Felieton

Polski układ domyślny

Polskość ma swój układ zachowań domyślnych na okres niewoli i na okres względnej suwerenności.

Polskość ma swój układ zachowań domyślnych na okres niewoli i na okres względnej suwerenności. Względnej, gdyż suwerennością bezwzględną (we wszystkich znaczeniowych odcieniach słowa „bezwzględność”, mieszczących w sobie także bezwzględność w stosunku do innych) dysponują wyłącznie imperia, a Polska imperium nie jest. Być może nie była nim nigdy, może była krótko, ale na pewno nie jest imperium od czterystu lat. Jedni się tym martwią, inni z tego cieszą, jeszcze inni nie chcą przyjąć tego do wiadomości. Ja, przynajmniej na potrzeby tego felietonu, proszę was tylko o potraktowanie faktu nieposiadania przez Polskę politycznego, militarnego i gospodarczego potencjału imperium wyłącznie jako nienacechowanej wartościami ani emocjami danej empirycznej.

W niewoli jak to w niewoli, naszym układem domyślnym była kolaboracja i zbiorowe samobójstwo w najrozmaitszych wzajemnych proporcjach. Nie czyni to z nas narodu w jakikolwiek sposób oryginalnego. Wszystkie narody rozpięte pomiędzy marzeniami o suwerenności a realnym potencjałem albo sytuacją geopolityczną suwerenność uniemożliwiającymi zawsze mają podobny domyślny układ zachowań. Może w Powstaniu Warszawskim nasz układ domyślny na okres niewoli przesunął się niebezpiecznie w stronę samobójstwa, by się jednak później ponownie oprzeć na czymś w rodzaju hipokryzji samobójstwa ukrywającej hipokryzję codziennego polskiego życia i przetrwania, do czego polskość też była już wyćwiczona, jeśli wierzyć słynnemu początkowi Płomieni Brzozowskiego (rozpamiętywanie przez ciotkę i proboszcza, szczególnie na użytek dzieci, rzezi Pragi w przerwach między podejmowaniem przez nich wódeczką carskich urzędników, z którymi ubijali interesy konieczne do życia).

Tylko polskie dzieci ten układ domyślny oburza, bo Polak dorosły czuje się w nim jak ryba w wodzie. Sam byłem jako polskie dziecko hipokryzją dorosłych  w stanie wojennym zaskoczony. „Gdzie się podział 10-milionowy ruch społeczny obiecujący dosłownie przed chwilą wyzwolenie robotników to ZSRR, to CSRS, to znów NRD?” – tak się sam siebie pytałem w okolicach stycznia 1982 roku. Ale byłem wtedy dzieckiem, dziś bym już takiego pytania nie stawiał, nawet retorycznie, nawet Błaszczakowi i Waszczykowskiemu.

Jaki jest jednak polski układ domyślny na okres względnej suwerenności? Długo się nad tym zastanawiałem, dopóki nie przypomniałem sobie (jakbym mógł zapomnieć) wyjątkowo interesującego przykładu względnej suwerenności z okresu Sejmu Czteroletniego (1788–1792). Walczyły wówczas przeciwko sobie w Polsce stronnictwo pruskie (zwane radykalnym albo niepodległościowym) i stronnictwo rosyjskie (nazywające się tradycjonalistycznym, patriotycznym czy wręcz wolnościowym). Oba stronnictwa, a więc w gruncie rzeczy cała elita polityczna względnie suwerennego polskiego państwa, wiedziały, że ograniczony potencjał ówczesnej Polski wymusza grę na bez porównanie silniejszych sąsiadów.

Problemem było nie to, że grano, ale że się gra nie udała. Także dlatego, że oba stronnictwa zaczęły przeciwko sobie walczyć tak intensywnie, że ich później Prusy i Rosja musiały rozdzielać. Ale jeszcze większym błędem było kłamstwo królujące wówczas praktycznie po obu stronach.

Ludzie chodzący do pruskiej ambasady (tak jak wiele lat później prowadzący sensowną polityczną grę z Austriakami i Niemcami Piłsudski) opowiadali dzieciom i ludowi bajdy niestworzone o naszej suwerenności absolutnej. Ukrywając przed dziećmi i ludem własne wizyty w pruskiej ambasadzie. Jest to w Polsce zawsze złe wychowanie, pedagogika szkodliwa. Przyniosła katastrofalne skutki np. w Powstaniu Warszawskim, kiedy ludzie wychowani w micie „mocarstwowości” podjęli decyzję, której podejmować nie powinni byli.

Z kolei chodzący do ambasady rosyjskiej głosili ideał ocalenia czystej, nieskazitelnej polskiej tożsamości, przywiązania do Kościoła i Boga, ocalenia duszy polskiej i szlacheckiej wolności, czemu zagraża wyłącznie francuski jakobinizm i pruskie porządki. Wracając z rosyjskiej ambasady, pokrzykiwali nawet od czasu do czasu do dzieci i ludu: „musi to na Rusi, w Polsce jak to chce!” (wypisz wymaluj dzisiejsza polityka historyczna i tożsamościowa posmoleńskiej prawicy).

Problem polega na tym, że oba te zachowania, jakoś racjonalne w kontekście względnej suwerenności, której granice wyznaczał i wyznacza ograniczony potencjał polskiego państwa, zostały nieodwracalnie skażone kłamstwem obu stronnictw na temat absolutnej suwerenności i nieskrępowanej „polskiej wolności”. O którą walczą wyłącznie „nasi”, a którą zdradzają przeciwnicy z frakcji konkurencyjnej. To kłamstwo sprawiło, że Polacy do dziś dnia pozostają w stanie „samozawinionej niedojrzałości” (parafraza za Prusakiem Kantem, ale on tego nie mówił o Polakach, tylko o ludziach w ogóle).

Dzisiaj ten polski układ zachowań domyślnych na czasy względnej suwerenności rozkwita w najlepsze. Mamy frakcję rosyjską i frakcję niemiecką. Niektórzy udają, że są frakcją amerykańską, choć Amerykanie nieco mniej się dzisiaj w polskie sprawy angażują niż Prusacy i Rosjanie w czasie Sejmu Czteroletniego i parę razy później. Mamy też frakcję watykańską, która od tak dawna nie widziała cywilizowanych świeckich instytucji polskich, że się związała z dość jednak cywilizowaną instytucją ponadnarodowego Kościoła.

Ja sam znajdowałbym się prawdopodobnie bliżej frakcji pruskiej – oświeceniowców, masonów i „niepodległościowców” Sejmu Czteroletniego. Ponieważ jednak wiem, że bezpośrednie spotkanie polskości i niemieckości jest zawsze toksyczne, i to dla obu stron, cieszę się z istnienia rozrzedzającej toksyczną gęstość tego spotkania tarczy europejskości. Cieszę się z zasłony mai tkanej pracowicie w Brukseli, dzięki której europejskie szowinizmy nie muszą patrzeć bezpośrednio na swoje prawdziwe, zawsze ohydne gęby.

Dlatego właśnie renacjonalizację w Europie uważam za katastrofę. Unia dawała szansę na to, że nasz układ domyślny dla okresu względnej suwerenności będzie mniej hipokrytyczny, mniej przepojony narodowym resentymentem. Wielu w Polsce robi jednak wszystko, żeby nawet Unia w tym nie pomogła, żeby urzędniczą i biurokratyczną Brukselę przedstawić jako nowe zniewalające Polskę mocarstwo, na które się malowniczo pomstuje, szczególnie w obecności dzieci i ludu, ale z którym układa się drobne interesiki na poziomie własnym i „rodziny na swoim”. Bez Unii wrócimy jednak do naszego układu domyślnego dla okresu względnej suwerenności w jego odmianie najbardziej toksycznej. Pozostanie nam niepodległościowe albo tradycjonalistyczne kłamstwo skrywające wycieczki do pruskiej i rosyjskiej ambasady (a czasami do ambasady amerykańskiej albo watykańskiej) pod osłoną nocy. A wówczas okaże się, że jedynym układem domyślnym polskości na każdy czas jest hipokryzja. Ubrana w najpiękniejsze słowa i w najżarliwsze kibolskie namiętności.

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.