Felieton

Rodzic-student. A co to?

W statucie polskich uczelni nie ma zapisów zabraniających dyskryminacji ze względu na sytuację rodzinną. A to istotny element rzeczywistości.

Mniej więcej rok temu napisałam tekst wspominkowy o tym, jak wyglądało moje życie za czasów studenckich, kiedy to próbowałam rozpaczliwie pogodzić naukę z wychowaniem dziecka i zarabianiem pieniędzy jednocześnie. Jestem dość odporna na komentarze pod felietonami. Przez lata pisania stwardniała mi skóra. Taka robota niewdzięczna w dobie internetu. Jak się publikuje, to się też obrywa, trzeba się z tym pogodzić. Muszę jednak przyznać, że wpisy pod tym konkretnym tekstem mocno mną wstrząsnęły.

 „Nie, żebym się czepiał, ale wyższe studia to jest fanaberia, a w każdym razie na pewno coś opcjonalnego”; „(…) czasami trzeba sobie zwyczajnie odpuścić. Bo czy to wszystko, o czym pisze autorka, warte jest, aż takich poświęceń, urazów i kłopotów zdrowotnych etc.?”; „(…) Jeśli ktoś decyduje się w tym samym czasie na dziecko, robienie studiów i pracę, to powinien mieć w pamięci, że doba ma 24 godziny i nawet opieka społeczna tego nie zmieni”.

Wysnuwanie ogólnych wniosków na podstawie wpisów pod felietonami nie jest najlepszym pomysłem. Pisze je niewielka grupa, zawsze tych samych i najczęściej negatywnie nastawionych osób.

Obawiam się jednak, że akurat w tym wypadku komentarze doskonale odzwierciedlały powszechną opinię na temat studentów-rodziców.

Może o tym świadczyć historia, która kilka miesięcy temu przydarzyła się mojej przyjaciółce nie w necie, tylko jak najbardziej w realu – na sali sądowej. Otóż przyjaciółka ta przyznała się w czasie sprawy rozwodowej, że ma problem z utrzymaniem dwójki dzieci, bo pisze doktorat. Na co usłyszała, że doktorat to są fanaberie, których sąd nie weźmie pod uwagę przy ustalaniu wysokości alimentów.

W ostatni czwartek Obywatele Nauki we współpracy z fundacją MaMa zorganizowali debatę pod hasłem „rodzice na uczelni”. Panel był wcześniej szeroko reklamowany w internecie. Tymczasem, ku zaskoczeniu prowadzących, na spotkanie prawie nikt nie przyszedł. Można oczywiście powiedzieć, że niska frekwencja świadczy o tym, że poruszany temat jest po prostu mało istotny i nikogo nie interesuje. Kwestia ta wydaje się jednak o wiele bardziej skomplikowana. Studiujący rodzice najprawdopodobniej nie mieli czasu, żeby poświęcić wieczór na teoretyczne rozważania o ich trudnej sytuacji, a inni studenci, wykładowcy czy władze uczelni problemu w ogóle nie dostrzegają.

Studenci-rodzice z trudem zarabiają na utrzymanie, często nie wyrabiają się z nauką i nie mają czasu na zajmowanie się dziećmi. Jednak do kłopotów finansowych dokładają się dużo poważniejsze problemy natury społecznej. Pisał o nich ostatnio na stronie Obywateli Nauki Maciej Malicki: „Student-rodzic występuje w nietypowej roli, a w zasadzie całkowicie wypada z roli młodego człowieka, nie otrzymując w zamian żadnej innej przynależności. (…) Niezbyt komfortowa pozycja wśród nieobciążonych opieką nad dziećmi rówieśników nakłada się na brak zdefiniowanego miejsca w systemie edukacji wyższej. Kategoria „studenta-rodzica” oficjalnie w ogóle nie istnieje”.

Nie istnieją również ustalone reguły ani prawa, z których studiujący rodzić mógłby skorzystać w podbramkowej sytuacji. Bycie mamą lub tatą nie uprawnia oficjalnie do wyboru dogodniejszej grupy ćwiczeniowej, z powodu choroby dziecka nie można liczyć na zmianę terminu egzaminu czy warunków zdawania testu. Wszystko zależy od dobrej woli wykładowców, a, jak wiadomo, łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

Nie tylko rodzice-studenci wydają się całkowicie przezroczystą częścią społeczności akademickiej. Dotyczy to również rodziców-doktorantów i rodziców-naukowców. Co więcej, nie jest to jedynie polski problem. W październiku 2012 roku Univercity of Bedfordshire opublikował wyniki badań dotyczące sytuacji rodziców na brytyjskich uczelniach. Autorzy raportu twierdzą, że jest to przypadek tzw. dyskursu niewidzialności. W powszechnym odczuciu student to młoda, beztroska osoba, nieobciążona żadnymi obowiązkami poza nauką, stereotyp naukowca zaś to nadal samotny mężczyzna bez reszty oddany pracy, względnie mężczyzna, którego żona przejmuje cały ciężar związany z prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci.

Na uniwersyteckich stronach internetowych, wśród setek portali społecznościowych, relacji ze spotkań i zdjęć dokumentujących akademickie życie naukowe i towarzyskie, nie można znaleźć niczego, co dotyczyłoby rodziców-studentów czy rodziców-naukowców. 90% uczelni nie zbiera na ich temat żadnych informacji, a szczegółowe statystyki nie są nigdzie prowadzone. Co więcej, autorzy raportu przyznają, że większość brytyjskich uniwersytetów wcale nie chce przedstawiać się jako środowisko przyjazne dzieciom i rodzicom, bo najzwyczajniej w świecie obawia się, że taka informacja wpłynie negatywnie na ich wizerunek. Naukowcy i studenci nie są traktowani jak osoby, które poza pracą mają swoje prywatne życie i często niemałe obowiązki, którym muszą sprostać, ale jak ludzie, którzy przede wszystkim powinni wypełniać konkretne akademickie role.

Wygląda na to, że podobny stosunek do problemu ma również Uniwersytet Warszawski. Na pytanie, kiedy zostaną otwarte przyuczelniane żłobki i przedszkola dla rodziców-studentów, rzecznik prasowy UW odpowiedział: „Koncentrujemy się na badaniach i dydaktyce; żłobki i przedszkola to działalność poboczna”.

Oczywiście nikt nie oczekuje od uniwersytetów, żeby zmieniły się w placówki opiekuńczo-wychowawcze. Zakładanie żłobków i przedszkoli dla dzieci studentów jest działalnością poboczną, wydaje się jednak, że to działalność bardzo potrzebna, a może nawet konieczna.

W statucie wielu poważnych instytucji i wszystkich polskich uczelni istnieją zapisy sprzeciwiające się prześladowaniom pracowników i studentów ze względu na płeć, przekonania religijne i pochodzenie. Nigdzie jednak nie ma zapisu zabraniającego dyskryminacji ze względu na sytuację rodzinną. Wydaje się, że przeoczyliśmy niezwykle istotny element rzeczywistości.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Kaja Malanowska

| Pisarka
Z wykształcenia biolożka, napisała doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois at Urbana-Champaign. Felietonistka „Krytyki Politycznej”. Zadebiutowała powieścią "Drobne szaleństwa dnia codziennego" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010), która przyniosła jej uznanie krytyki i nominację do Gwarancji Kultury – nagrody TVP Kultura. Autorka książek "Imigracje" i "Patrz na mnie Klaro!".