Felieton

Chłopiec

Zdarzyło się to pewnego gorącego lata, zaraz po śmierci Inteligenta, o którym pisałam już wcześniej. Lata mojej deklaracji zmiany płci. Pod koniec czerwca skończyłam czytać „Trylogię”, po czym przeżyłam krótkie, acz gwałtowne załamanie nerwowe. Zamknęłam się w starym pokoju babci. I nie wychodziłam przez trzy dni. Odmawiałam jedzenia i rozmowy z rodzicami. Ojciec martwił się i przez jakiś czas próbował wywabić mnie na zewnątrz. Ale matka powiedziała, żeby dał spokój. Siedząc w odosobnieniu, starałam się rozwijać sensowną narrację pierwszoosobową, w rodzaju żeńskim. Niestety zdanie: „Porwałam szablę i wskoczyłam na koń”, podobnie jak „Uniósłszy dumnie głowę, prowadziłam oddział do boju”, brzmiały absurdalnie. Sienkiewicz odniósł nade mną miażdżące zwycięstwo. Odsłonił brutalną prawdę: kobieta nie mogła zostać pisarzem. Słowo „pisarka” wówczas jeszcze nie istniało.

Czwartego dnia wyjęłam z szafy wszystkie sukienki, różowe skarpetki, koronkowe bluzki i zaniosłam je do gabinetu ojca.

– Zabierz to – powiedziałam. – Od dzisiaj jestem mężczyzną.

Ojciec siedział pochylony nad biurkiem, jak zawsze gładko ogolony i schludny, z tą swoją twardą, pozbawioną emocji twarzą, za którą ukrywał się przed światem. Na mój widok westchnął i poprawił okulary.

– Dobrze – zgodził się niepewnie, błądząc spojrzeniem tuż nad moją głową. – Nie zostawiaj tylko tych rzeczy tutaj.

Rzuciłam sukienki w przedpokoju. Matka zebrała je po powrocie z pracy i odwiesiła do szafy.

– To jak mam się do ciebie zwracać? – zapytała.

Pytanie mnie zaskoczyło.

– Po prostu, „chłopcze” – odparłam.

Przez całe tamto suche, upalne lato, rodzice wołali do mnie chłopcze, o ile tylko o tym pamiętali.

Po południu zjawiłam się na podwórku w podkoszulku khaki i amerykańskich dżinsach obciętych pod kolanem. Nieobrębione nitki dyndały wokół łydek. Na samym początku lat osiemdziesiątych tylko nieliczne dzieci na naszej ulicy, znajdowały się w posiadaniu prawdziwych dżinsów. Obcinanie ich poniżej kolan stanowiło ekstrawagancję, na która z cała pewnością nikt nie mógł sobie pozwolić. Tego akurat moja cierpliwa za zwyczaj matka, już nie zniosła i za karę musiałam przez tydzień zmywać naczynia po obiedzie. Zmywałam skrupulatnie i bez żalu, bo cena za zniszczone spodnie okazała się mało wygórowana.

Tamtego dnia wszyscy chłopcy, z wyjątkiem Remka, który rano trafił kamieniem w środek lady sklepowej (i nie tylko wybił szybę, ale uszkodził również kasę, dlatego miał szlaban do piątku i został w domu), siedzieli na skrzyni z piaskiem, jedli czereśnie i strzelali pestkami w stronę drzemiącego na drzewie kocura. Remek był starszym bratem Roberta i to z nim właśnie założył się o dwa tysiące, że sprowadzi na naszą ulicę wóz milicyjny. Wygrał i wszyscy uznali, że lanie i tydzień w domu, były nie wysoką, a wręcz przyjemną karą, jeśli wziąć pod uwagę czekające go bogactwo.

– Gooooool! – krzyknął Sedes. Kot poderwał się z wrzaskiem, zeskoczył na ziemię i zniknął w krzakach dzikiego bzu. Sedes spojrzał na mnie przeciągle.

– Co się gapisz? – zapytał.

Nie odpowiedziałam.

– Idź stąd – wrzasnął Robert, który był w wyjątkowo podłym nastroju, bo nie miał dwóch tysięcy złotych, ani żadnych perspektyw na to, żeby je zdobyć w bliższym, ani bardziej odległym czasie. Przytknął do ust plastikową słomkę i strzelił pestką w moją stronę. Trafił w czoło. Chłopcy ryknęli śmiechem, ja jednak stałam nieporuszona. Zleźli ze skrzyni i ruszyli niespiesznie, klucząc i plując pod nogi, w stronę boiska i potem dalej, wzdłuż ulicy, aż do skrzyżowania przy parku. Poszłam za nimi i nie dałam się odgonić przy metalowych schodach do pawilonu handlowego Społem , ani koło kiosku (do którego zajrzeli żeby sprawdzić, czy sprzedają kolorowe erosy), ani później, kiedy przeleźli przez drewniany parkan na budowę. Tam właśnie powstał pomysł, żeby rozpalić ognisko. Zebraliśmy sporo desek i kawałków papy, ale wtedy okazało się, że nikt nie ma zapałek.

– Sedes skoczy do kiosku – zawyrokował Andrzej Nowak i wyjął z kieszeni pięćdziesiąt złotych.

– Ja? – Sedes robił wrażenie obrażonego. – Dlaczego ja? Niech ona idzie – wskazał mnie ruchem głowy.

– Ona? Chyba żartujesz. Zabierze kasę i nigdy nie wróci. Takiej nie można ufać.

– Ale ja nie chcę. Matka mnie zobaczy i już nie wyjdę.

Zapadło niepewne milczenie i wtedy zrozumiałam, że nadszedł właściwy moment.

– Nie potrzebuję pieniędzy – powiedziałam szybko. – Przyniosę zapałki z domu.

Robert otworzył usta, żeby protestować, ale Igor Zarzycki go uciszył.

– Niech idzie – wzruszył ramionami. – W końcu nic na tym nie tracimy.

Poszłam. Pobiegłam. Pognałam. I nie pamiętam nawet, w jaki sposób udało mi się pokonać drewniany parkan, minąć kładkę, kiosk, mydlarnię i już wracałam, frunęłam, mknęłam, niosąc w rękach nie jedno, ale trzy pudełka zapałek. Tylko, że nie zastałam chłopców obok stosu desek i smolnej papy. Wrócili na skrzynię z piachem. Nie chcieli zapałek. Na budowę przyszedł cieć z psem i kazał im się wynosić. Posłali mnie za to do spożywczego po oranżadę i kiszone ogórki. Pod wieczór dzikie koty wylazły na dachy kamienic, żeby zawodzić i płakać do księżyca, powietrze stało nieruchome, pełne zapachu kwitnącej akacji, a my siedzieliśmy na betonie, wokół śmietnika, pili oranżadę i jedli ogórki, póki matki nie zaczęły nas szukać i wołać na kolację.

– Chodźmy jutro na ryby – zaproponował Igor. – Pan Krzyś mówi, że wiosną Zarząd Miasta wrzucił do stawu kilogramy ikry i teraz można gołą ręką karpie łapać. Jest ich tam więcej niż wody.

– Ten facet to wariat – powiedział Robert. – Cały dzień pije, a jak trzeźwieje to też gada od rzeczy.

– Nie idziesz? – Igor wyglądał na zeźlonego. – Nie idziesz? Boisz się? Czy ja źle słyszę?

– Nie boję się – Robert splunął pod nogi i schylił głowę. – Mówię tylko, że gość łże jak pies, a ty mu wierzysz, bo jesteś głupi. Jakby tam w stawie było tyle karpi, to wszyscy na całym osiedlu by o tym gadali. A ja jakoś ani słowa na ten temat nie słyszałem.

– To nie idź. Jutro przyniesiemy mnóstwo ryby, dla całej ulicy, a twoja matka nie dostanie ani jednej.

– Tak? Kupę gówna przyniesiecie i tyle.

– Może się znowu założysz? Na przykład o dwa tysiące?

– A w mordę chcesz? – Robert poderwał się na równe nogi. – Pójdę z wami – dodał – ale tylko po to, żeby się przekonać jak głupio wyglądasz brodząc bez sensu w stawie.

– To o ósmej.

– O ósmej – zgodził się Robert i ruszył powoli i godnie w kierunku klatki schodowej.

Rano spotkaliśmy się w bramie. Sedes przyniósł wędkę i czerpak. Witek i Andrzej Nowak – siatki na kijach. Igor Zarzycki przyszedł z plastikową torbą w ręce.

– Ten cały sprzęt w ogóle nie będzie nam potrzebny – powiedział. – Tam się aż roi od ryb. Wystarczy zanurzyć torbę i same do niej wpłyną.

Poszliśmy w stronę parku i wtedy dogonił nas Robert. Jadł bułkę z serem i cały czas krztusił się ze śmiechu.

W parku zdjęliśmy buty i wleźli do stawu. Wszyscy, z wyjątkiem Roberta.

– Nie widać jakoś tych ryb – Sedes robił wrażenie zawiedzionego.

– Po drugiej stronie wyspy są ich całe ławice – upierał się Igor i ruszył przed siebie, brodząc po pas w wodzie.

Reszta usiadła na brzegu i czekała. Czekaliśmy bardzo długo. Robert skończył kolejną kanapkę, zwinął papier w kulkę i wrzucił do wody.

– Macie swoją rybę – wołała. – No dalej, łapcie ją!

Pstrykał palcami, chichotał i był w coraz lepszym nastroju. W końcu wstał, otrzepał spodnie i odmaszerował w kierunku budowy.

– Kto czeka, ten syf – krzyknął i reszta chłopców też wstała. Szli, ciągnąc za sobą wędki i puste siatki na ryby.

Zostałam nad stawem. Po chwili zjawił się Igor. Był cały mokry i oblepiony błotem.

– Złowiłeś coś? – spytałam.

Nie odpowiedział. Zdjął koszulkę i wyżął ją starannie.

– Matka mnie zabije – mruknął. – Ale za nim to zrobi muszę coś jeszcze załatwić.

Wróciliśmy na podwórko. Pan Krzyś siedział jak zawsze na schodkach przy drzwiach frontowych naszej kamienicy.

– Cześć dzieciaki – mrugnął na nasz widok i odkapslował butelkę.

– Tam nie ma żadnych ryb! – krzyknął Igor. – Żadnych! Jest z pana pijak i oszust!

Pan Krzyś przyjrzał mu się spod oka i pociągnął łyk piwa.

– Ja nigdy nie kłamię – odparł poważnie. – Ryby były, każdy ci może poświadczyć. Spytaj się tej kobiety z mydlarni. Jej mąż nałapał tyle, że od miesiąca nie mogą się kąpać, bo im karpie wannę zajęły.

– Nie ma! Nic nie ma! – powtarzał Igor. – Nawet najmniejszej płotki!

– Widać musieli ludzie wyłowić – pan Krzyś pokiwał głową. – Dziwne nie jest – dodał filozoficznie. – A ty się nic nie martw. Na działkach wyroiły się właśnie ślimaki. Świetny interes, mówię ci. Takie ślimaki to dla Francuzów największy przysmak, w dolarach za nie płacą. Pieniądze na ziemi leżą. Nic tylko iść i zbierać.

– A skąd ja teraz Francuza wezmę? – rozżalił się Igor.

Usiadł na skrzyni z piachem, zdjął spodnie i kawałkiem zielonego szkła skrobał je z błota. Westchnął, przerwał na chwilę i wcisnął mi do ręki rozmoczony banknot.

– Mały, skocz do sklepu i kup mi Ptysia – powiedział.

Za Ptysia musiałam płacić z własnej kieszeni. W sklepie nie chcieli przyjąć mokrych pieniędzy. Zrobiłam to chętnie. Gorliwie przyniosłam Igorowi litrową butelkę. Przepełniała mnie radość. Bo oto właśnie stałam się chłopcem. Chłopcem bezlitośnie wykorzystywanym i najbardziej pogardzanym na całej ulicy, ale dla mnie, był to i tak społeczny awans. Chodziłam w spodniach, plułam i nauczyłam się strzelać z plastikowej rurki, a kiedy ojciec podarował mi starodawną procę, z której kamyk trafiał celnie w okna na poddaszu, moja pozycja wzrosła i ustaliła się ostatecznie. Stawanie się na powrót kobietą zabrało mi znacznie więcej czasu, ale to jest już zupełnie inna historia i opowiem ją kiedy indziej.

Bio

Kaja Malanowska

| Pisarka
Z wykształcenia biolożka, napisała doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois at Urbana-Champaign. Felietonistka „Krytyki Politycznej”. Zadebiutowała powieścią "Drobne szaleństwa dnia codziennego" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010), która przyniosła jej uznanie krytyki i nominację do Gwarancji Kultury – nagrody TVP Kultura. Autorka książek "Imigracje" i "Patrz na mnie Klaro!".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.