Felieton

PO – nieruchomy sprawca powolnego ruchu

Niewielu już komentatorów emocjonuje się tym, jaką wersję projektów ustaw w tzw. kwestiach sumienia wybierze Tusk – liberalną czy konserwatywną. Większość wie doskonale, że nie wybierze żadnej, bo nie będzie musiał. Jego polityka autostrad i ciepłej wody z kranu odniosła przy okazji Euro umiarkowany sukces w Polsce, kraju nieumiarkowanych klęsk. Z kolei najsprawniejszy piarowiec Tuska Jarosław Kaczyński wystąpił z projektem zakładającym karę dwóch lat więzienia za zabiegi in vitro. Jeśli do tego dodać radykalne i optymistyczne, ale nie mające żadnych szans na uchwalenie w tym sejmie, projekty ustaw dotyczących podobnych kwestii autorstwa Millera i Palikota (zgłaszane zawsze osobno i przeciwko sobie nawzajem), rozumiemy już, dlaczego nowe polskie mieszczaństwo uciekające od jałowych konfliktów fundowanych mu od dwudziestu trzech lat przez polskich polityków, jak pies Pawłowa ucieka od kopnięć prądem czy uderzeń pałką, wybierze siłę spokoju nieruchomej Platformy. Tym bardziej, że od dawnej siły spokoju Unii Demokratycznej ta siła spokoju jest realnie silniejsza.


Wobec sprawnego zamrożenia przez patolog Ewę Kopacz na zlecenie Tuska ideowych sporów w Polsce najciekawszym wydarzeniem mijającego tygodnia stały się doniesienia o postępującym zbliżeniu Michała Kamińskiego do Platformy Obywatelskiej, które ma przypieczętować objęcie przez niego funkcji we władzach jednej z fundacji obsadzanych przez rząd. W samej Platformie, w jej parlamentarnym i europarlamentarnym klubie albo na bliskiej orbicie stanowisk publicznych znaleźli się już lub znajdą niebawem ludzie tak od siebie ideowo odlegli jak Pinior, Żalek, Libicki, Rosati, Kamiński, Hübner, Gowin, Sierakowska, Raś, Arłukowicz… długo by wymieniać.


Mówiono kiedyś, że to SLD Leszka Millera w 2001 roku było partią władzy unikającą ideowych sporów i samookreśleń, a żeby to udowodnić wymieniano Andrzeja Celińskiego. Otóż Celiński, kiedy przyjmował zaproszenie Millera do władz SLD, które zresztą jeszcze wtedy nie rządziło (choć każdy wiedział, że po AWS-ie rządzić będzie na pewno), był zwolennikiem wolnego rynku, zachodnich inwestycji, zapadnickiej agendy w polskiej polityce zagranicznej i wewnętrznej. Tyle że łączył to wszystko z wrażliwością społeczną nieporównanie większą, niż ta polskich thatcherystów. Można powiedzieć, że Celiński był raczej blairystą, co sprawiało, że od Millera z roku 1997 różniła go już tylko historia. W każdym razie Gowin od Sierakowskiej, Kamiński od Rosatiego, nawet Giertych coraz chętniej mówiący platformerskim językiem (jego dawni ludzie z LPR wspierają już Platformę w samorządach i wchodzą z nią w różne inne deale) od Arłukowicza różnią się ideowo bardziej, niż Miller od Celińskiego w 1997 roku.


W tym miejscu, ku zaskoczeniu czytelników klasycznej polskiej publicystyki, nie zacznę jednak pomstować na polityków. Zastanawia mnie raczej system partyjny, który przez dwadzieścia trzy lata udało się im, czy też raczej nie udało się wspólnie zbudować. Każdy z tych ludzi – tak naprawdę od Piniora aż po Giertycha, od Rosatiego aż po Gowina, od Arłukowicza aż po Kamińskiego, od Sierakowskiej aż po Libickiego (może za wyjątkiem Żalka, bo tego gościa jednak szczerze nie lubię) – reprezentuje jakąś polityczną wartość, jakieś doświadczenie, jakieś ideowe stanowisko, jakieś poglądy. Przez normalny system wielopartyjny ci ludzie też zostaliby wykorzystani, ale w normalnym systemie wielopartyjnym ci ludzie byliby w różnych partiach. W Polsce, po 23 latach kształtowania się – czy raczej niekształtowania – systemu partyjnego wszyscy są w jednej partii lub na jej obrzeżach. I to nie dlatego – a już na pewno nie wyłącznie dlatego – że jest to dzisiaj, była wczoraj i najprawdopodobniej pozostanie jutro partia władzy. Ale także dlatego, że przez lata nabrali sporo politycznych kompetencji, tracąc jednocześnie nieodwracalnie szansę na nabycie wielu kompetencji pozapolitycznych. Tymczasem nie ma partii bliższych im ideowo, w których mogliby być. Wszystkie próby stworzenia takich partii, w których brali udział, nieraz heroicznie, skończyły się fiaskiem.


Z kolei Kaczyński pokonany wielokrotnie w obrębie „systemu” zbudował partię quasi-antysystemową. „Quasi”, gdyż czerpiącą z systemu wszystko, co system daje – od budżetowych dotacji (nawet jeśli mniejszych niż dotacje PO), poprzez obsługiwanie biznesowych obiegów (słabszych, patrz SKOK-i), aż po wsparcie wiernych sobie (także słabszych) mediów. PiS pełni w dzisiejszej Polsce taką samą rolę, jak partie komunistyczne w krajach, w których realizowano Plan Marshalla. Zawsze większość tamtejszych społeczeństw Plan Marshalla popierała, a mniejszościowy elektorat komunistów nie. Planem Marshalla jest w dzisiejszej Polsce unijny finansowy i strukturalny impuls rozwojowy pozwalający np. prowadzić w Polsce pierwsze inwestycje infrastrukturalne na taką skalę od czasów środkowego Gierka. Ani w ostatniej dekadzie PRL, ani w pierwszej dekadzie III RP inwestycji infrastrukturalnych o podobnej skali nie oglądaliśmy, bo oglądać nie mogliśmy. W obu tych dekadach polskie państwo albo powoli obracało się w ruinę, albo powoli próbowało się z tych ruin wyczołgać. Dopiero Plan Marshalla w wersji brukselskiej pozwolił nam przeskoczyć nieprzekraczalną barierę akumulacji kapitału przez zbyt biedne państwo.


Kaczyński sam wolałby Planem Marshalla politycznie zarządzać, wolałby być francuską centroprawicą czy włoską chadecją z lat 50. ubiegłego wieku, ale musi grać rolę włoskiej czy francuskiej partii komunistycznej z tamtego okresu wspieranej przez Radio Moskwa nadające przypadkiem z Torunia. Nawet jeśli mu ta rola serdecznie bokiem wychodzi, innej dla siebie wymyślić nie potrafi albo wywalczyć nie ma już siły.


Wróćmy zatem do tego, co jest dziś w Polsce „systemem”. Wielopartyjność gdzieś pomiędzy Rosją Putina, a Meksykiem odzyskującej właśnie po krótkiej przerwie pełnię władzy Partii Rewolucji Instytucjonalnej. Putin też ma całkiem silną opozycję partyjną, tyle że są to postkomuniści Ziuganowa i nacjonaliści Żyrynowskiego, którzy budzą nieporównanie mniejsze niż Putin zaufanie Zachodu, rynków i własnych obywateli. Oczywiście Putin konsekwentnie pracował – nieraz metodami twardymi – nad tym, żeby opozycja liberalna czy socjaldemokratyczna nie rozwinęła się w Rosji do wielkości komunistów i nacjonalistów. Tusk też pracował, choć metodami miększymi niż Putin, nad tym, żeby jedyną silną alternatywą dla niego pozostał „antysystemowy” Kaczyński. Też cieszący się mniejszym od Tuska zaufaniem Zachodu, rynków i polskich obywateli.


W ten jednak sposób mamy ciągle niedorozwinięty system partyjny, w którym socjaliści i nacjonaliści, tradycjonaliści i postępowcy, zwolennicy państwa świeckiego i wyznaniowego znajdują się wszyscy w orbicie jednej partii – PO. Czyni to z Platformy władzę stabilną, nawet jeśli nieruchomą, pewną specyficzną wersję nieruchomego poruszyciela (cyt. za Arystoteles filozof i Łukasz Barczyk reżyser filmowy), mianowicie nieruchomego sprawcę powolnego ruchu. 

 

 

 

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.