Felieton

Autobus

Byłam sfrustrowana nie dlatego, że trafiłam na świra, który postanowił zaprowadzić swój faszystowski porządek, ale dlatego, że większość pasażerów się nie odezwała.

W piątek tuż przed jedenastą wieczorem wsiadłam w ostatni dzienny autobus jadący z Nowego Światu w stronę mojego domu. Nie było tłoku: grupka młodych ludzi wracających z kawiarni, małżeństwo w średnim wieku, trzy pochłonięte rozmową przyjaciółki… Na podwójnym siedzeniu pod oknem drzemał mężczyzna opatulony w kilka nałożonych warstwowo płaszczy. Nie pachniał najlepiej, ale też nikomu specjalnie nie przeszkadzał. Oparł głowę na ręku. Długa, niestrzyżona latami broda opadła mu na piersi.

Minęliśmy właśnie plac Trzech Krzyży, kiedy podniósł się elegancko ubrany młody człowiek. Złapał śpiącego za ramię i kazał mu wysiadać.
– Cuchniesz, śmieciu – powiedział. – Wypad stąd.
Bezdomny zaczął pokornie wstawać z miejsca.
– Nie ma pan prawa nikogo wyrzucać – zaprotestowałam. – To jest transport publiczny, każdy może z niego korzystać.
– To ja ci zaraz udowodnię, że nie. Koleś śmierdzi i ma wysiadać, bo nigdzie dalej nie pojedziemy – powiedział młody człowiek stając w drzwiach. – Dzwonię na policję, robiłem to już wiele razy.
– Tak? A mi przeszkadza zapach twojego dezodorantu – poparł mnie jeden z pasażerów. – Też chciałbym, żebyś wysiadł. Mam wezwać patrol?

Młody człowiek pchnął bezdomnego w stronę wyjścia. Rozpętała się awantura. Kierowca zatrzymał autobus, wyszedł ze swojej kabiny i kazał wynosić się w diabły brodatemu mężczyźnie.
– On jeździ ze mną od pętli do pętli – powiedział. – Wystarczy tego dobrego.
– Ale nie ma takiego przepisu, który ograniczałby liczbę przystanków, jakie można przejechać autobusem – oponowała starsza pani. – Jest zimno, ten człowiek nie ma domu. Siedzi sobie spokojnie i nikomu nie przeszkadza.
– Mnie przeszkadza jego smród. Przyjedzie policja i zgarnie go na wytrzeźwiałkę. Wiem, co mówię, i wiem, jakie mam prawa – zawyrokował dziarski młodzian i wyjął z kieszeni komórkę.

Wtedy bezdomny szarpnął się i wyskoczył z autobusu. W geście protestu wysiedliśmy razem z nim: mężczyzna, który nie lubił zapachu dezodorantu, starsza pani i ja. Wszystko zdarzyło się tak szybko, że nie zdążyliśmy odpowiednio zareagować. Żadne z nas nie zapisało numerów autobusu ani nazwiska kierowcy. Staliśmy bezsilni na mokrej ulicy. Wiedzieliśmy doskonale, że niezależnie od prawnych niuansów wezwana policja na pewno usunęłaby bezdomnego z autobusu. Mimo że był trzeźwy i najzupełniej spokojny, nie miał w konfrontacji z dobrze ubranym i odpowiednio pachnącym przeciwnikiem najmniejszych szans.

Gotując się ze złości ruszyłam piechotą w powrotną drogę do domu. Byłam sfrustrowana nie dlatego, że trafiłam przypadkiem na świra, który postanowił zaprowadzić w autobusie swój faszystowski porządek, ale dlatego, że większość pasażerów nie odezwała się słowem, co więcej młodego człowieka poparł kierowca, poparłaby go wezwana policja i cały państwowy system. Czułam się całkowicie bezradna.

W 2011 roku burmistrz Nogent-sur-Marne wydał dekret, zgodnie z którym za przeszukiwanie śmieci groziła grzywna, a w skrajnych wypadkach nawet więzienie. Podobne prawo wprowadziło wcześniej kilka innych gmin we Francji. W 2012 roku węgierski parlament zakazał bezdomnym spania w miejscach publicznych. W ciągu ostatnich lat wielu włoskich burmistrzów wydało rozporządzenia piętnujące żebranie i poszukiwanie resztek żywności na ulicach miast. Główne portugalskie firmy zajmujące się oczyszczaniem domagają się właśnie od rządu wprowadzenia surowych kar za grzebanie w śmietnikach argumentując, że ze względu na „okradanie” kontenerów zmniejsza się ilość odpadów nadających się do recyklingu.

Te wszystkie doniesienia brzmią niepokojąco, a są to tylko niektóre z akcji podjętych przeciw bezdomnym na terenie Europy.

W samej Polsce stosunek do biedy pozostawia wiele do życzenia. Prof. Elżbieta Tarkowska, specjalistka w zakresie socjologii ubóstwa, wielokrotnie wypowiadała się na temat problemu napiętnowania nędzy. Badania prowadzone wśród biednych wskazują, że czują się nieustannie prześladowani: w szkołach, szpitalach, a nawet w sklepach, gdzie gorzej ubrani natychmiast zwracają uwagę ochrony. Postępującą stygmatyzację podsycają media i politycy. 2011 roku radni i sołtysi Bytowa, przy ogólnym poparciu ze strony mieszkańców, próbowali wprowadzić przepisy zabraniające proszenia o jałmużnę. A całkiem niedawno poseł Niesiołowski wyśmiał publicznie alarmujący raport na temat niedożywionych dzieci, radząc głodnym, żeby żywili się szczawiem z nasypów kolejowych.

Za oburzającymi wypowiedziami i ogólną społeczną niechęcią stoi powszechne przekonanie, że sami biedni ponoszą winę za opłakaną sytuację, w jakiej się znaleźli. Tymczasem neoliberalny stereotyp, według którego niepowodzenia życiowe stanową zasłużoną karę za nieróbstwo i wcześniejsze zaniedbania, jest z gruntu fałszywy. Badania socjologiczne niezbicie wykazują, że najistotniejszą rolę odgrywają w tym wypadku czynniki związane z urodzeniem i dorastaniem w określonych warunkach. Bieda i wykluczenie nie są wcale wynikiem lenistwa, ale braku równych szans na starcie i nieszczęśliwych, ślepych zrządzeń losu. Naprawdę wystarczyłoby, żeby mężczyzna, który tak energicznie pozbył się w piątek bezdomnego, urodził się w trochę innym miejscu i w innej rodzinie, a to on właśnie siedziałby w ostatnim dziennym autobusie, okutany w wyciągnięte ze śmietnika płaszcze, modląc się w duchu, żeby żaden pachnący dezodorantem, gładko ogolony młodzieniec nie zechciał wyrzucać go na ulicę.

Ponad 6% Polaków żyje poniżej minimum egzystencji, 17% jest zagrożonych ubóstwem, a 25% ankietowanych deklaruje, że nie stać ich na ciepły mięsny posiłek częściej niż co trzeci dzień. Ubóstwo nie jest wyłącznie problemem samych ludzi biednych, ale całego społeczeństwa. Sedno problemu nie tkwi w nieudolnych strukturach państwowych, ale w naszym sposobie myślenia o świecie, w którym najistotniejsze stały się mieszczańskie, neoliberalne wartości. Nie doczekamy się sprawnie funkcjonującego państwa opiekuńczego, dopóki będziemy trwać w przeświadczeniu, że gorzej ubrani i nieodpowiednio pachnący ludzie nie mają prawa jechać z nami jednym autobusem.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Kaja Malanowska

| Pisarka
Z wykształcenia biolożka, napisała doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois at Urbana-Champaign. Felietonistka „Krytyki Politycznej”. Zadebiutowała powieścią "Drobne szaleństwa dnia codziennego" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010), która przyniosła jej uznanie krytyki i nominację do Gwarancji Kultury – nagrody TVP Kultura. Autorka książek "Imigracje" i "Patrz na mnie Klaro!".