Felieton

Wielkie zwycięstwo Ewy Kopacz

Polska zachowała prawo do smrodzenia przez kolejne dekady.

Pani premier odniosła swoje pierwsze wielkie zwycięstwo. Dodajmy, zwycięstwo w polityce realnej, nie wizerunkowej. W wizerunkowej odniosła wcześniej już co najmniej dwa wielkie zwycięstwa. Pierwszym było uznane przez wielu ekspertów i komentatorów za „lewicowe” („Gazeta Wyborcza” panią premier za tę „lewicowość” chwaliła, Leszek Balcerowicz ją za tę „lewicowość” ganił) exposé autorstwa znanych PR-owców polskiej lewicy Michała Kamińskiego i Vincenta Rostowskiego. Z niewielkim udziałem przyjaciół, wśród których ważną rolę ogrywał inny przedstawiciel etatystycznej lewicy polskiej Jan Krzysztof Bielecki. Drugim – ciągłym w czasie – sukcesem wizerunkowym premier Ewy Kopacz było i pozostaje widowiskowe dyscyplinowanie „niesfornych chłopców Donalda” (Ostachowicza, Sikorskiego…), które umacnia jej wizerunek wielkiej matki i odpowiedzialnej gospodyni naszego państwowego domostwa. Dzięki czemu poparcie kobiet dla pani premier jest już o jedną trzecią wyższe niż poparcie mężczyzn. Nawet Hanna Suchocka nie miała takiego zwrotu.

Teraz jednak pani premier „załatwiła dla Polski”, że w Europie, która polityki klimatycznej używa nie tylko do ograniczania emisji CO2, ale gdzie energię odnawialną będzie się produkować na południu, a przesyłać na północ, dzięki czemu uruchomione zostaną inwestycje publiczne na skalę całego kontynentu, a kraje europejskiego Południa wreszcie wygenerują jakiś dochód niepochodzący jedynie z niezgłaszanych do opodatkowania usług turystycznych – Polska zachowała prawo do smrodzenia przez kolejne dekady. A nawet dostała dodatkowe pieniądze na modernizację energetyki, które – jako że Unia zgodziła się uznać Polskę, zgodnie z marzeniami całej naszej prawicowej klasy politycznej, za państwo peryferyjne, buforowe, „bieeedne”, jak z samozachwytem powtarzają liczni prawicowi piewcy naszej mocarstwowości – będą nadal wydawane na energetykę opartą na węglu, zapewne bez inwestycji mogących obniżyć emisję CO2 z takiej energetyki, bo przecież po co wydawać unijne miliardy na takie mrzonki.

Stajemy się powoli Unią drugiej prędkości, trwale poza euro, trwale poza unijną polityką klimatyczną, trwale poza unijnymi normami regulacji rynku pracy i ochrony praw pracowniczych, trwale poza unijnymi normami gwarantowania praw mniejszości, trwale poza unijną normą świeckości państwa…

Stajemy się na kolejne dekady tanią montażownią dla bardziej zaawansowanej gospodarki niemieckiej, gdzie „konkurencyjne” będą tylko koszty pracy, etatów nie będzie w ogóle, jednak w każdej hali będzie wisiał krzyż.

Prawica z PO uważa to, co „Ewa Kopacz osiągnęła w Brukseli”, za wielki sukces, podobnie jak związane z nią media. Prawica z PiS uważa to za sukces niewielki, ponieważ jej nie wystarczy, żeby Polska była nieoczyszczonym ściekiem i nieumytą toaletą Europy. Ona ma ambicje, aby Wielka Polska uczyniła nieoczyszczony ściek i niemyty wychodek z całej Europy. Aby „doprowadziła do porzucenia przez Unię całego tego lewackiego projektu polityki klimatycznej, za pomocą którego agenci Putina wydają Unię w ruskie łapy”. Tego faktycznie Ewie Kopacz zrobić się nie udało, bo UE podtrzymała jednak program ograniczenia emisji CO2 w Europie.

Prawicowi „eksperci do spraw bezpieczeństwa” zapominają, że np. Niemcy w ciągu jednego roku potrafiły o 10 procent zmniejszyć zużycie gazu (głównie rosyjskiego). Właśnie dzięki programom polityki klimatycznej, modernizując i tak już nowoczesną gospodarkę niemiecką w kierunku jeszcze mniejszej energochłonności, jeszcze większej proporcji zastępowania rosyjskiego gazu i węgla odnawialnymi źródłami energii. I to by było na tyle w kwestii bezpieczeństwa.

Za trzydzieści lat, po zakończeniu kolejnych dedykowanych Polsce okresów przystosowawczych, po wydaniu kolejnych miliardów euro na wysokoemisyjne elektrownie oparte na węglu (mogą też być niskoemisyjne elektrownie oparte na węglu, nawet i brunatnym, Niemcy budują takie po swojej stronie naszej wspólnej granicy), prawica z PO i prawica z PiS oraz związane z nimi media i publicyści znów ruszą do oskarżania Brukseli o to, że „chce rzucić na kolana nasze państwo”. „Bieeedne”, ale potencjalnie będące przecież „regionalnym mocarstwem”.

Powinienem teraz dodać – jak wielokrotnie dodawałem w tym miejscu – że to jednak dobrze, iż będziemy mogli do woli pierdzieć w niebiosa przez następne trzydzieści lat, bo przynajmniej dzięki temu Kaczyński nie zastąpi Kopacz u władzy. Jednak już tego nie dodam, bo to coraz bardziej przestaje mieć sens.

Notabene faktycznie pod rządami Kaczyńskiego pierdzielibyśmy w niebiosa jeszcze mocniej, a w każdym programie telewizji publicznej Bronisław Wildstein występowałby (tak jak już to robił, kiedy Kaczyński telewizją publiczną rządził) na tle wielkiego pierdzącego komina elektrociepłowni Siekierki. Ostrzegając Polaków przed „lewackimi ekoterrorystami”. Równie dobrze mógłby występować w obsranym wychodku, domagając się gromko prawa do tego, żeby mu go nigdy nie czyścili żadni „lewaccy asenizatorzy”.

Powinienem się też cieszyć, że biskup Gądecki pod władzą Platformy pisze program festiwalu teatralnego Malta, układa repertuar występów zespołów rockowych w klubach studenckich, odwołuje dyrektorkę Teatru 8 Dnia (nawet SB to się nie udawało w latach 70. i 80., a Kościołowi dzisiaj jednak się udało), blokuje legalizację związków partnerskich, blokuje ustawowe zagwarantowanie prawa do in vitro, blokuje ratyfikację konwencji antyprzemocowej, blokuje wprowadzenie do polskich szkół edukacji seksualnej, mimo że powszechna edukacja seksualna została zapisana nawet w tzw. kompromisie antyaborcyjnym z 1993 roku, a jedynym zatwierdzonym edukatorem seksualnym Polaków czyni ks. Oko, przy którego posthumanistycznych, umaszynowionych opisach seksu nawet Markiz de Sade to tylko mały anachroniczny świntuszek… No bo przecież biskup Gądecki mógłby to wszystko robić pod władzą Kaczyńskiego, a to już by była katastrofa.

Ale nie muszę się z tego wszystkiego cieszyć, tym bardziej, że Kopacz faktycznie daje sobie radę z Kaczyńskim. Skutecznie używa go jako swojego najlepszego PR-owca, tak jak wcześniej przez siedem lat czynił to Donald Tusk.

Tylko smutno mi, że polski Kościół – jego kapłani, jego publicyści, jego politycy – zdołał podciąć nogi Palikotowi. Do tego stopnia, że nawet posłowie odchodzący z TR przyznają się, że błądzili uważając, iż może istnieć coś równie pięknego jak rytuały Kościoła katolickiego (patrz nawrócony Artur Dębski, a że o rytuał, nie o wiarę tu chodzi, to oczywiste i polskiemu Kościołowi w zupełności takie nawrócenie wystarczy). I tylko smutno mi, że Leszek Miller pozostanie na zawsze uwięziony w niszy PRL-owskiej nostalgii, mimo że w jej sens także on sam już nie wierzy. A najbardziej smutno mi czytać kolejne teksty i wywiady przedstawicieli i autorytetów lewicy „młodej” i „radykalnej” przedstawiające Unię Europejską jako narzędzie kapitalistycznego szatana.

W kraju, gdzie cała prawica, która jest tu siłą absolutnie hegemoniczną, odrzuca Unię Europejską jako najbardziej lewacką instytucję globalizacji, za to, że promuje jakieś minimalne standardy społeczne i ekologiczne, uderzać w UE za jej prawicowość?

To jest dla mnie największy dowód na kompletną polityczną i społeczną jałowość lewicy „dumnych peryferiów”. Sprawiający, że pomimo wszystkich ich słabości i wad pozostanę raczej przy Palikocie i Millerze (choć on w kwestii polityki klimatycznej też wybrał prawicowy oportunizm, bo jest już za słaby, żeby się mu przeciwstawić choćby we własnych szeregach). Jednak oni wiedzą przynajmniej jedno, że Polska pod rządami prawicowej hegemonii marnuje cały wysiłek polskiej polityki zagranicznej po roku 1989, która robiła wszystko, żeby osadzić nas jak najgłębiej w Unii i NATO. Tymczasem dziś Polska ponownie osuwa się na peryferia UE, do strefy buforowej, z której kiedyś się wydostała dzięki ponadpartyjnym wysiłkom Geremka, Millera, Kwaśniewskiego, Buzka… Dziś Polska ponownie słania się w pijanym prawicowym widzie na nowym murze berlińskim i na granicy nowej Jałty. Chciałbym, żeby takiej Jałty i takiego muru nigdzie w globalizacji nie było, ale skoro jest, chcę przynajmniej, by po lepszej stronie tego muru, po lepszej stronie tej Jałty, znalazł się kraj, za który czuję się współodpowiedzialny jako publicysta z trzydziestoletnim stażem (nie za jakąś „polskość” jako histeryczną hipostazę Jarosława Marka Rymkiewicza, ale za los prawie 40 milionów mieszkających tu ludzi).

Dlatego stałem się luksemburgistą Unii Europejskiej. Dlatego teraz wywraca mi flaki czytanie każdego kolejnego tekstu młodego lewicowca z dumnych peryferii utyskującego na Brukselę jako zabawkę w ręku międzynarodowego kapitału. Albo kolejnego paleosocjalisty uważającego ponadnarodową walutę euro za abominację. A do tego jeszcze narzekanie, że Unia nie ruszyła na Moskwę „całą swoją potencją” (cyt. za Henryk Sienkiewicz, oczywiście nie jako autor Listów z podróży do Ameryki, bo one są jednak za trudne do „narodowego czytania”, ale jako autor Trylogii). Podczas gdy realne działania Brukseli, Berlina, Paryża… na rzecz skonsolidowania niezbyt stabilnej ukraińskiej państwowości za pomocą unijnych norm i unijnych pieniędzy – także tych, które pozwolą Ukrainie tej zimy zapłacić za rosyjski gaz – to przecież wszystko zdrada, zdrada, zdrada.

Nie mam z tym nic wspólnego. Z eurosceptyczną prawicą, z eurosceptyczną lewicą. Szukam własnego politycznego domu i wciąż nie mogę go znaleźć.

Czytaj także:

Adam Ostolski: Europa kupiła święty spokój. Polska – zacofanie

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej