Felieton

Mój ostatni polski film

Nowy film Małgorzaty Szumowskiej od kilku tygodni wzbudza nieustanne zainteresowanie prasy. Gazety są pełne entuzjastycznych recenzji i wywiadów z reżyserką. Wygląda na to, że krytyka olśniona plejadą gwiazd (Juliette Binoche, Krystyna Janda, Andrzej Chyra) oraz tym, że polski film został nakręcony za granicą, całkowicie straciła głowę. Rozumiem, że fasada w postaci znanych aktorów i zdjęć z Paryża stanowi niemały atut, jeżeli jednak spojrzeć na Sponsoring choć odrobinę uważniej, zza kolorowej przesłony wyłania się typowy „polski film”.

Opowiedziane historie są nudne, a przedstawione postaci całkowicie papierowe. Nie dowiadujemy się o nich niczego, co nie zostałoby dokładnie wytłumaczone w sztampowych scenach albo zadeklarowane wprost za pomocą mało interesujących dialogów. Nie sposób odpowiedzieć na pytanie, kim właściwie są trzy bohaterki filmu. Z obrazu Szumowskiej nie wyłania się żadna głębsza i ciekawa relacja. Drugoplanowe postaci, których jest zdecydowanie zbyt dużo, pojawiają się w chaotyczny, bezsensowny sposób, jak odarte z osobowości marionetki; wybiegają zza kulis, przemykają przez scenę i przepadają bez śladu.

Anne (Juliette Binoche) jest dziennikarką, która pisze reportaż o studentkach trudniących się sponsoringiem. W jej ustabilizowanym życiu brak namiętności i szaleństwa, co manifestuje się w przydługich scenach, kiedy aktorka miota się po kuchni, próbując przygotować kolację. Szumowskiej nie udało się stworzyć przekonującej postaci dojrzałej kobiety. Z enigmatycznych i nieuporządkowanych odsłon rodzinnych dowiadujemy się jedynie, że starszy syn Anne pali marihuanę i chodzi na wagary, ojciec choruje, a mąż ogląda porno na komputerze i zależy mu na dobrych relacjach z szefem. Co miały wyjaśniać powtarzające się sceny, w czasie których Anne ćwiczy jogę albo słucha muzyki klasycznej w pięknym paryskim apartamencie? Czy jest samotna? Nieszczęśliwa? Niespełniona w związku? A może po prostu ma lekką nadwagę? Nie mam pojęcia. Jedyne, co bez najmniejszych wątpliwości mogę o niej stwierdzić, to że nie brak jej pieniędzy.

O opisywanych przez dziennikarkę dziewczynach też nie udaje się nam właściwie niczego dowiedzieć. Alicja (Joanna Kulig) jest Polką, którą do sponsoringu zmusiły niewystarczające fundusze na studia w Paryżu. Ukrywa przed rodziną, w jaki sposób zarabia. W pewnym momencie odwiedza ją matka (Krystyna Janda). O tym, że mama Alicji jest prymitywną, niewykształconą kobietą, mają zapewne świadczyć jej mało gustowne ubrania i farbowany tapir, bo raczej nie dwuminutowa rozmowa z córką, po której Janda niknie z horyzontu i nigdy już nie powraca na scenę.  

Druga bohaterka artykułu, Lola (Anais Demoustier), po prostu woli zarabiać, sypiając z bogatymi mężczyznami, niż pracować w fastfoodzie. Dzięki jej skłonności do ryzykownych przygód mamy okazję przez krótką chwilę oglądać na ekranie kolejnego znanego polskiego aktora, Andrzeja Chyrę, wypowiadającego kwestie: „Wsadzę ci” oraz „Krzycz”. Lola spotyka się z niewtajemniczonym w jej działalność zarobkową chłopakiem i chyba trochę męczy ją ta nieszczera sytuacja, bo w jedynej, króciutkiej odsłonie, w jakiej widzimy ich razem, odmawia mu pójścia do łóżka i nerwowo pali papierosa. Żeby widz nie miał najmniejszych wątpliwości, co do dręczących ją uczuć, w wywiadzie z Anne Lola przyznaje, że kłamstwo sprawia jej problem.

Obie dziewczyny są pociągające, młode i wyzwolone, czego ewidentnie zazdrości im dużo starsza dziennikarka. Z kolei Lola i Alicja marzą o pieniądzach i pozycji społecznej Anne. Dwa różne światy, które niespodziewanie się stykają i nawzajem sobie zazdroszczą, to chyba jedyny ciekawy motyw filmu, tyle że mało rozwinięty. Relacja, jaka tworzy się pomiędzy głównymi bohaterkami, jest przewidywalna i pozbawiona psychologicznej głębi. Anne fantazjuje na temat nieskrępowanego seksu, podczas gdy Lola ze wstrętem opowiada, że nienawidzi smrodu biednych blokowisk i z przejęciem pyta, czy Anne ma łazienkę z oknem. Na tym kończy się opowieść o studentkach.

Czytałam, że film przełamuje tabu. Ale jakie? O ile dobrze wiem, zjawisko sponsoringu zostało opisane już kilka lat temu. Sceny erotyczne są rzeczywiście dość odważne, ale przegląd klientów bohaterek raczej mało ciekawy: jeden czuły, drugi namiętny, trzeci płaczliwy, czwarty brutalny, a piąty lubi oblewać moczem. Każdy inny, nie widzę w tym nic zaskakującego, a tym bardziej szokującego.


Rozumiem, że Sponsoring w zamyśle miał być filmem o pokusie przekraczania granic i o niebezpiecznych związkach obyczajowości z psychologią. Nudno i z mozołem, ale w końcu pokazuje relację, jaka wytworzyła się pomiędzy zamożną dziennikarką i młodymi prostytutkami. Zarówno zjawisko samego sponsoringu, problem nierówności społecznych, jak i kwestia tego, w jaki sposób styl życia wpływa na to, czym to życie ostatecznie się staje, to niewątpliwie ważne tematy. Jednak sam fakt, że zostały poruszone, nie czyni jeszcze ze Sponsoringu ciekawego obrazu.

Doprawdy, nie jestem w stanie pojąć, co kieruje autorami entuzjastycznych recenzji. Polskim krytykom od dawna przyświeca hasło „zróbmy wszystko, żeby nie myśleć samodzielnie”. Zdaję sobie sprawę, że niebezpiecznie jest wychodzić przed szereg i skoro film a priori został uznany za dobry, to należy o nim też dobrze pisać, niezależnie od tego, co właściwie proponuje.

Jeden z moich kolegów założył ostatnio na Facebooku grupę pod nazwą: Mój ostatni polski film. Po obejrzeniu Sponsoringu chyba się do niej zapiszę.

Bio

Kaja Malanowska

| Pisarka
Z wykształcenia biolożka, napisała doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois at Urbana-Champaign. Felietonistka „Krytyki Politycznej”. Zadebiutowała powieścią "Drobne szaleństwa dnia codziennego" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010), która przyniosła jej uznanie krytyki i nominację do Gwarancji Kultury – nagrody TVP Kultura. Autorka książek "Imigracje" i "Patrz na mnie Klaro!".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.