Felieton

Polityczne milczenie baranków

Nie znalazła się żadna siła polityczna, którą można by zaprezentować na Kongresie Kobiet z nadzieją, że zobowiąże się spełnić emancypacyjne roszczenia.

Jako konserwatywno-liberalnego socjaldemokratę jak zwykle interesuje mnie nie to, czy w Polsce da się formułować roszczenia (z tym nie ma problemu, gdyż Polska tradycyjnie – jak mawiali nasi przodkowie – roszczeniami stoi), ale czy Polską da się rządzić. Platforma przez sześć lat usiłuje Polską rządzić. Od początku była za słaba, by to robić sama, ale że nie szukała realnego poszerzenia politycznej i społecznej bazy rządzenia, więc ta baza zaczęła się kurczyć, a im bardziej się kurczyła, tym bardziej rządzenie zmieniało się w dryf. W momencie, kiedy Donald Tusk (stosunkowo szybko i idąc śladami Leszka Millera oraz Jarosława Kaczyńskiego) doszedł do wniosku, że powinna rządzić nie tyle cała Platforma, co jej lider, rządzenie stało się jeszcze trudniejsze, a dryf jeszcze bardziej ewidentny.

W kraju, który nie jest rządzony, a tylko dryfuje, trudno znaleźć politycznego adresata najbardziej nawet sensownych roszczeń, a do takich zaliczam roszczenia emancypacyjne. Czy można rzeczywiście powiedzieć, że emancypacja odnosi sukcesy w kraju, w którym ustawa antyaborcyjna zaostrzona przed dwudziestu laty zaostrzona wciąż pozostaje, a jedyne próby jej zmiany, dla których można zorganizować znaczące poparcie w parlamencie, zebrać (np. pod kościołami) setki tysięcy podpisów, a nawet zgromadzić (na przykład przy wsparciu mediów Kościoła) tysiące ludzi na ulicach, to zmiany, które miałyby tę ustawę zaostrzyć? Ale politycznego narzędzia emancypacji w Polsce wciąż nie ma.

Szczególnie tegoroczny Kongres Kobiet wygląda z tego punktu widzenia na smutną porażkę. Nie chodzi o to, że nie można było zgłaszać na Kongresie roszczeń, bo roszczenia można było zgłaszać (jedyna kłótnia pomiędzy „aniołkiem Kaczyńskiego” a Kongresem, jaka się przy tej okazji wywiązała w mediach. była o to, czy Kongres zgłosił właściwe roszczenia, bo „aniołek” twierdził, że należało zgłosić roszczenia inne). Jednak nie można było znaleźć żadnej siły politycznej, a nawet żadnego polityka, którego można by na Kongresie zaprezentować choćby z nadzieją, że owe emancypacyjne roszczenia zobowiąże się spełnić, a co równie ważne, że będzie mógł się z tego zobowiązania wywiązać.

Donald Tusk został zaproszony na Kongres i pojawił się tam z przesłaniem: „żadnej nadziei na bardziej radykalną emancypację”. Na jego korzyść można przynajmniej powiedzieć, że była to deklaracja realistyczna (boleśnie). Bo Tusk jest dziś politykiem słabnącym, na czele słabnącego obozu, a emancypację potrafi przeprowadzić tylko władza silna, o sile rosnącej. Szczególnie w takim kraju jak Polska, gdzie każda władza, która próbowałaby podjąć działania na rzecz realnej emancypacji, natrafi na bardzo potężny Kościół, a także na biznesową oligarchię, której silna władza nie interesuje. Nawet nie dlatego, że chciałaby przeprowadzić emancypację (dla polskiej oligarchii biznesowej emancypacja to rzecz obojętna, gdyż ona już się wyemancypowała za pomocą pieniądza), ale dlatego, że polska oligarchia biznesowa tak samo jak wielu Polaków „gołodupców” żadnej silnej władzy nad sobą nie lubi, gdyż silna władza mogłaby np. oligarchię biznesową zmusić do przeniesienia swoich „siedzib podatkowych” z Cypru do Polski.

Ten sojusz magnatów i „gołodupców” przeciwko władzy politycznej też jest ważną częścią polskiej tradycji. A w każdym razie sojusz przeciwko własnej władzy politycznej, bo władza polityczna rosyjska, pruska, austriacka cieszyły się w przeszłości zdecydowanie większym szacunkiem zarówno polskiej magnaterii, jak też „gołodupców”, a nawet polskiego Kościoła.

A gdyby jakaś władza polityczna w Polsce, silniejsza od obecnej, podjęła się działań emancypacyjnych przy oporze Kościoła i niechętnej obojętności biznesowej oligarchii, to za sojusznika będzie miała rozproszone i zdemobilizowane liberalne mieszczaństwo, którego młodsza część ma opcję: wyjechać do krajów, gdzie emancypacja mieszczaństwa posunęła się nieporównanie dalej niż w Polsce. Od dwóch do czterech milionów Polaków, którzy albo na stałe są w Europie Zachodniej, albo bywają tam przez część roku, nie będzie zdeterminowanych do zmiany sytuacji w Polsce.

A ja nie chciałbym, żeby ktokolwiek mógł tych ludzi w Polsce uwięzić tylko po to, aby ich determinacja przez to wzrosła.

Oprócz Donalda Tuska na Kongresie Kobiet pojawił się jeszcze Bronisław Komorowski, ale żadnego emancypacyjnego przesłania w ogóle od niego nie usłyszano. Palikot pojawić się nie mógł, bo jak wszyscy wiemy, jest „zły”. Miller pojawić się nie mógł, bo zamiast na emancypację postawił na konsolidację w celu uzyskania udziału we władzy (co dla tej władzy może nie byłoby katastrofą). Kwaśniewski pojawić się nie mógł, bo… itp. itd.

W ten sposób kobiety z Kongresu znalazły się bez politycznego adresata swoich roszczeń. Biorąc pod uwagę fakt, że nie ma decyzji i perspektywy, żeby własne narzędzie polityczne do realizacji emancypacyjnych roszczeń w najbliższym czasie stworzyć, część istotnych członkiń Kongresu wychodzi z założenia, że i tak Platforma jest najmniejszym złem, a jeśli przetrwa, jeśli kiedyś odzyska polityczną inicjatywę sama lub w jakiejś koalicji nie z PiS-em, i nie z Solidarną Polską, i nie z PJN-em, i nie z Gowinem, i nie z Wiplerem, i nie z Giertychem, i nie z… (długo by wymieniać potencjalne prawicowe podmioty polityczne w Polsce, podczas gdy lewicowych nawet potencjalnych zbyt długo wymieniać nie można), to wówczas Tusk może na Kongres powróci z jakąś większą emancypacyjną werwą, w dodatku realistyczną, a nie zawieszoną w pustce.

Warto myśleć jednocześnie o tym, jak formułować roszczenia, i jak tworzyć polityczne narzędzia, aby te roszczenia realizować. Nawet protestujący z parku Gezi mają swoją partię (Republikańska Partia Ludowa, opowiadająca się za świeckością państwa i za nieco sprawiedliwszą redystrybucją). Jest to partia mniejszościowa, czasem nieudolna, ale na tyle realna, by mogła skorzystać na społecznej mobilizacji, a z drugiej strony, by „oburzeni” z parku Gezi znaleźli się na jej listach. A gdzie są po dwóch latach „oburzeni” posłowie do europarlamentu, gdzie są „oburzeni” posłowie do parlamentów krajowych w Europie? Tak, system, jego wszechpotężny ciężar.

Ale w takim razie gdzie po dwóch latach jest rewolucja, która nie rozchodziłaby się wieczorem do domu, która gilotyny używałaby inaczej niż jako symbolicznej zabawki?

Ostatecznie można nawet wrzucić do internetu grę komputerową, w której gilotyna będzie robiła kłap, kłap, ścigając powycinane z gazet postacie Barroso, van Rompuya i Martina Schulza, żeby im ściąć papierowe główki. To prawda, że wiele działań podejmowanych dziś przez instytucje unijne i grupę G-8 korzysta na społecznym gniewie, jaki symbolizują „oburzeni”. Ale ostatecznie tylko te roszczenia, które przełożyły się na politykę, które znalazły sobie elektoraty i partie, stają się uprawnieniami. Reszta jest i pozostanie politycznym milczeniem, choćby nie wiem jak efektownie prezentowała się w internecie, a czasami nawet na ulicach.

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.