Felieton

Populiści w garniturach, brykach i z „rodziną na swoim”

W Autobiografii Salmana Rushdiego, świetnie zrecenzowanej przez Jakuba Majmurka na portalu KP, powraca jak mechaniczne echo katarynki przerażone pytanie człowieka, któremu zarówno multikulturalistyczna lewica, jak też konserwatywne tabloidy Murdocha kazały się ukorzyć przed ludem (muzułmańskim, angielskim) zarządzanym przez cynicznych polityków i mułłów (także działaczy politycznych, przebranych za księży). Jego pytanie brzmi: „A jeśli lud się myli?”, „Czy lud może się mylić?”. Jak nie może, kiedy jest nieustannie, konsekwentnie wprowadzany w błąd? W dodatku – jak dobrze wiemy z historii pojęcia ludu ostatnich dwóch wieków – lud jest hipostazą, składa się z pojedynczych ludzi, a także odwrotnie, w każdym z nas jest kawałeczek „ludu”. A dzięki temu wiemy najlepiej, jak bardzo ten kawałeczek ludu pod naszą bluzą, na sercu, chce być przez „politycznych mułłów” wprowadzany w błąd.

Żyjemy w epoce populizmu, to pewne. Ale najbardziej wpływowy dzisiejszy populizm to wcale nie Le Pen, Haider czy Chavez. To także wcale nie tłum „moherów” krążący po mieście w marszu „obudź się Polsko!”. Najbardziej reprezentatywny dla naszej epoki populizm to media i piarowcy. Dziś nawet najmniej rozgarnięty dziennikarz potrafi już powtórzyć tę ponurą mantrę, że „emocje się sprzedają, informacje nie”. Warto przy okazji dodać, że najmniej rozgarnięci dziennikarze bywają zwykle mniej rozgarnięci od najmniej rozgarniętych polityków. Dlatego mogą służyć im za narzędzia.

Dlatego np. Cezary Gmyz z miłości do Jarosława Kaczyńskiego zniszczył własną gazetę. Tymczasem Kaczyński z miłości do Gmyza, Wildsteina, Jacka Karnowskiego czy Anity Gargas nigdy by nie zaryzykował własnej politycznej pozycji. Dlatego pozycja polityków jest silniejsza niż pozycja dziennikarzy. A jeśli bym powiedział, że Donald Tusk nie umie podobnej hierarchii między sobą (na górze), a dziennikarzami „nieprawicowymi” (na dole) budować, to przecież bym skłamał.

Jednak najwięksi populiści to nawet nie dziennikarze. Najwięksi populiści to Michał Kamiński, Adam Bielan, Marek Kochan, Igor Ostachowicz… Nie tylko zresztą piarowcy polscy, raczkujący imitatorzy, ale także ich wzorce z „centrum”, ze szczytów. Ci, którzy robili „pokolenie Obamy” (także niestety mój ulubiony Sorkin, scenarzysta Newsroomu), albo ci od „Yes, we can”. Przecież doskonale wiedzieli, że w USA, kraju polityki zablokowanej jałowym ideologicznym konfliktem, polityki kupionej za miliardy płynące od korporacyjnych lobbystów, to „Yes we can” będzie się po prostu musiało w 80-, 90-, 97-procentach zmienić w „No we can’t”. Także mieszczańska Platforma reprezentowała tzw. liberalny populizm (słynny test na skojarzenia z ostatniego Bonda w wersji PO z 2004 roku: państwo w gospodarce – szkodliwe, okręgi – jednomandatowe, urzędnicy państwowi – darmozjady, do zredukowania).

Zatem w epoce populizmu, od którego nie ma wyjątków, istotna pozostała już właściwie tylko jego jakość. Nie mam pretensji do Palikota, że postanowił stworzyć populizm „antypisowski”. Jednak z jego Ruchu najbardziej cenię sobie jego elektorat. Trochę populistów z prowincji i ze wsi, nieprawicowych, antyklerykalnych, co w kraju wyłącznie prawicowego i klerykalnego populizmu już jest jakimś równoważeniem sił. Trochę młodej liberalnej młodzieży, która postanowiła dłużej nie głosować na posła Żalka udając, że głosuje na „liberalną i centrową Platformę”. Zerwali z ponurym „realizmem” kraju, w którym wszyscy polityczni liderzy (opcja obojętna) przechodzą ten sam rytuał „kocenia”, żeby dostać lepszy wynik liżą polityczną śmietankę z obnażonych kolan księdza-dyrektora-egzorcysty. Jeśli ten elektorat się rozpadnie, to lizanie śmietanki z kolan będzie w tym kraju obowiązującym rytuałem politycznego „kocenia” przez następne 100 lat. Cenię ryzyko zorganizowania tego elektoratu. Rozumiem, że bezideowa populistyczna brutalność była świetną metodą jego zmobilizowania. Ale czy populistyczna bezideowa brutalność jest wystarczająca, aby ten elektorat w polskiej polityce zachować, ustabilizować, pozwolić mu się umacniać? Nie wiem, i dlatego czekam na określenie się Palikota. Mniej cynicznej brutalności języka („hitlerowiec Dmowski”), więcej ideowej treści.

Oczywiście Kamiński, Bielan, Kochan, Ostachowicz powiedzą Palikotowi, że nie mam racji, bo bezideowa brutalność lepiej mobilizuje elektorat w epoce populistycznego piaru, niż ideowa tożsamość i merytoryczność. Przetestowali tę prawdę na Kaczyńskim i Tusku. Prawda się sprawdziła. Przeciwko mnie przemawia zaś to, że przegrałem wszystkie boje, w których brałem udział. A moje pokolenie zdziczało. Miałem swój udział we wszystkich jego klęskach. Ale czy Bielan, Kochan, Kamiński, Ostachowicz rzeczywiście są symbolami sukcesu? Może swojego własnego, choć to też nie jest tak do końca pewne. Ale to pod ich zbiorowym panowaniem, pod panowaniem ich i obsługiwanych przez nich wielkich liderów, polska polityka stała się takim bagnem, jakim w swojej historii – wcale przecież nie pięknej – rzadko kiedy bywała.

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.