Felieton

Sama tego chciałam

Oczywiście, że chciałam. Nie ma najmniejszych wątpliwości. W rezultacie to wszystko tylko i wyłącznie moja wina. Pierwsza wzięłam go za rękę. To się nazywa prowokacja.

Oczywiście, że chciałam. Nie ma najmniejszych wątpliwości. W rezultacie to wszystko tylko i wyłącznie moja wina. Pierwsza wzięłam go za rękę. To się nazywa prowokacja. Teraz, kiedy zakwitły lipy pod oknami, a roztańczone blaski odbijają się w szybach po drugiej stronie ulicy, tamte zdarzenia bledną i tracą na znaczeniu. Więc czy ja mam prawo o tym pisać? A jeśli zniszczę mu życie? Jeżeli rozwiedzie się przeze mnie? Przecież on ma rodzinę i jakieś dzieci, chyba już dorosłe…
Widzę, jak płacze. Jak chowa twarz w dłoniach.
– To się zdarzyło tak dawno – mówi jej. – I byłem wtedy samotny. Tak, samotny i nieszczęśliwy.

Miał szerokie, mocne dłonie, o krótkich palcach i obgryzionych paznokciach. Po prostu zapamiętałam, i tyle. Pamiętam dużo innych rzeczy, równie dokładnie. Czy ta kobieta, ta jego żona, mogłaby mu wybaczyć? I czemu nie? Czy ja bym wybaczyła taką rzecz?

Znowu się spotykamy w obcym domu o stu pokojach, pełnym zaryglowanych drzwi i tajnych przejść. Mijamy się na schodach, udając obojętność. Muszę uważać, pamiętać, że nie wolno. Przecież nie chciałam. Kłamię. Chciałam, i to bardzo, skoro to się stało. A stało się niewątpliwie, chociaż nie pamiętam kiedy i gdzie. To moja wina. Krzyczę, uciekam. Przed tym nie da się uciec. Zamknięte drzwi. A potem leżę w swojej sypialni i słyszę, jak tuż obok M. oddycha równo i spokojnie. Nie patrzę na niego, patrzę w sufit. Czuje się zła.

Nie ma w ogóle o czym mówić. Powracający sen. Raz na kilka miesięcy. Wielkie mi halo! Nikt nie ma ochoty o tym słuchać. Gdyby coś bardziej spektakularnego, prawdziwy seks, penetracja, to byłoby coś. A tak nie ma się czym chwalić. Całowanki po kątach. Gładzenie po rączkach, kiedy nikt nie patrzy. Niewyraźne wspomnienia kołaczą się gdzieś na dnie mojego umysłu, a jeśli próbuję je uchwycić i przyjrzeć się im dokładnie, rozwiewają się szarym welonem, pozostawiając po sobie jedynie nieostre cienie, fragmenty obrazów, których nie umiem złożyć w całość. Porozmawiaj ze mną…

– No dobrze, opowiadaj, jeśli potrzebujesz.
– Dotykał mnie – mówię z wahaniem. – Ja też go dotykałam – dodaję po chwili. – Miał obcisłe majtki z szeroką gumką w kolorowe paski. Wydawał się duży… I twardy… Tylko tyle. Widzisz, bez ślubu nie mogliśmy chodzić do łóżka, on był bardzo wierzący.
– Jesteś pewna?
– Że był wierzący?
– Nie, że cię dotykał. Może nie pamiętasz dobrze? Może to sobie wymyśliłaś?
– Może. Chyba nie. Nie wydaje mi się…
– Eeeee…
– W sumie to on był w porządku, przecież tyle ryzykował… Chciał się ze mną ożenić, wiesz. Prosił, żebym poczekała. Tak właśnie mówił: poczekaj na mnie.
– Poczekałaś?
– Nie.
– Dlaczego?
– Chyba mnie znudził… Nie pamiętam. Miałam wyrzuty sumienia, że go zostawiam. Ale to było już kilka lat później.
– Często się spotykaliście?
– Nie, raz na dwa tygodnie. Wtedy nie było internetu. Listy miłosne pisał do mnie w takim niebieskim zeszycie, szesnastokartkowym, w linie. Codziennie kawałek, a potem mi go oddawał. Chowałam ten zeszyt pod materacem, żeby nikt go nie znalazł.
– To bardzo romantycznie.
– Właśnie. I wiesz co, wyobrażałam sobie naszą noc poślubną. Zakrywałam się firanką i rozwijałam z niej niespodziewanie. Byłam księżniczką z morskiej pianki. A on siedział na łóżku i na mnie patrzył. Widziałam w jego oczach zachwyt, więc zawijałam się jeszcze raz i znowu odwijałam. Mogłam tak cały wieczór, aż przychodziła mama i kazała mi iść spać.
– Ciebie to wszyscy starsi faceci uwodzili, nie wiadomo dlaczego, w końcu nie jesteś nawet ładna.
– Może byłam nieprzeciętnie inteligentna? Albo wyjątkowo dojrzała na swój wiek?
– Nie sądzę. Pewnie wysyłałaś erotyczne sygnały. To nie oni wcale, to ty ich uwodziłaś.
– Ja? No tak… Masz rację… Na pewno ja.
– No więc o co ci chodzi?
– Widzisz, nie rozumiałam wtedy, do czego uwodzę. Do wyskakiwania z firanki? Nie interesowało mnie, co miałoby się później zdarzyć. To znaczy wiedziałam, że dorośli uprawiają seks, ale chyba nie w pokoju dziecinnym? Zresztą on się tak strasznie bał, że ktoś mógłby nas nakryć. Ciągle powtarzał, że musimy uważać, że skończy przeze mnie w więzieniu. I tak za dużo osób o tym wiedziało…
– Dorosłych?
–Tak.
– I co?
– Nic. Chyba uznali, że to byłoby bardzo źle, gdyby się z tego afera zrobiła. Dla niego. No i dla mnie też…
– A ty, co myślisz?
– Nie wiem. Pewno mieli rację.
– To tyle? I to jest cała twoja historia? Nie masz się czym martwić, nikt się przez takie głupstwa nie rozwodzi. Nie zaszkodzisz mu.
– Naprawdę??
– Naprawdę.
– Wiesz, zadzwoniłam do niego jeszcze jeden raz, po dwunastu latach.
– I co?
– Zapytał, czy nadal jestem malutka i czy ciągle mam takie zmysłowe usta jak kiedyś.
– I?
– Odpowiedziałam, że tak, i odłożyłam słuchawkę.
– Jesteś na niego zła?
– Nie.
– Czujesz się skrzywdzona?
– Też nie.
– To po co to całe gadanie?

Bio

Kaja Malanowska

| Pisarka
Z wykształcenia biolożka, napisała doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois at Urbana-Champaign. Felietonistka „Krytyki Politycznej”. Zadebiutowała powieścią "Drobne szaleństwa dnia codziennego" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010), która przyniosła jej uznanie krytyki i nominację do Gwarancji Kultury – nagrody TVP Kultura. Autorka książek "Imigracje" i "Patrz na mnie Klaro!".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.