Kraj

Bendyk: Smoleńsk, cała wstecz

Katastrofa smoleńska mogła być zwrotem w polskiej wyobraźni, zmuszając do refleksji nad naprawą państwa i modernizacją. Ale tak się nie stało.

Brytyjski „The Economist” nie czekał na śmierć Margaret Thatcher. Konserwatywno-liberalny tygodnik już w lutym obwieścił nową prawdę hasłem „The Next Supermodel” wybitym na tytułowej stronie. Zaleca, by nie patrzeć na to, co robią następcy Żelaznej Damy w Wielkiej Brytanii, lecz brać przykład z krajów skandynawskich.

Cóż takiego dzieje się na Północy? W ostatnim czasie w Polsce mogliśmy się dowiedzieć, że Norwegia ma Breivika, Finlandia upadającą Nokię, Dania Connie Hedegaard, która w roli eurokomisarza chce wykończyć polską gospodarkę, zmuszając ją do proklimatycznej ekomodernizacji. Bardziej wyrobieni dotarli do książek Stiega Larssona, nie sądzę jednak, by po lekturze lub obejrzeniu ekranizacji nabrali apetytu na skandynawski cud. Rzec można, że raczej robi się zimno…

Nie na darmo poszła jednak robota Krytyki Politycznej – redaktorzy „The Economist” przeczytali przewodniki poświęcone krajom nordyckim. Zachęceni, zajrzeli do Społeczeństwa informacyjnego i państwa dobrobytu Manuela Castellsa i Pekki Himanena i uznali, że system uznany na przełomie lat 80. i 90. XX wieku za przeczący obiektywnym prawom natury, ekonomii i historii wytrzymał test rynku i politycznej legitymizacji. Więcej, triumfuje na gruzach neoliberalnego kapitalizmu, choć sam neoliberalizmowi wiele też zawdzięcza.

Do znudzenia można wyliczać wskaźniki pokazujące, że Duńczykom, Norwegom, Szwedom i Finom się udało. Mają najbardziej konkurencyjne i innowacyjne gospodarki na świecie, najlepszą demokrację i najmniejszą korupcję, świetną edukację i ciekawą kulturę. Mimo że narzekają na zimno, należą do najszczęśliwszych nacji. Jakże to?

Tajemnicę skandynawskiego sukcesu można wyjaśnić dość łatwo.

Skandynawowie nie przyjęli na wiarę, że państwo dobrobytu się wyczerpało i jest zbyt kosztowne, jak stało się to w Wielkiej Brytanii, gdy władzę obejmowała Margaret Thatcher.

Koszty to rzecz względna, ważniejsze, czy szybciej od kosztów rosną przychody. Jeśli tak, to pytanie o utrzymanie modelu społeczno-gospodarczego jest pytaniem politycznym, a nie ekonomicznym. Skandynawowie zapytali więc, co zrobić, by swój ulubiony, egalitarny system społeczno-gospodarczy utrzymać.

Odpowiedź mogła być tylko jedna – trzeba tak zwiększać efektywność gospodarki i funkcjonowania samego systemu, by koszty nie rosły szybciej niż wpływy. Skoro tak, to należało zmodernizować gospodarkę, mobilizując odpowiednie czynniki produktywności. Najważniejszymi czynnikami na etapie rozwoju gospodarczego krajów skandynawskich okazały się kapitał ludzki i innowacyjność. Tak też Skandynawowie zrobili, a potem żyli długo i szczęśliwie.

Dlaczego więc tak trudno zastosować tak prostą receptę? Bo oczywiście za tym pogodnym opisem kryje się gąszcz niuansów pokazujących, że im prostszy przepis, tym bardziej złożony jest kontekst jego realizacji. Przekonała o tym dyskusja zorganizowana przez Norden Centrum wokół książki Szlak Norden. Modernizacja po skandynawsku prof. Włodzimierza Anioła. Głównym aktorem skandynawskiej modernizacji jest państwo. Państwo demokratyczne, a więc czerpiące źródło swej mocy ze społecznego poparcia. Tak się składa, że kraje skandynawskie należą do nielicznych w gronie OECD, gdzie władza i państwo cieszą się zaufaniem obywateli. W pozostałych już od czterdziestu lat utrzymuje się sytuacja, w której przeważająca część obywateli odpowiada negatywnie na pytanie, czy rząd w większości przypadków podejmuje słuszne decyzje.

Bez społecznej legitymizacji niemożliwe jest realizowanie długotrwałych strategii. Na przykład Duńczycy już w latach 70. XX wieku stwierdzili, że spróbują zbudować gospodarkę rozwijającą się bez zwiększania zużycia energii. By do tego celu dotrzeć, musieli m.in. opodatkować zużycie energii, tworząc w ten sposób zachęty dla rozwoju nowych technologii. Dziś ciągle mają najwyższe ceny za jednostkę energii, płacą jednak niskie rachunki, bo uzyskali niezwykłą efektywność energetyczną, a przy okazji kilka globalnych koncernów technologicznych. Musieli jednak na to konsekwentnie przez kilkadziesiąt lat pracować. Wyobraźmy sobie polskiego polityka, który mówi, że nałoży akcyzę na samochody spalinowe w wysokości 180 procent. A Duńczycy tak właśnie demokratycznie ustalili.

Poziom zaufania do państwa w krajach skandynawskich wynika niewątpliwie z faktu, że działa ono tam efektywnie, tzn. zapewnia dostęp do usług publicznych wysokiej jakości, a cena, jaką są podatki, nie jest wobec tej jakości i dostępności zbyt wygórowana. Wzajemne zaufanie państwa do obywateli i obywateli do państwa wymaga jednak pewnej cechy kulturowej, którą nazywam futurofilią, czyli zwrotem ku przyszłości i zdolnością tworzenia dobrych strategii.

Ta zdolność nie wzięła się z powietrza; w sumie nie tak jeszcze dawno, w XVII wieku, Szwedzi byli postrachem, gdy ich zagony łupiły Europę Środkową. A potem nagle coś się zmieniło – wystarczyła porządna klęska pod Połtawą, by w zbiorowej wyobraźni coś się przestawiło i nastąpiło radykalne przewartościowanie stosunku do historii, teraźniejszości i przyszłości. Utrata Szlezwika-Holsztynu przez Danię, Karelii przez Finlandię – to momenty historycznego zgęstnienia, które miały ważny wpływ na społeczną zdolność Duńczyków, Szwedów i Finów do określania, co jest ważne, co mniej, a co stanowi źródło prawdziwej siły.

Niestety, każdy niemal z czynników, który przyniósł Skandynawom sukces, w Polsce (i nie tylko zresztą) działa odwrotnie: mamy niesprawne państwo, które nie ufa swoim obywatelom, z pełną wzajemnością. Mamy… no dobra, nie będę się znęcał, w końcu mieszkam w Polsce i nie zamierzam się z niej wynosić. Na zakończenie jedno więc – gdyby choć jakąś klęskę dobrze wykorzystać. Niestety, klęska najnowsza, katastrofa smoleńska, powodem do takiego psychologicznego zwrotu się nie stała, nie wyzwoliła społecznej potrzeby wspólnej refleksji na naprawą państwa i modernizacją społeczeństwa.

Przeciwnie, pogłębiła tylko istniejące podziały, rozpalając wojny kulturowe, w których anachroniczne tożsamości konsolidują się wokół przedziwnych mitów.

Zamiast zwalać na historię i charakter narodowy, wyjaśnienie dla takiego stanu rzeczy widzę w filozofii wydarzenia Alaina Badiou. Zgodnie z nią wydarzenie to spotkanie aktu woli i działania z jakąś odwieczną prawdą, co powoduje, że ów akt woli staje się historią. Gdy robotnice i robotnicy ze Stoczni Gdańskiej podjęli strajk w 1980 r., występując w obronie godności i walcząc o uznanie, zainicjowali najważniejsze wydarzenie w polskiej historii, bo jako jedno z nielicznych stało się wydarzeniem historii uniwersalnej.

W tym ujęciu 10 kwietnia 2010 r. jest nie-wydarzeniem, wynikiem przypadkowego splotu okoliczności bez żadnego sensu. Można je usensownić, jedynie przypisując odpowiedzialność za katastrofę konkretnemu aktowi woli – stąd koncepcja zamachu. Tyle że opierając się na pseudofaktach, można wykreować tylko pseudowydarzenie, na którym historii i przyszłości zbudować się nie da – ewentualnie, przy odrobinie szczęścia, można przejąć władzę.

Skoro więc droga Margaret Thatcher jest martwa, a skandynawska nieosiągalna, pozostaje dreptanie własną ścieżką. Nie wiem, czy doprowadzi to do sukcesu, na pewno będzie ciekawe.

Bio

Edwin Bendyk

| Dziennikarz, publicysta, pisarz
Dziennikarz, publicysta, pisarz. Pracuje w tygodniku "Polityka". Autor książek „Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności” (2002), „Antymatrix. Człowiek w labiryncie sieci” (2004), „Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu” (2009) oraz „Bunt Sieci” (2012). W 2014 r. opublikował wspólnie z Jackiem Santorskim i Witoldem Orłowskim książkę „Jak żyć w świecie, który oszalał”. Na Uniwersytecie Warszawskim prowadzi w ramach DELab Laboratorium Miasta Przyszłości. Wykłada w Collegium Civitas, gdzie kieruje Ośrodkiem badań nad Przyszłością. W Centrum Nauk Społecznych PAN prowadzi seminarium o nowych mediach. Członek Polskiego PEN Clubu.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.