Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Felieton

Uczta dla wron

Jeśli Platforma nie przetrwa, czeka nas „tożsamościowe rozbicie” na parę słabiutkich lewic i parę prawic potykających się o siebie wzajemnie w swoim marszu po władzę.

Tak, wiem skąd pochodzi ten tytuł. Wiem też, że wielokrotnie trafił już stamtąd do polskiej publicystyki. Myślę jednak, że też mam do niego prawo, przecież ciągle kraczę. I zamierzam z tego prawa skorzystać.

Szefem kancelarii prezydenta Andrzeja Dudy ma zostać „Kolargol”, Wojciech Kolarski, wychowanek i asystent Rokity, do niedawna w PO. Jednak w ostatnich wyborach samorządowych wystartował już z listy PiS i został radnym miasta Krakowa. W dzisiejszym Rokicie i jego wychowankach tyle jest potencjału na „powojenną niemiecką chadecję”, co w Złocie Renu Wagnera albo w Tako rzecze Zaratustra Straussa (delikatna polemika z Rafałem Matyją).

Do werbowania platformersów Kaczyński ma też dzisiaj „thatcherystę” Jarosława Gowina. To on będzie dla Kaczyńskiego zarządzał transferami „konserwatystów” z PO, którzy po ewentualnym zdobyciu pełnej władzy przez PiS, z przesiadką w Gowinie będą się udawali do stacji końcowej Kaczyński, za jeden bilet mając słynną już i parokrotnie wypróbowaną litanię: „wstępowałem do partii wolnorynkowej i chrześcijańskiej, więc to nie ja opuszczam Platformę, ale Platforma opuściła mnie”. W ten sposób oportunizm stanie się aktem honoru, a Gowin i pogrobowcy Rokity będą tym zarządzać.

Co z tego, że Gowin i pogrobowcy Rokity są „thatcherystami”? Co z tego, że nienawidzą związkowców, którym Kaczyński i jego prezydencki kandydat tyle obiecali? Każda formacja sprawująca władzę musi „grać skrzydłami”. Piotra Dudę z jego „kontraktem wyborczym” będzie się opędzało resztkami z prawicowego stołu. „Polska solidarna” też była kontraktem wyborczym, który w 2005 roku Jarosław Kaczyński zawarł z wyborcami PiS-u i swojego brata, w tym ze związkowcami. Ten kontrakt został przez niego złamany. A populistyczny elektorat Kaczyński i tak wokół siebie skonsolidował, zabierając go nawet Lepperowi. Prezes PiS może nie umie zarządzać redystrybucją, ale za to świetnie umie dystrybuować gniew.

Tak samo zostanie przez niego i jego obóz złamany kontrakt socjalny zawarty z Piotrem Dudą przez Dudę Andrzeja. Piotr Duda to wie, dlatego jego wypowiedzi po zwycięstwie Andrzeja są już wypowiedziami stworzonka z podkulonym ogonem.

„Cofnięcie reformy emerytalnej? A kto tak powiedział, nam wystarczy korekta”. I nagle z jego powyborczej deklaracji w „Faktach po faktach” dowiadujemy się, że NSZZ „Solidarność” zadowoli się czymś w rodzaju korekty Komorowskiego, byle ją tylko związek otrzymał z rąk Andrzeja Dudy i PiS-u, a nie Bronisława Komorowskiego i PO.

Jarosław Kaczyński – tak samo jak Tusk – wie, że związki zawodowe są w Polsce słabe. Tusk oparł na tej ich słabości pomysł, żeby prowokując słabe związki do zadym (cyt. za sceną z House of Cards, w której Frank Underwood zupełnie analogicznie prowokuje do ciosu bezsilnego w istocie szefa związku nauczycieli), tym mocniej przywiązać do siebie mocno antyzwiązkowe nowe polskie mieszczaństwo. Ale i Kaczyński, który też związków zawodowych nigdy nie lubił, a działaczami związkowymi – w przeciwieństwie do swojego brata – gardził, nawet będąc w opozycji, umiał przetrwać czasy, kiedy Piotr Duda się od niego rozsądnie „dystansował” (szczególnie od jego marszów smoleńskich). Kaczyński wie doskonale, że „Solidarność” jest dzisiaj ideologicznie głęboko spenetrowana. A wie o tym dlatego, że związek został spenetrowany głównie przez niego i o. Rydzyka. Część działaczy i członków NSZZ „Solidarność” to faktycznie związkowcy, którzy może nawet Andrzeja Dudę i Jarosława Kaczyńskiego by rozliczali z ich socjalnych obietnic. Jednak inna część, ogromna, to już są wierni wyznawcy Prezesa i słuchacze Rydzyka, którzy swoje poczucie krzywdy (są dla niego powody) obsłużyli prawicową ideologią i religią w funkcji ideologii. Oni nie będą rozliczać Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Dudy z niczego. Zaakceptują nawet antyzwiązkowego, „thatcherowskiego” Gowina, „bo on przecież broni tych maleńkich krzyczących zarodków przed holocaustem in vitro”.

Można pokładać nadzieję w OPZZ, oni nie są tak „spenetrowani” przez Kaczyńskiego i Kościół. Ale niestety, wywodzą się z „żółtych związków” lat 80. „Żółte związki” (u swoich początków raczej łamistrajki niż związkowcy, choć o socjalne sprawy też czasem dbali) rzadko skupiają ludzi chcących stanąć na czele buntu. Być może ćwierć wieku później dokonał się już w OPZZ bunt pokoleniowy przeciwko własnej, dawnej, PRL-owskiej tożsamości. Ale jako że ten bunt nie dokonał się w Polsce po żadnej stronie (nawet najmłodsi wyborcy Kukiza, Korwina i Dudy są jedynie tragedią lat 80. powracającą jako farsa), toteż w nagle odkrytą radykalną tożsamość OPZZ-u też uwierzyć mi trudno, choć chciałbym się mylić. Poza tym oni także mieli swego politycznego opiekuna, SLD. Teraz są sierotami, bo w swoich obecnym stanie SLD jako opiekun nie obroniłoby już nawet dziwki przed średnio brutalnym klientem (cyt. za Ripper Street, kostiumowy wiktoriański kryminał). Zatem idea, żeby wygrać OPZZ przeciwko „Solidarności”, kiedy ta zacznie jeść z ręki Prezesowi, nie wydaje się realistyczna, choć warto próbować.

Młody prekariat do związków masowo się nie zapisze, nawet teraz, jak Trybunał Konstytucyjny mu na to pozwolił. Część wyjedzie do Anglii, a i tak na dziś (to się zawsze może zmienić, za lata) w większości jest neoliberalny, bo podczas swego życia krótszego niż moje nie zaznał żadnej innej rzeczywistości poza ruinami państwa opiekuńczego podmywanymi przez neoliberalną praktykę i dyskurs (ja też żadnej innej rzeczywistości nie zaznałem). On widzi się „płatnikiem danin”, a nie beneficjentem publicznych usług. Dlatego na każdego lewicowego prekariusza (nie wykluczam, że tacy są, np. Igor Stokfiszewski), przypada dwudziestu prekariuszy kukizowych, pięciu prekariuszy korwinowych, dwóch czy trzech prekariuszy petrystyczno-balcerowiczowskich i pewnie wciąż jeszcze po paru prekariuszy PiS-owskich i PO-wiackich, choć to faktycznie jest zbiór malejący). Przykro mi to powiedzieć, ale nawet w ostatnich wyborach brytyjskich większość prekariuszy zagłosowała na Tories. „Płatnik danin” wybrał statystycznie tych, którzy obiecują daniny obniżyć. A Polska jest naprawdę nieporównanie bardziej zdziczała od Wielkiej Brytanii, nawet pod rządami torysów.

Będę w tej sytuacji kibicował PO, żeby przeżyło (kibicowałem też Palikotowi, żeby przeżył, więc chyba jestem Jonaszem). PO jest jednak w miarę cywilizowane w porównaniu z Petru, nawet pomimo swoich „ośmiorniczek”. A z cywilizacją Kukiza, Kaczyńskiego, Korwina… łączy mnie tyko „clash”.

Jeśli jednak Platforma nie przetrwa, czeka nas „tożsamościowe rozbicie” na parę słabiutkich lewic i parę prawic potykających się o siebie wzajemnie w swoim marszu po władzę. W tym rozbiciu państwo to centrum, a centrum to wciąż jeszcze PO. Nie wykluczam jednak, że późną jesienią już Platformy w funkcji centrum-państwa nie będzie. I w świecie Mad Maksa, tożsamościowych plemion tańczących przy swoich etnicznych i ideologicznych totemach, nie będę nawet udawał, że bliżej mi do Razem niż do Petru, bo do obu totemów mi równie daleko. Chyba że Razem stanie się raczej socjaldemokracją z Północy niż populistyczną lewicą z Południa. Może nie powinienem tego pisać, ale zawsze pisałem z grubsza to, co myślę. A fascynacji młodą lewicą nie używam jako kremu przeciwzmarszczkowego. Zbyt poważnie traktuję politykę, także lewicową.

Są anioły w Ameryce, są anioły w Polsce. Barbara Nowacka jest takim aniołem i będę ciekaw przy kim zostanie albo do kogo się uda. Gdyby już dawno temu „wbiła zardzewiały nóż w plecy Palikota” (jak jej doradzał niejeden Makiawel za pensa), może miałaby dzisiaj silniejszą pozycję, a może przeciwnie. Nie wiemy, czy każdy upadły anioł staje się aniołem skutecznym. Nawet upadła polityka polska nie rozstrzyga tej wątpliwości w sposób jednoznaczny. Ale czy anioły nieupadłe mogą w polskiej polityce nie tylko przeżyć, ale także się przebić? To pytanie powinno brzmieć: „czy my pozwolimy im przeżyć (albo nawet się przebić)?”. I też nie mam na nie mocnej odpowiedzi.

Na razie, wraz z każdym kolejnym sondażem przybliża się moja najczarniejsza, najbardziej wronia i najgłośniej wykrakana wizja („jak ktoś ma wizje, to niech idzie do lekarza”, cyt. za Donald Tusk cytujący Helmuta Schmidta). Prawicowy hejt wyposażony w całą siłę państwa. Oczywiście wiem, że poza prawicowym hejtem istnieje także hejt lewicowy i hejt liberalny, ale to prawicowy hejt jest dziś w Polsce najsilniejszy, podobnie jak prawicowa polityka. Wiem także, iż pomiędzy prawicowym hejtem i całą siłą państwa będą w tym nowym „tożsamościowym” świecie Mad Maksa pośredniczyli katechoni, negocjatorzy – Jarosław Kaczyński i Paweł Kukiz. To oni będą stać na straży praw jednostek, mniejszości, na straży naszych praw, na straży „liberalnych ograniczeń demokracji plebiscytarnej” – które bez tej ich straży zostałyby przez prawicowy hejt wyposażony w całą siłę państwa rozszarpane. Ale jakoś ta myśl nie pociesza mnie wystarczająco. Hejt to w końcu najgłębsza psychologia, a w Polsce psychologia zawsze wygrywa z imperatywem kategorycznym. Niektórych to cieszy, a mnie nie. Nie jestem tym Sową wylatującym o zmierzchu, ale tą drugą sową. Czy raczej wroną przebraną za sowę. Co należało dowieść.

 

**Dziennik Opinii nr 156/2015 (940)

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.