Felieton

Dobry przykład

Ostatnio wiele mówiło się o sytuacji kobiet, a szczególnie kobiet-matek w polskim społeczeństwie. Przeciwnicy Kongresu Kobiet twierdzą, że w dzisiejszych czasach, każdy, niezależnie od płci, może realizować się zawodowo. Dla chcącego nie ma nic trudnego, powtarzają. Aleksandra Klich pisała w „Gazecie Wyborczej”, że postulaty Kongresu są zbędne i anachroniczne. Wystarczy rozejrzeć się wokół, żeby zobaczyć, ile jest w naszym kraju kobiet lekarek, kobiet prawniczek, naukowców i polityków. Jeżeli im się udało, to może udać się wszystkim. Zamiast przyjmować roszczeniową postawę, należy zakasać rękawy i brać dobry przykład. Przyznaję, cel jest możliwy do osiągnięcia, pytanie tylko, jakim kosztem?

 

Myślę, że stanowię przykład wprost idealny na to, że można połączyć karierę zawodową z macierzyństwem. Urodziłam wcześnie dziecko, a jednak skończyłam studia, obroniłam doktorat, pracuję, rozwijam się, mam to, czego chciałam. Powinnam opowiadać innym kobietom, jak sobie radzić w życiu.  A więc proszę, oto moja historia:

 

Zaszłam w ciążę na pierwszym roku studiów. Wspólnie z moim partnerem postanowiliśmy zajmować się dzieckiem i nie przerywać nauki. Rodzice bardzo nam pomagali, ale pieniądze, które od nich dostawałam, starczały na opłacenie rachunków. Trzeba było jeszcze coś jeść i w coś się ubrać. Musieliśmy pracować, a jednocześnie dobrze zdawać egzaminy, bo stypendia naukowe stanowiły istotną cześć naszego budżetu. Ze względu na wysokie zarobki moich rodziców o stypendium socjalnym nie było nawet mowy. Coś takiego, jak pomoc młodym matkom, na polskich uczelniach w ogóle nie istnieje. Studentki nie mają prawa rodzić dzieci, a jeśli je rodzą, to jest to ich prywatny problem, ewentualnie problem ich rodzin. Podobnego zdania była opieka społeczna, od której usłyszałam, że pomysł na to, żeby zdobywać wyższe wykształcenie w mojej sytuacji, to czysta fanaberia, do której państwo polskie nie będzie dopłacać. Zaproponowano mi, żebym poszła do sądu i pozwała rodziców o alimenty, albo wyszła za mąż i pozwała teściów.

 

Wzięłam urlop dziekański i pierwszy rok macierzyństwa minął w miarę gładko. Kolejny przyniósł nadmiar obowiązków i narastające poczucie winy: w stosunku do mojego syna, że nie jestem dobrą matką, do wykładowców, że przekładam terminy egzaminów, bo dziecko właśnie ma wysoką gorączkę i nie mogę wyjść z domu, do mojego partnera, że za mało zarabiam i nie daję sobie rady z nauką i w końcu do całego świata, że zachciało mi się realizować własne ambicje. Dostałam bulimii i początków anoreksji. Popadłam w apatię, miałam trudności ze wstawaniem z łóżka. Już w styczniu stało się całkiem jasne, że zawaliłam studia.

 

Trudno, pomyślałam, spróbuję jeszcze raz, na innym wydziale. Poszłam po rozum do głowy i kupiłam amfetaminę. W dzień zajmowałam się domem i dzieckiem. W nocy wciągałam kreskę i przygotowywałam do egzaminów na biologię. Zdałam i udało mi się dotrzeć do czwartego roku. Genetyka jest nauką eksperymentalną. Praca magisterska polega na wykonaniu serii doświadczeń, pod okiem specjalisty. Zabiera to średnio kilkanaście miesięcy, dlatego już na czwartym roku studenci rozchodzą się po instytutach naukowych w poszukiwaniu promotorów, którzy chcieliby wziąć ich pod swoje skrzydła. Tymczasem trwają wykłady i zaliczenia. Po zajęciach trzeba biec do laboratorium, uczyć się można wieczorem albo w nocy. W feudalnym systemie uniwersyteckim magistrant znajduje się na szarym końcu drabiny społecznej. Eksperymenty robi z łaski, nic nie umie, ciągle przeszkadza. Na względny szacunek może zasłużyć tylko ciężką pracą. O życiu osobistym powinien zapomnieć.

 

Ja zapomnieć nie mogłam. Mój syn chodził do przedszkola. O czwartej musiałam go odebrać, dać obiad, wyjść na spacer, położyć spać. Musiałam też zarabiać, co zajmowało sporo czasu.

Porozmawiałam z jednym z profesorów, spytałam czy mogę przychodzić do laboratorium trzy razy w tygodniu? Zgodził się. Sprawiał wrażenie, jakby mnie rozumiał. Dość szybko stało się jasne, że było to wrażenie całkowicie mylne. Po kilku miesiącach atmosfera wokół mojej osoby zgęstniała. Powtarzałam, że mam małe dziecko, w laboratorium pracuję za darmo i nikt nie powinien mieć pretensji o to, że doświadczenia zajmą mi trochę więcej czasu. Tymczasem pretensje mieli wszyscy. Otoczona ogólna niechęcią, zaczęłam tracić zimną krew. Ugrzęzłam w wyrzutach sumienia. Ciągłe uwagi, że nie przykładam się odpowiednio do pracy, przyjmowałam w milczeniu, ze spuszczona głową. Przepraszałam i tłumaczyłam się gęsto, zamiast się bronić.

 

Któregoś dnia zostałam wezwana na rozmowę do szefa. Dowiedziałam się, że jestem zdolna, tylko niezwykle leniwa. Nie ukrywał, że bardzo się zawiódł i czuje się osobiście dotknięty moją postawą. Dodał, że ma nadzieję, iż do września skończę eksperymenty i zniknę z pola widzenia, bo nie ma ochoty dalej się mną zajmować. Z gabinetu wyszłam z płaczem, przekonana, że wszystkich zawiodłam i zasłużyłam na ostrą reprymendę.

 

Zaczęłam przychodzić do laboratorium późnym wieczorem, pracowałam w nocy, do domu wracałam półprzytomna, wstawałam przed siódmą, żeby odprowadzić dziecko do przedszkola. Doświadczenia szły mi jak po grudzie, ale bałam się pytać o radę, bo za każdym razem, kiedy próbowałam nawiązać kontakt z promotorem, dawał do zrozumienia, że jest obrażony i nie chce rozmawiać z osobą tak gnuśną i leniwą jak ja. Moje poczucie wartości rozsypało się w drobny mak. Dostałam depresji.

 

Teraz, kiedy myślę o tamtych czasach, cieszę się, że urodziłam dziecko tak wcześnie. Jako studentka nie zarabiałam ani grosza i nikt nie mógł postawić mi oficjalnych zarzutów, że nie spełniam wymogów pracodawcy i po prostu wywalić. Moja koleżanka, z tego samego laboratorium, która ośmieliła się zajść w ciążę pod koniec doktoratu, miała naprawdę dużo gorzej niż ja. Należy dodać, że nie była zatrudniona w drapieżnej kapitalistycznej korporacji, tylko w opłacanym przez państwo instytucie naukowym, a mimo to w siódmym miesiącu dostała skurczów porodowych, które były wynikiem przepracowania i nadmiernego stresu.

 

Do tej pory nie wiem, w jaki sposób udało mi się obronić w wyznaczonym czasie. Syn podrósł i nie wymagał tyle opieki, co dawniej. Mój ówczesny partner, a obecny maż, zaczął przyzwoicie zarabiać. Wyjechaliśmy do Stanów. Dostałam się na studia doktoranckie i nagle okazało się, że wcale nie jestem leniwa. Świat stanął mną otworem.

 

I to już koniec pouczającej historii dla kobiet. Z okresu, kiedy wychowywałam małe dziecko, został mi paniczny lęk przed macierzyństwem, silne nerwice i zaniżone poczucie własnej wartości, które z czasem przerodziło się w chorobliwą ambicję i pracoholizm. Udało mi się osiągnąć dokładnie to, czego chciałam. Inne matki mogą brać ze mnie przykład!

 

 

 

Bio

Kaja Malanowska

| Pisarka
Z wykształcenia biolożka, napisała doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois at Urbana-Champaign. Felietonistka „Krytyki Politycznej”. Zadebiutowała powieścią "Drobne szaleństwa dnia codziennego" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010), która przyniosła jej uznanie krytyki i nominację do Gwarancji Kultury – nagrody TVP Kultura. Autorka książek "Imigracje" i "Patrz na mnie Klaro!".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.