myślenia, w tym, czego wymagasz od mężczyzn i kobiet, jak na nich patrzysz i o czym z nimi rozmawiasz.

Może w stronę feminizmu ściągnęła cię dziewczyna czy chłopak, a może sam trafiłeś na książki albo portale i zacząłeś czytać. Pewnie najpierw z rezerwą i bez przekonania, z głęboko zakopanym w głowie przeświadczeniem, że to wszystko jest jakąś formą ataku na ciebie i na to, kim jesteś. To też z czasem przeszło. Jak się raz zacznie czytać, co trzeba, na dłuższą metę nie sposób nie zauważyć swoich płciowych przywilejów.

Od pewnego momentu było już dla ciebie jasne, że feminizm to ruch potrzebny i emancypacyjny, którego rola nie skończyła się wraz z nadaniem praw wyborczych kobietom. Może byłeś na czarnym proteście, szerowałeś w internecie artykuły z Codziennika Feministycznego, zacząłeś dbać o żeńskie końcówki w języku. Pewnie głosujesz na jakąś lewicową partię, nie opowiadasz (już!) seksistowskich żartów, bo przecież nie jesteś seksistą. A tak ogółem, to fajny z ciebie chłopak. Zaangażowany, walczący nie tylko o swoje, sprzeciwiasz się systemowi, na którym wymiernie korzystasz.

Poniedziałek ja, wtorek ja, środa ja

Tylko czasem pojawia się problem, bo ktoś zwróci ci uwagę, że bardzo często przerywasz kobietom w towarzystwie. Może zorientujesz się pod koniec jakiegoś zebrania, że przez większość czasu kłóciło się ze sobą dwóch facetów, a może nawet bywasz jednym z nich. Przecież bardzo rzadko zauważasz, jak dużo mówisz. Ja też. Równie rzadko dostrzegam, że większość rzeczy, które mówię, jest o mnie. Pod płaszczem anegdot, argumentów i odniesień tak naprawdę próbuję rozwiesić nad sobą wielki neon z napisem „Jestem bardzo fajnym i mądrym koleżką”. A czasem jeszcze dochodzi do tego „Polub mnie i podziwiaj”. Aż sam jestem zażenowany, kiedy to piszę, ale tak jest. I wiem, że też tak masz, bo obaj jesteśmy fajnymi chłopakami lewicy. Z dobrym sercem i dobrym słowem na ustach, z wachlarzem chujowych postaw, których nawet nie zauważamy, z dużą potrzebą bycia w centrum uwagi, potrzebą akceptacji i zewnętrznego uznania.

Wychowanie w patriarchacie jest przyczyną, ale nie może być usprawiedliwieniem. Teorię masz rozpykaną, praktyka jest dużo trudniejsza, bo nie wymaga gestów, a wyrzeczeń. Wymaga rezygnacji z kawałka rozdętego siebie, żeby zrobić więcej miejsca dla innych. I to też pewnie czasem widzisz, kiedy pozwolisz sobie na trochę bezbronności wobec samego siebie i zdasz sobie sprawę, że właśnie spędziłeś godzinę pomiędzy ludźmi, zawłaszczając praktycznie całą przestrzeń rozmowy. Pewnie będzie ci głupio i trochę smutno, kiedy zdasz sobie sprawę, że jeżeli chodzi o praktykę, to nie tak bardzo różnisz się od siebie sprzed dziesięciu lat. Mnie też bywa, wiesz?

Mężczyźni objaśniają mi świat

czytaj także

Nieco bardziej spostrzegawczy buc

W moim przypadku autodiagnoza przyszła wcześnie, ale przez bardzo długi czas nie miałem pojęcia, co można z tym zrobić. Myślę, że największą ściemą, jaką się nam sprzedaje, jest to, że żeby rozwiązać swoje problemy, trzeba je po prostu przekminić. Zamknąć się w ciemnym pokoju z pustą kartką, na dobę czy dwie, przemyśleć wszystko i wyjść do świata nowym, lepszym człowiekiem. Więc siedziałem i kminiłem, i wychodziłem do ludzi, będąc tym samym bucem, którym byłem wcześniej. Może nieco bardziej spostrzegawczym, ale co to tak naprawdę zmienia? Nie wiem, co ma na ten temat do powiedzenia psychologia, ale moje doświadczenie mówi, że problemy z tym, jak zachowujesz się wśród ludzi, da się rozwiązać tylko pomiędzy nimi. Ciemny pokój i pusta kartka to romantyczna, dekadencka bzdura.

Selfie-feminizm oznacza, że publiczny płacz nie musi być porażką, może być zwycięstwem

Po pierwsze więc, musisz się nauczyć słuchać. Pewnie nie jesteś w tym najlepszy, bo nikt nigdy tego od ciebie nie wymagał, miałeś mówić i błyszczeć. A jeśli już słuchasz, to zwykle po to, żeby samemu móc coś powiedzieć, jeśli pytasz, to po to, żeby samemu odpowiedzieć na pytanie, które zadałeś. Rada pierwsza jest więc  bardzo prosta – zamknij się. Skup się na osobie, z którą rozmawiasz. Posłuchaj, co ma do powiedzenia, zastanów się nad tym, czemu tak myśli, co czuje, czego potrzebuje. Zapytaj o to. Wyłącz autopilota, bo na autopilocie zwykle gadasz, tak jak cię tego przez całe życie uczono. Jak trzeba, to napisz sobie długopisem na ręce, że masz się zamknąć.

Nieoczekiwana nagroda

To jest rezygnacja z siebie, wycofanie się o wiele kroków, żeby zrobić miejsce innym. I na początku to boli, wymaga skupienia, jest nieustannym hamowaniem ego. Ale jest za to nagroda. Z czasem staje się to coraz mniej wymagające, nie musisz się kontrolować, bo zaczyna w tobie kiełkować ciekawość. Szczera i bardzo ładna ciekawość świata, ciekawość tego, co myślą i czują osoby wokół ciebie. Skurczy ci się dzika potrzeba posiadania racji i przekonywania, bo wycofanie się daje sporo spokoju i pokazuje, że relacje społeczne nie muszą być nieustanną rywalizacją.

Po drugie, musisz się swoje powstydzić. Zastanawiać się nad tym, czy nie zajmowałeś dominującej  pozycji w rozmowie, czy nie gadałeś za dużo, czy osoba, z którą rozmawiałeś, mogła czuć się wysłuchana. I nieraz się okaże, że znowu wyszedł z ciebie narcystyczny koleżka i że pamiętasz ze spotkania niewiele więcej niż to, co sam mówiłeś. Będziesz się czuł głupio, i słusznie. Choć nie warto zatapiać się w poczuciu winy, to warto czasem przeżyć trochę rozczarowania samym sobą (jeżeli życie nie dostarcza ci ich nadto). Ja zwykle czuję się w takich sytuacjach jak wyżymana gąbka, ściśnięta i sucha, której zajmuje sporo czasu, żeby powrócić do swojego pierwotnego kształtu. Wstyd ma swoją wartość edukacyjną, przede wszystkim dla zapatrzonych w siebie bardzo-fajnych-chłopców, których życie jest długim pasmem sukcesów.

Jeszcze raz: zamknij się

Po trzecie, zacznij myśleć i dbać o to, jak ludzie wokół ciebie się czują. Pamiętam bardzo wyraźnie, jak mając jakieś 20 lat, zdałem sobie sprawę, że nikt nigdy, na żadnym etapie mojego wychowania nie powiedział mi, że warto być osobą, wokół której inni czują się dobrze. Wzorcem, do którego aspirowali wszyscy chłopcy, gdy byłem w gimnazjum, był dr House – antypatyczny, inteligentny cesarz ciętej riposty, który nie potrafi wyrażać uczuć. Tak nas wychowywano, pokazując, że najistotniejszą cechą, jaką powinniśmy w sobie wykształcić, jest duch rywalizacji. Jedyne emocje, które można okazywać, będąc dorastającym chłopakiem, to gniew albo złość. Nie wolno płakać, nie wolno być słabym, nie wypada szczególnie dbać o innych, bo nie na tym polega rywalizacja. Słowo „troska” poznałem kilka lat temu.

Chłopackie dojrzewanie

Zapytaj więc czasem bliskie ci osoby o to, jak czują się obok ciebie. Daj im przestrzeń na szczerą odpowiedź, nie przerywaj, nie tłumacz się, nie broń. To nie sąd ostateczny, tylko feedback, który bardzo rzadko dostajesz, a którego bardzo ci potrzeba.

To jest długa droga, która nie wiem, czy ma jakiś koniec. Warto na nią wejść, bo sądzę, że prowadzi do stania się nieco lepszym człowiekiem. Dla siebie, ale przede wszystkim dla ludzi wokół. Nie jest jedna dla wszystkich, opisałem moją własną, trochę w celach autoterapeutycznych, a trochę dlatego, że chciałbym coś podobnego przeczytać kilka lat temu. Myślę, że dla fajnych chłopaków lewicy, tych przebojowych, przystojnych i nieziemsko pewnych siebie, może wyglądać bardzo podobnie. Więc jeszcze raz: zamknij się, naucz się słuchać, naucz się dbać o ludzi wokół. Zacznij ciekawić się światem i ludźmi, zamiast nieustannie dbać o to, czy oni są ciekawi ciebie i czy wystarczająco dużo uwagi ci poświęcają.

**
Imię i nazwisko autora do wiadomości redakcji.

Wpłać na Krytykę #pozdrowGlinskiego

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.