Felieton

Zgrywanie torysa

Zawsze jak mam do wyboru neoliberała Gadomskiego i neoliberałów w rodzaju Ziemkiewicza, Wildsteina czy nawet Wróblewskiego, wolę Gadomskiego, bo on nie zieje przy każdej okazji jadem obsesyjnej nienawiści wobec „eurokołchozu”. Jednak jego ostatni komentarz o Niemcach, którzy nie chcą już dłużej płacić na Greków, trochę mnie wyprowadził z równowagi. Otóż pieniądze, zarówno po Unii Europejskiej, jak też po eurostrefie, wędrują w sposób nieco bardziej skomplikowany. 

 

Nie tylko z rąk pracowitych Niemców do kieszeni leniwych i niereformowalnych południowców. Grecy, Portugalczycy, Hiszpanie czy Włosi nawet w najczarniejszych dniach globalnego kryzysu i kryzysów lokalnych (i nawet w swoich najbardziej leniwych godzinach sjesty), masowo kupowali świetne skądinąd niemieckie towary za twarde euro, a nie za śmieciowe drachmy, liry, escudo czy peso. W ten sposób, nawet w najczarniejszym kryzysie (i w najbardziej leniwych godzinach sjesty) Grecy, Hiszpanie, Włosi i Portugalczycy przyczyniali się do powiększania deficytu handlowego krajów własnych, do powiększania deficytu budżetowego własnych państw, do zapaści własnych gospodarek, a jednocześnie do nadwyżki handlowej Niemiec (która jest druga po Chinach i w sporej części Niemcy zawdzięczają ją rozliczanemu w euro handlowi w obszarze eurozony). Leniwi i niereformowalni Włosi, Grecy, Hiszpanie i Portugalczycy nie dysponowali bowiem najprostszym (nawet jeśli niezbyt przyszłościowym) mechanizmem obrony własnych rynków poprzez dewaluację własnej waluty i obniżenie w ten sposób kosztów produkcji, a w konsekwencji podniesienie konkurencyjności towarów produkowanych u siebie. 


W ten sposób nawet miliardy euro wpompowywane przez Niemcy w słabsze gospodarki strefy euro, dzięki korzystnemu dla silniejszej gospodarki mechanizmowi wspólnej waluty, wracają w ogromnej części do niemieckich firm, do niemieckich robotników, do niemieckich podatników, a w ostatniej instancji do budżetu niemieckiego państwa. Zatem to zarówno dzięki determinacji własnej Niemców, której im nie odmawiam, jak też dzięki buforowaniu niemieckiej gospodarki przez ogromny rynek eurozony, najpierw wyszła ona z „pozjednoczeniowej” zapaści, potem stosunkowo łagodnie przeżyła apogeum globalnego kryzysu, a odbicie w latach 2010–2011 zaliczyła takie, że przemysłowy trup Zjednoczonego Królestwa mógł o nim tylko zamarzyć, i to mimo posiadania słynnego londyńskiego City.


To nie jest argumentacja nadmiernie sofistykowana, trudna czy też nikomu nieznana. Użył jej np. Sikorski w swoim słynnym przemówieniu berlińskim do Niemców, za co został zresztą przez Sarmatów uznany za zdrajcę, bo Sarmaci, jak któryś z nich zacznie mówić rozsądnie, natychmiast uważają go za Żyda albo za niemieckiego lub rosyjskiego agenta, gdyż w rozumieniu Sarmatów żaden Sarmata rasowy, podmiotowy i wierny nic rozsądnego nie ma prawa powiedzieć i basta (parafraza za Jarosław Marek Rymkiewicz, Kinderszenen, Samuel Zborowski, poezja obywatelska itp.).
Nie wierzę, aby Gadomski tych argumentów nie znał i nie wierzę, by nie wiedział, że są one prawdziwe. Myślę, że powtarzane przez niego tezy o niereformowalnych południowcach na garnuszku Niemców („Jak długo jeszcze!?”) to raczej konsekwencja jego osobistego wyboru ideowego, a także społecznej pozycji i roli, jakie dla siebie kiedyś wybrał, wywalczył, i jakich się trzyma.


Zrozumiałbym bowiem taki tekścik w „Bildzie”, zrozumiałbym takie argumenty w ustach jakiegoś dzielnego torysa, który przeszedł przez Eaton i Cambridge (czasem dlatego, że się dobrze uczył, a czasem wyłącznie dzięki monstrualnym pieniądzom rodziców, jak Bush junior przez Yale), a teraz obsługuje londyńskie City, bo ma tam trzech kuzynów i wuja, którzy w zamian obsługują jego. Oni wszyscy podgrywają na tanich (także pseudopatriotycznych i pseudonacjonalistycznych) emocjach neoliberalnego populizmu, bo im się to z różnych, bardzo konkretnych powodów opłaca. Dla nich Unia Europejska czy strefa euro zawsze będą tylko śmietnikiem, brudnym niczyim podwórkiem, na które można bez konsekwencji wylewać przez okno śmierdzące pomyje najbardziej nawet nieudolnych narodowych polityk.

 

Ale „Gazeta Wyborcza” jednak nie jest „Bildem” (sama to prawie codziennie podkreśla), a Witold Gadomski nie jest brytyjskim torysem, ani też nie jest populistyczną baronową zu Guttenberg ubolewającą na łamach „Bilda” nad rozleniwieniem Portugalczyków i Greków (żeby nie było wątpliwości, jestem jednocześnie absolutnym zwolennikiem wysłania do Grecji unijnych – a nie niemieckich – komisarzy podatkowych). Gadomski jest fajnym polskim chłopakiem z małego miasteczka (Pułtuska, skądinąd pięknego), który się wybił w Warszawie, pewnie zasłużenie, ale który się jednak trochę od tego wybicia wyklasowił i zdelokalizował.

A piszę to dlatego, że sam jestem chłopakiem z Torunia, miasta pięknego i dumnego, które też jednak globalną metropolią nie jest (przynajmniej od czasu, kiedy przestał istnieć związek miast hanzeatyckich, na który Toruń się załapał, mimo że leżał w głębi lądu). I ja także się w wielkim mieście (Warszawie) wybiłem, głównie dzięki mojej wieloletniej niekontrowersyjnej i mainstreamowej działalności w mediach. Ale jednak pamiętam, że w tym Toruniu zostawiłem paru kolegów z klasy, którzy są np. nauczycielami w szkołach publicznych. A także paru byłych hipisów i punków, którzy, kiedy im się młodość nieodwracalnie skończyła, próbowali robić karierę jako robotnicy w Elanie, Merinoteksie czy Apatorze, zatem w wyniku kolejnych restrukturyzacji i „uelastyczniania rynku pracy” są na bezrobociu.

 

Pamiętając o tym, skąd sam się wziąłem i kto w plecy mi dmucha, trochę mi głupio zgrywać torysa obsługującego londyńskie City albo publicystę „Bilda” karmiącego niemieckich przygłupów (bo nie tylko Sarmaci mają swoich przygłupów, lecz Germanie także) kawałkami w rodzaju „cała Europa rżnie was na kasie, jak długo jeszcze!!!???”. Odgrywanie takich ról w Polsce nie wydaje mi się ani konieczne, ani przekonujące, nawet jeśli samemu odniosło się – tak jak Witold Gadomski – całkowicie zasłużony sukces zawodowy w polskim dziennikarstwie. 

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.